Niebo między ludźmi

Od dziś na ekranach "Jak w niebie" Kaya Pollaka. Elektryzująca przypowieść o samopoznaniu i samourzeczywistnieniu się człowieka - niby łatwa i przystępna, a przecież kryjąca w sobie światopoglądową bombę.
Pierwsze kadry filmu Kaya Pollaka rażą natrętnym pięknem i ostrością znaczeń. Chłopiec gra na skrzypcach pośród łanu zboża. Źli koledzy dopadają go i biją. W paru syntetycznych obrazach zarysowana młodość i kariera cudownego dziecka marzącego o muzyce, która otwierałaby ludzkie serca. Mały Daniel co prawda wyrasta na sławnego dyrygenta, ale jego misja się nie udaje: jest skazany na swoją wielkość, samotny, chory. Krople krwi padają na partyturę.

Ten początek trąci kiczem. Można się obawiać rozpaczliwego, biograficznego melodramatu o życiu artysty i o ciernistej drodze do raju sztuki. Jednak szybko film Pollaka zaczyna prowadzić w inną, nieoczekiwaną stronę. Przekracza gatunkowe schematy, układa się w elektryzującą, wciągającą przypowieść o samopoznaniu i samourzeczywistnieniu się człowieka - niby łatwą i przystępną, a przecież kryjącą w sobie światopoglądową bombę.

Bergmanowski krzyk

Po pierwszych minutach akcja filmu zwalnia. Obrazy nabierają surowości dokumentu. Od symbolicznej bajki przechodzimy do rzeczywistości. Samotny Daniel jedzie na północ, wraca do rodzinnej wsi, którą porzucił w dzieciństwie. Nikt go nie rozpoznaje, bo wcześnie zmienił nazwisko na artystyczny pseudonim. Ale nie chce już być artystą, porzuca karierę, która go zabijała. Kupuje pusty budynek dawnej szkoły, w której kiedyś zaznawał od rówieśników tyle cierpień. Wsłuchuje się w rzeczywistość, czeka.

W nieokrzesanych postaciach spotkanych we wsi rozpoznaje swoich dawnych rówieśników. Wśród nich jest Cony, który go niegdyś prześladował, a teraz katuje swoją żonę - Daniela również nie oszczędzi. Takie są te dawne "dzieci z Bullerbynn". Wszyscy ci ludzie tworzą chór kościelny, który prowadzi Daniel na życzenie pastora, nie spodziewającego się, jakiej rewolucji dokona to wspólne śpiewanie.

Ten pastor jest parodią postaci bergmanowskich - podobny do biskupa z "Fanny i Aleksandra", nieszczęśliwy i unieszczęśliwiający swoją żonę, skrępowany psychozą grzechu, sługa iluzorycznego Boga, który czyha na ludzkie przewinienia.

Pastor oszukuje siebie, ukrywając za teologicznymi książkami pornograficzne pisemka. W wykrzyczanych (jak u Bergmana) małżeńskich awanturach w pewnym momencie pada kapitalna teologiczna kwestia: "Niech Bóg ci przebaczy!" - woła mąż. "Bóg nie ma nic do przebaczania, bo nie potępia! - odcina się żona - To wy potępiacie, jedną ręką wmawiając ludziom grzech, drugą odpuszczając".

Wśród chórzystów jest Lena (Maria Magdalena?), dziewczyna oszukana przez życie, zakochana w Danielu, oskarżona przez miejscową dewotkę o uwodzicielstwo - dzięki Lenie Daniel po raz pierwszy w życiu kogoś pokocha. Jest wśród nich także upośledzony chłopak Tore, który bardzo pragnie dołączyć do zespołu i, jak się okaże, odegra w nim kluczową rolę.

"Jak w niebie" przypomina musical, w którym za sprawą dyrygenta pasjonata przypadkowa ludzka zbieranina zamienia się w zespół i odnosi triumf. Ale film Kaya Pollaka nie jest musicalem, tylko popularną wersją filmów o duchowym wyzwoleniu (arcydziełem tego rodzaju była duńska "Uczta Babette"). W filmie Polaka chór sprawia to, czego w wielu przypadkach nie może sprawić prawdziwy Kościół: tworzy wspólnotę, która niesie jednostce wolność.

Sakrament śpiewu

Kim właściwie jest Daniel? Kapłanem konkurencyjnego Kościoła - jak podejrzewa pastor? Guru zbawiającym przez muzykę? "Wyobraźcie sobie - mówi Daniel - że cała muzyka już istnieje. Jest gotowa. Trzeba się tylko w nią wsłuchać". Jest to idea czysto religijna, ale przełożona na potoczne relacje życiowe. W tym "Kościele" śpiew jest jedynym sakramentem. Próba chóru rozpoczyna się od tego, że każdy z uczestników znajduje w sobie własny ton. To nic, że stale coś przeszkadza: a to klakson tira, a to czyjaś dzwoniąca komórka lub czyjś wybuch złości. Próba trwa.

W tej wolnościowej przypowieści nikt nie ma z góry wyznaczonej roli. Nawet Bóg kryje się gdzieś pomiędzy ludźmi. Międzyludzka harmonia łamie się, to znów powraca. Artysta-guru, któremu udaje się przerabiać zjadaczy chleba w aniołów, jest po prostu jednym z nich, zranionym człowiekiem. Tak samo jak tamci szuka własnego tonu. I jak wielu prawdziwych guru będzie posądzony o to, że chce manipulować ludźmi i działać na swoją korzyść, choć przecież ludźmi nie rządzi, tylko pozwala im się wyzwolić przez śpiew.

Daniel mający pewne rysy chrystusowe jest postacią wywiedzioną z hipisowskich nieformalnych wspólnot, z dzisiejszych grup wsparcia, z ducha psychiatrii humanistycznej, której credo brzmiało: "Pokochaj siebie" (taki był polski tytuł klasycznej książki Wayne'a W. Dyera z lat 70.). Z kolei motyw uzdrawiającego krzyku odsyła do terapii działającego w Ameryce niemieckiego psychiatry Wilhelma Reicha uznanego niegdyś za skandalistę, nawet uwięzionego. Był on autorem głośnej - wydanej u nas w latach 90. - książki "Mordercy Chrystusa". Tymi mordercami według Reicha są ci, którzy uprawiają kult męczeństwa i nieustannie wkładają na głowę Chrystusa koronę cierniową, nie widząc w Nim ukrytego blasku Siły Życiowej. Ten blask, obecny także w radości seksualnej - jak twierdził utopista Reich - jest w naszej cywilizacji nieustannie tłumiony, ale kiedyś "sprowadzi niebo na ziemię".

W tym filmie niebo zostaje sprowadzone na ziemię. Pozostaje jeszcze tylko pytanie, co się stanie z odszczepieńcami, którzy nie są w stanie zaakceptować Daniela i wejść do "śpiewającego Kościoła" - jak pastor, Cony, dewotka Siv? Sposób, w jaki potraktowano w filmie te postacie, nadaje idei "Jak w niebie" wiarygodność i ostatecznie przekonuje mnie do tego filmu.

Kay Pollak należy do pokolenia '68. Ten reżyser prowadzący w Sztokholmie centrum wydawnicze i edukacyjne swoim młodzieńczym, ekstatycznym filmem przywraca blask optymistycznej wierze tamtego pokolenia. Bywają filmy - należą do nich według mnie ostatnie dzieła von Triera - które pod wyrafinowaną formą kryją ubogą treść. Z "Jak w niebie" jest odwrotnie. Jego naiwności i melodramatyzmy są pozorne. Ten film jest czymś w rodzaju terapeutycznego seansu, któremu warto się poddać.