Łaska made in USA

Dlaczego prezydenci USA korzystali z prawa łaski w ostatniej chwili i czy zaszkodziło im to w dalszej karierze - mówi Brian Kalt, profesor prawa na Michigan State University, autor wielu publikacji o prezydenckim prawie łaski w Stanach Zjednoczonych
Marcin Gadziński: Czy amerykańscy prezydenci często ułaskawiają politycznych przyjaciół tuż przed upływem swojej kadencji?

Brian Kalt: Bill Clinton ułaskawił w ostatniej chwili wielu politycznych przyjaciół oraz "przyjaciół swoich przyjaciół". George Bush senior ułaskawił byłego sekretarza obrony Caspara Weinbergera i pięciu innych urzędników zamieszanych w skandal Iran - Contras. Ale olbrzymia większość przypadków łaski prezydentów dotyczy zwykłych ludzi, którzy popełnili kryminalne przestępstwa.

A jak z dzisiejszej perspektywy wygląda ułaskawienie przez Billa Clintona ściganego za oszustwa podatkowe i handel bronią z Iranem miliardera Marca Richa? Ujęło się za nim wielu przyjaciół państwa Clintonów i sponsorów ich kampanii politycznych.

- Gdy ten skandal wybuchł w 2001 roku, wydawało się, że będzie się ciągnąć latami. Ale szybko o nim zapomniano. Gdy prezydent odchodzi z urzędu, staje się prywatnym człowiekiem i zainteresowanie nim wyparowuje, tak jak zainteresowanie jego kontrowersyjnymi decyzjami z ostatnich chwil kadencji. Na to liczą odchodzący prezydenci. Sytuacja z Clintonem może być inna, gdyż jego żona będzie chyba walczyć o prezydenturę. I wtedy afera z ułaskawieniem Marca Richa na pewno zostanie wyciągnięta.

Czy użycie prawa łaski przez jakiegoś prezydenta USA miało istotny wpływ na jego dalszą karierę?

- Raczej nie. Inaczej było w przypadku Geralda Forda, który gdy tylko został prezydentem, ułaskawił swojego poprzednika Richarda Nixona z odpowiedzialności za Watergate. To była w tamtym okresie decyzja strasznie niepopularna. Powszechnie uważano, że Nixon zawarł z Fordem układ - zwolni prezydencki fotel, jeśli ten go potem ułaskawi. I były konsekwencje: Ford przegrał następne wybory z Jimmym Carterem. Dziś uważam - tak jak wielu innych historyków - że tamta decyzja, choć zaważyła na karierze Forda, była w sumie dobra dla kraju.

Usprawiedliwia Pan ułaskawienie Nixona?

- Skandal Watergate był jak wielka chmura, która zawisła nad Ameryką i przez ponad rok praktycznie paraliżowała życie polityczne. Gdyby doszło do procesu Nixona i wsadzono go do więzienia, paraliż by się przedłużał. Ford, ułaskawiając Nixona, postanowił zamknąć drzwi za Watergate. Uznał, że były prezydent poniósł już odpowiedzialność - był skompromitowany politycznie, stracił urząd, na dodatek był ciężko schorowany.

Czy amerykańscy prezydenci muszą się tłumaczyć z takich decyzji?

- Niby nie muszą, ale zawsze to robią. Ford szczegółowo opisał powody, dlaczego ułaskawia Nixona. Tak samo Bush senior w sprawie Weinbergera. Clinton nie uzasadnił ułaskawienia Richa - po prostu dołączył jego nazwisko do listy 140 innych ułaskawionych. Potem jednak musiał się wielokrotnie tłumaczyć z tej decyzji.

Czy podejmując te decyzje za pięć dwunasta, prezydenci uważają po prostu, że mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im już nic nie zrobi?

- Najczęściej uważają, że postępują słusznie, że tak trzeba postąpić niezależnie od kosztów politycznych. Tak niewątpliwie myślał Ford, podobnie Bush, nie chcąc, by Wienberger stanął przed sądem za czyny, które popełnił, wykonując swoją pracę. Clinton chyba też uważał, że ułaskawiając Marca Richa, postępuje słusznie. Wydaje mi się, że gdyby prezydenci nie bali się kosztów politycznych, np. oburzenia opinii publicznej, to ułaskawialiby o wiele więcej swoich politycznych przyjaciół.

Jak na tle poprzedników przedstawia się obecny prezydent George Bush?

- Nie ma on jak dotąd na koncie kontrowersyjnych ułaskawień. Wszystko jeszcze przed nim. Jeśli skazani przez sądy zostaną Scooter Libby, urzędnik wiceprezydenta Cheneya oskarżony o kłamanie pod przysięgą, albo Tom DeLay, przywódca Republikanów w Kongresie oskarżony o pranie pieniędzy na kampanie wyborcze, to Bush może ich ułaskawić. Ale do końca kadencji ma jeszcze ponad trzy lata.

Łaska Clintona

Konstytucja USA daje prezydentowi praktycznie nieograniczone prawo łaski, nawet w stosunku do osób jeszcze nieskazanych. Wielkim skandalem zakończył swoją kadencję Bill Clinton, który 20 stycznia 2001 roku, kilka godzin przed przekazaniem władzy elektowi George'owi Bushowi, ułaskawił 140 osób. Byli wśród nich:

- Marc Rich, amerykański miliarder ścigany od 1983 roku przez FBI po całym świecie za oszustwa finansowe (nazwany przez ówczesnego prokuratora Rudy'ego Giulianiego "największym oszustem podatkowym w historii USA"). Rich handlował ropą i bronią z objętymi embargo reżimami, np. Iranem. Była żona Richa tuż przed ułaskawieniem przekazała ponad milion dolarów na fundusze Demokratów, w tym 450 tys. na bibliotekę prezydencką Billa Clintona i 100 tys. na kampanię wyborczą jego żony. Adwokatem Richa, który osobiście złożył wniosek o ułaskawienie, był Jack Quinn, były szef działu prawnego Białego Domu za pierwszej kadencji Clintona. Już po ułaskawieniu Rich dorobił się milionów na handlu z reżimem Saddama Husajna i skandalu "Ropa za żywność".

- Susan McDougal, była wspólniczka interesów Clintonów z lat 80., która odmówiła w sądzie ujawnienia roli prezydenta w tzw. skandalu Whitewater (oszustwa podatkowe w handlu nieruchomościami).

- Carlos Vignali (skazany za handel kokainą) i Glenn Braswell (oszustwa podatkowe), by uzyskać ułaskawienie, wynajęli adwokata Hugh Rodhama, brata Hillary Clinton, płacąc mu po 200 tys. dol. honorarium.

- Roger Clinton, brat prezydenta, skazany na rok za posiadanie kokainy.

- Henry Cisneros, minister mieszkalnictwa w administracji Clintona, oskarżony o okłamywanie FBI i ukrywanie tego, że był szantażowany przez byłą kochankę.

- John Deutch, szef CIA za czasów Clintona, oskarżony o brak nadzoru nad tajnymi dokumentami (trzymał je w domowym komputerze, w samochodzie itd.) oraz o wykorzystywanie swojej pozycji do utrudniania śledztwa w tej sprawie i zacieranie śladów.