Co wolno glinie

Od piątku w kinach "36" Oliviera Marchala. To męski kryminał, w którym w szranki stają Daniel Auteuil i Gérard Depardieu


Bohaterowie, dawni kumple, pracują w policyjnych jednostkach, które za sobą nie przepadają: Léo Vrinks (Daniel Auteuil) jest w BRI - brigade de recherche et d'intervention, a Denis Klein (Gérard Depardieu) w BRB - brigade de répression du banditisme. Tę instytucjonalną niechęć wzmacnia konflikt interesów obu panów. Trzeba dopaść grupę bandytów seryjnie napadających na konwoje z forsą, bo zawsze znikają bez śladu. Kto dorwie ich pierwszy, ten, poza chwałą, zdobędzie stołek szefa komendy zwalniany właśnie przez awansującego na zwierzchnika całej policji Roberta Manciniego (André Dussolier).

W "36" nie zajmują się jedynie podrażnioną ambicją dwóch gliniarzy. Chodzi tu o problem poważniejszej natury, zawierający się w pytaniu - po jakie metody wolno sięgnąć policjantowi, by doprowadzić do sukcesu śledztwa? Czy szlachetny cel uświęca każdy środek, łącznie z zakapowaniem kolegi?

Olivier Marchal nakręcił film dogłębnie realistyczny. Sugeruje to już oryginalny tytuł - "36, Quai des Orfevres", czyli adres, pod którym mieści się, na paryskiej wyspie Cité, Pałac Sprawiedliwości. Marchal zna policję od podszewki: w latach 1980-94 był gliniarzem w Wersalu, służył w grupie antyterrorystycznej. Jako reżyser nakręcił wcześniej tylko jedną pełnometrażową fabułę - nieznanych w Polsce "Gangsterów" (2001).

To rozeznanie w policyjnych realiach znać w "36". Przekonująco wyglądają sceny narad w komisariacie, "pozaregulaminowe" porachunki z bandytami, naciskanie na kapusiów, by dali jakiś cynk, nocne picie w barach...

Wrażenie autentyczności wzmacnia jeszcze markowe aktorstwo Auteuila i Depardieu. Pierwszy z nich to przypadek szczególny - sprawdza się w każdej roli: jako tchórz, intelektualista, poczciwiec czy amant (mimo niespecjalnej urody podoba się kobietom!), a jak założy skórzany płaszcz, to zaraz zmienia się w glinę-twardziela, choć jest przecież drobny i niepozorny. Francuzi w każdym pokoleniu mają zresztą tego typu aktora, wśród obecnych "starszaków" jest nim Jean-Louis Trintignant.

Posępny Depardieu miał tu trudniejsze zadanie: zagrać typa tak zaangażowanego w to, co robi, że aż prowadzi go to na manowce. Jego Klein jest złym człowiekiem, któremu, chcąc nie chcąc, współczujemy. Dla samego spotkania z tą dwójką warto pójść do kina.

Muszę jednak ostrzec, że "36" nie jest wolne od słabości. Biorą się, jak sądzę, z braku doświadczenia Marchala. Najboleśniejsza z nich to czułostkowość dochodząca do głosu w wątku uczuciowo-rodzinnym - Vrinks ma żonę (Valeria Golino) i córkę. Nie postuluję, by tego motywu w kryminale unikać, lecz by używać go tylko wówczas, gdy pogłębia rysunek bohatera. Tu nie ma o tym mowy, rzecz jest ujęta sztampowo i do tego napędzana przez bombastyczną muzykę. Nic dziwnego, że Amerykanie szykują się do remake'u "36". Oni uwielbiają takie pomieszanie przemocy i sentymentalizmu.

Tego, że można znaleźć ton właściwy do opisywania spraw damsko-męskich, dowodzi tu zresztą historia zażyłości Vrinksa i wiekowej eks-prostytutki (Mylene Demongeot). Bazuje ona wyłącznie na niedopowiedzeniach. I dlatego się broni.

Druga rysa na "36" to brak zaufania do inteligencji widza. Zdarzają się w nim momenty, w których łopatologicznie objaśniają nam coś, na co dawno wpadliśmy sami. Na szczęście nie dzieje się to tak często.