Schröder przed sąd za gazociąg?

Na wieść, że Gerhard Schröder zostanie przewodniczącym rady dyrektorów spółki budującej gazociąg bałtycki, byłego kanclerza krytykują nawet koledzy z SPD. Słychać głosy, że Schrödera powinno się postawić przed sądem.
Wczoraj Peter Struck, przyjaciel Schrödera i szef frakcji SPD w Bundestagu, z zażenowaniem zapewniał, że sam czegoś takiego by nie zrobił. Podobnie zdystansował się socjaldemokratyczny wiceprzewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse. - Każdy polityk musi sam ocenić, jaki ma styl i jakie interesy - komentował z kolei Peer Steinbrück, socjaldemokratyczny minister finansów.

- Gerhard Schröder swoim zachowaniem zaszkodził wizerunkowi niemieckiej polityki. Powinien zrezygnować z tej oferty, bo inaczej powstanie wrażenie, że w ten sposób wynagradza się go za zaangażowanie w sprawie gazociągu - uważa Christian Wulff, premier Dolnej Saksonii (CDU). Jego partyjni koledzy mówili o tym, że byłemu kanclerzowi "zależy na kasie" (ma zarabiać milion euro rocznie) i że "nie ma za grosz instynktu politycznego" (projekt krytykują Polska oraz państwa bałtyckie bojące się, że gazociąg omijający ich terytoria może być instrumentem pomocnym Rosji przy ewentualnym szantażu gazowym).

Sam Schröder nie komentuje sprawy. Z byłym kanclerzem przez telefon rozmawiał wczoraj szef SPD Matthias Platzeck. Później powiedział: - Schröder dobrze reprezentował niemieckie interesy na scenie międzynarodowej. Jestem pewien, że sprawując nową funkcję, będzie postępował tak samo. Jego głos nie brzmiał jednak przekonująco.

Tym bardziej że wczoraj rano zaczęła się dyskusja, czy byłego kanclerza można postawić przed sądem. Tak twierdzi prof. Helmut Siekmann, prawnik z Uniwersytetu w Bochum. - Gdyby kanclerz podjął nową pracę, powstałyby przesłanki, by postawić mu zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w związku ze sprawowaniem urzędu - twierdzi profesor.

Korzyść, o której mowa, to oczywiście olbrzymia pensja Schrödera, która miałaby być nagrodą za przeforsowanie projektu gazociągu, a zdaniem eksperta według niemieckiego prawa nie ma różnicy, czy pieniądze otrzyma się od razu, czy po odejściu z urzędu.

- Tę sprawę powinna wyjaśnić prokuratura. Jeśli znajdzie podstawy, by postawić kanclerza przed sądem, to powinna to bez względu zrobić - komentuje Johan Baume z niemieckiego oddziału Transparency International.

- Kwestia jest bardzo skomplikowana. Z jednej strony w Niemczech panuje swoboda w wyborze zawodu. Z drugiej wszelkie podejrzenia należy wyjaśniać - mówi prof. Philip Kunig, prawnik z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. - Ja wątpię w to, czy Schröder stanie przed sądem. W jego przypadku chodzi o nie odpowiedzialność prawną, lecz moralną, a tu były kanclerz już poniósł konsekwencje - twierdzi z kolei Nils Kreimeier z "Financial Times Deutschland".

Bez względu na to, czy działalnością Schrödera zainteresują się prokuratorzy, czy nie, pewna wydaje się zmiana w niemieckim prawie, która uniemożliwi zbyt szybkie przechodzenie polityków do biznesu. - Zgodnie z prawem niemiecki urzędnik niższego szczebla nie może przyjąć od kontrahenta w prezencie najtańszego nawet długopisu, bo mogłoby to rodzić podejrzenia korupcyjne. Kanclerz i ministrowie są jednak wyjęci spod tych przepisów. To się musi zmienić - apeluje Baume.

Rząd już zajmuje się tą sprawą. Z inicjatywy minister sprawiedliwości ma powstać kodeks etyczny dla zasiadających w rządzie polityków. - Wzorowany byłby na regulacjach wprowadzanych przez wielkie korporacje. Główny nacisk położono by na przejrzystość i unikanie konfliktu interesów - zapowiada pani minister. - Wprowadzenie kodeksu ma sens, bo zwiększy zaufanie społeczeństwa do polityków. Ale to płacz nad rozlanym mlekiem. Nikt w Niemczech nie jest w stanie zabronić Schröderowi objąć funkcji w spółce budującej gazociąg - twierdzi dr Gero Neugebauer, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Jego zdaniem mimo krytyki nie zrezygnuje z tego sam był kanclerz. - To dla niego naturalna kontynuacja. Pracował na rzecz gazociągu jako szef rządu, teraz będzie robił to dalej - twierdzi ekspert.