Smaki dzieciństwa: wspominamy je z nostalgią i rozrzewnieniem

Woda z saturatora, mielony i bulbaniki
Katarzyna Dowbor, prezenterka TVP

W naszym domu w kuchni królował tata. Po mistrzowsku gotował zupę pomidorową. Po latach zrobił ją dla mnie jeszcze raz, ale z rozczarowaniem stwierdziłam, że to już nie ta sama zupa. Kiedy zdążyło się poznać wiele nowych smaków, skosztować nieznanych potraw, te z dzieciństwa tracą swą magię.

Tata preferował kuchnię francuską. Czasem więc na obiad były ślimaki winniczki, które sam zbierał. Tajemnicą jest, jak je przyrządzał, ale były wyjmowane ze skorupek i serwowane w potrawce.

Kiedyś przyszły do nas dzieci z sąsiedztwa. Mówimy, żeby zostali na obiad, bo będą ślimaki. Ale jakie? - dopytują się, więc wyjaśniamy: - Zwyczajne, takie ze skorupkami. - To do widzenia, nie będziemy jedli - odpowiedziały. Uważani byliśmy za dziwolągów, którzy jedzą niespotykane rzeczy.

Jest tylko jedno danie, które wspominam z niechęcią: móżdżek. Ojciec przyrządzał go na sposób francuski, czyli w postaci musu. Twierdził, że jest zdrowy, ale nas nie przekonał. Potem w dorosłym życiu jadłam wszystko, ale do móżdżku nigdy nie dałam się przekonać.

Dariusz Kordek, aktor

Z codziennych potraw pamiętam jedynie te jadane od święta, a więc smaki dobrobytu. Na rodzinne imprezy przygotowywano u nas sałatkę warzywną z majonezem, szyneczkę, karpia po żydowsku i kurczaka w galarecie. Wtedy wszystko było na kartki, a na półkach stał jedynie ocet, więc produkty zdobywało się z wielkim trudem. Pamiętam też pyszne zupy: krupnik, pomidorową, fasolową i genialną grochówkę. Z przedszkola zapamiętałem tylko podwieczorki: pieczone jabłko z bułką, gruszkę, kisiel, budyń. Ale najmilsze wspomnienie związane jest z piwem domowej roboty, które odkryłem kiedyś w piwniczce. Miało cudowną nutę jałowca.

Nie lubiłem szpinaku, bo był rozgotowaną breją. Natomiast dziś - bardzo, sam go przyrządzam ze świeżych liści i doprawiam czosnkiem do smaku.

Sławomir Babiarz, prezenter TVP

Szczególnie wspominam potrawę, która przygotowywała moja mama - w gwarze domowej nazywaliśmy to "bulbanikami". Wyglądały jak bułeczki, zrobione były z ciasta drożdżowego, a w środku miały nadzienie z ziemniaków. Piekło się to na piękny rumiany kolor, potem przekrajało wzdłuż, wkładało się w środek trochę masła i znów nakrywało. Do tego piliśmy lekko zabielany barszcz.

Do jedzenia raczej mnie nie przymuszano, musiałem jednak pić tran, tłusty i zimny, zagryzany kawałkiem chleba. Inne złe wspomnienia kulinarne związane są ze stołówkami w ośrodkach wczasowych. Zupełnie niejadalne były wszelkie mięsa, składające się z samych żył i tłuszczu. Najlepszy był kotlet mielony, bo przynajmniej można go było zjeść w całości.

Smaki "spoza domu", to po pierwsze lody, które miały wspaniały kremowy kolor i aksamitną konsystencję. Po drugie: niezrównany smak wody z saturatora, z malinowym lub pomarańczowym sokiem. I wreszcie oranżada - tzw. landrynówa, sprzedawana w butelkach zamykanych nie na kapsle, tylko taki drucik.

Na wakacjach na wsi po raz pierwszy jadłem cudowne, wiejskie masło z chlebem pieczonym przez naszą gospodynię. I wreszcie najsłodszy smak mego dzieciństwa - ciastka w kształcie łabędzi z pysznym kremem w środku, które kusiły w jednej z cukierni w moim rodzinnym mieście.

Anna Bugaj, studentka kulturoznawstwa UW

Fatalnie wspominam szpinak, którym raczyli nas w przedszkolu, czasem wrzucali go nawet do zupy. Zresztą prawie wszystko lądowało w zupie. Stołówka w przedszkolu serwowała na przykład naleśniki ze śmietaną do... barszczu ukraińskiego - ohyda! W ogóle przedszkole to był kulinarny koszmar. Bardzo długo byłam chorobliwie chuda, bo miałam wstręt do jedzenia, właśnie przez to, jak nas tam karmili. Szpinak jem teraz tylko surowy - wtedy nie przypomina w niczym tej zielonej papki z dzieciństwa. Jedyna smaczna rzecz, którą wspominam z tamtego czasu, to naleśniki.

Natomiast u babci był zawsze żurek. Taki pachnący, ze smażonymi ziemniaczkami. Zupa była przyprawiona majerankiem, ziemniaczki były smażone na masełku, posypane solą i ziołami - to była prawdziwa uczta . A jedzenie żurku to był cały rytuał, najpierw parę łyżek zupy, potem kartofelek, znów zupka. Powoli i ze smakiem. Z tym wspomnieniem kojarzą mi się najszczęśliwsze chwile w moim życiu.

Katarzyna Farmakis, kierowniczka sklepu w Konstancinie

Najlepiej zapamiętaną przeze mnie potrawą z dzieciństwa jest chleb polany śmietaną i posypany cukrem. Więcej radości niż sam smak sprawiało mi samodzielne przygotowanie takiej kanapki. Ciekawe, że choć tyle wokół się zmieniło, moja córeczka również lubi taki chlebek. Z potraw przygotowywanych przez mamę najbardziej smakowały mi zupy, zwłaszcza kapuśniak, żurek, ogórkowa. W siermiężnych latach 80-tych dużo urozmaiceń do naszej kuchni wnosił tata, który z pochodzenia był w połowie Grekiem. To dzięki niemu na naszym stole, obok wytapianego przez mamę smalczyku, pojawiały się ośmiorniczki, oliwki i ser feta. Szczególnie dobrze zapamiętałam, jak tata przyrządzał pieczoną fetę. Wkładał ją do żaroodpornego naczynia, przykrywał startymi pomidorami i doprawiał ziołami. Zapach pieczonego sera rozchodził się po całym mieszkaniu i nawet te kilka minut oczekiwania na potrawę wydawało się wiecznością.

Jako łasuch na słodycze najbardziej nie mogłam się doczekać przysyłanej w paczkach z Grecji chałwy. Była zupełnie inna od tej dostępnej w Polsce. Jadłam ją aż do bólu brzucha. Zresztą smak i faktura chałwy tak mnie zauroczyły, że jestem jej wierna do dzisiaj.