Dziwne losy dyrektorów lotniska w Szymanach

Jerzy Kos

Był prezesem spółki PPL Mazury w latach 2003-2004, a więc w chwili, gdy w Szymanach lądował boeing CIA. Los prezesa Kosa związał się przedziwnie z amerykańskimi operacjami specjalnymi.

W maju 2004 r. dwa miesiąca po odejściu z Szyman jako przedstawiciel wrocławskiej firmy budowlanej Jedynka Kos poleciał do Iraku. Miał nadzorować budowę trzech osiedli w Bagdadzie. Po kilku dniach pobytu został uprowadzony z biura razem z Radosławem Kadri. Współpracownik Kosa zdołał jednak uciec z samochodu. Sam Kos zniknął. Ponoć między przedstawicielami Jedynki a porywaczami trwały negocjacje na temat uwolnienia Kosa za okup.

Tydzień później Kosa odbili z rąk porywaczy amerykańscy komandosi. Do dziś nie ujawniono, jak Amerykanie odnaleźli kryjówkę terrorystów.

- Amerykanie niechętnie narażają życie swoich ludzi do odbijania obywateli innych państw. Chyba że ten ktoś jest dla nich bardzo ważny - komentuje polski specjalista od operacji specjalnych.

Tomasz M. Starowieyski

Obecny szef lotniska w Szymanach ma również szczęście do dziwnych konotacji sytuacyjno-personalnych. Na początku lat 90. Starowieyski był dyrektorem PGR-u w Klewkach pod Olsztynem. Tego samego, w którym według lidera Samoobrony Andrzeja Leppera widywano talibów lądujących helikopterami. Talibowie - afgańscy fundamentaliści islamscy - mieli produkować w Klewkach śmiercionośne bakterie wąglika.

Były właściciel PGR w Klewkach Rudolf Skowroński przyznał, że faktycznie miał dość bliskie biznesowe kontakty z Afganistanem.

- Sprowadzałem stamtąd kamienie szlachetne - tłumaczył. Afgańczycy mieli kilkakrotnie gościć w jego mazurskich posiadłościach. Skowroński przywoził ich śmigłowcem.

Starowieyski nie chce rozmawiać o epizodzie kariery w Klewkach. Nie powie, czy widział tam talibów. Nie wytłumaczy też tych wszystkich zbiegów okoliczności. - Tak. Pracowałem w tym gospodarstwie. Ale to było dawno i nieprawda - ucina rozmowę Starowieyski.