Marcinkiewicz oczarował Brukselę?

Pozytywny bilans wizyty Marcinkiewicza w Brukseli. Polska mówi tym samym głosem co Komisja i Parlament Europejski w sprawie unijnego budżetu na lata 2007-13. Ale to nie one mają teraz decydujący głos w tej sprawie. Decydują Brytyjczycy, z którymi Marcinkiewicz będzie rozmawiał w czwartek.
Podczas środowej wizyty w Brukseli premierowi Marcinkiewiczowi mogło się udać przekonać Barroso i Borrella do swojej proeuropejskości. Nie przekonał jednak zachodnioeuropejskich mediów, które w ostatnich miesiącach przekazywały dość negatywny wizerunek Polski pod rządami konserwatywnego rządu. Powód był prozaiczny - wizyta Marcinkiewicza nie wzbudziła w Brukseli większego zainteresowania zagranicznych dziennikarzy, bo ich uwaga była skierowana na nową niemiecką kanclerz Angelę Merkel, która także w środę przyjechała do Brukseli.

Premier RP powinien jednak uznać wizytę w Brukseli za udaną, głównie z tego powodu, że uzyskał spory kredyt zaufania nawet od tych polityków zachodnioeuropejskich, którzy do tej pory byli nastawieni do nowej ekipy sceptycznie.

- Jestem zaniepokojony deklaracjami niektórych polityków partii tworzącej rząd (np. dotyczącymi kary śmierci czy stosunku do homoseksualistów), ale rozumiem, że to było na użytek kampanii wyborczej. Teraz jest po wyborach i czekamy na konkretne posunięcia rządu pana Marcinkiewicza - mówił "Gazecie" Martin Schulz, szef frakcji socjalistów w Parlamencie Europejskim. Członkowie tej frakcji wielokrotnie krytycznie wypowiadali się o PiS i premierze, np. komentowali jego wypowiedzi o tym, że homoseksualizm jest sprzeczny z naturą.

Przede wszystkim budżet

Głównym tematem rozmów Marcinkiewicza w Brukseli (zarówno w Komisji, jak i w Parlamencie Europejskim) były kwestie gospodarcze, a zwłaszcza budżet Unii na lata 2007-13. Problem w tym, że odpowiedzialność w tej sprawie nie spoczywa dziś na Brukseli, ale na Londynie. I dlatego do brytyjskiego rządu przewodniczący Komisji wystosował kolejny apel: - Budżet to teraz najważniejsza sprawa. Musimy sprawiedliwie podzielić się kosztami rozszerzenia - mówił Barroso. Nawiązał w ten sposób do uporczywej obrony przez Brytyjczyków swojego rabatu budżetowego. Ten rabat powoduje, że Wielka Brytania w mniejszym stopniu niż np. Niemcy czy Holandia finansuje koszty rozszerzenia.

Premier wtórował szefowi Komisji. - W tym roku obchodzimy rok "Solidarności". Unijnemu budżetowi solidarność jest potrzebna. Trudno sobie wyobrazić, żeby w taką rocznicę nie doszło do porozumienia. Z takim przesłaniem udam się do Londynu - powiedział premier. Jak nieoficjalnie dowiedziała się "Gazeta", podczas spotkania w Komisji padła sugestia, by Polska nie próbowała już zgłaszać żadnych rewolucyjnych propozycji budżetowych, tylko trzymała się projektu przygotowanego przez prezydencję luksemburską. - Budżet jest tak zagrożony, że Polska musi być przewidywalna - powiedział nam jeden z urzędników Komisji proszących o zachowanie anonimowości.

W lunchu z premierem, prócz Barroso, wzięło udział także pięciu komisarzy, w tym polska komisarz ds. polityki regionalnej Danuta Hübner.

Wizyta Marcinkiewicza w Brukseli nie obyła się bez drobnego zgrzytu protokolarnego odnotowanego przez obserwatorów w Parlamencie Europejskim.

Otóż w oficjalnym druku-programie wizyty w składzie delegacji rządowej wymienieni byli w charakterze "doradców prezesa Rady Ministrów" eurodeputowani Michał Kamiński i Adam Bielan. Tymczasem zdaniem prawników eurodeputowani nie powinni sprawować żadnych czynnych funkcji rządowych, bo wchodziliby w konflikt interesów. - Miejmy nadzieję, że to przypadek lub niedopatrzenie - komentowali rozmówcy "Gazety" w europarlamencie.

Prosto z Brukseli premier Marcinkiewicz poleciał w środę do Londynu. Tam może go czekać dziś niemiła niespodzianka w postaci protestu ugrupowań ekologiczno-gejowskich. Chcą one demonstrować przeciwko łamaniu praw człowieka w Polsce. "Zieloni" i geje w Brukseli też zapowiadali demonstrację, ale w środę do żadnego incydentu nie doszło.