Co Urząd Ochrony Państwa zrobił prawicy?

Tajemnice szafy płk. Lesiaka. - Nie było inwigilacji prawicy. Były tylko niepoważne plany oficera średniego szczebla Jana Lesiaka - zapewnia Piotr Niemczyk, należący do kierownictwa UOP w latach 1990-94. - Były bezprawne działania wobec partii politycznych - twierdzi Zbigniew Siemiątkowski, b. koordynator służb specjalnych w latach 1993-97
ABW i MSWiA mają wkrótce zadecydować, czy odtajnią akta sprawy inwigilacji partii prawicowych przez służby specjalne w pierwszej połowie lat 90. Jedynym oskarżonym w tej sprawie jest dzisiaj b. oficer UOP płk. Jan Lesiak. Co było w gromadzonych przez niego aktach, opowiadają nam osoby, które je czytały.

Niemczyk: inwigilacji prawicy nie było

- Nie było żadnej inwigilacji prawicy. Były niepoważne plany sformułowane w biurze płk. Lesiaka. Nie doszło również - przynajmniej według tego, co wiem - do umieszczania agentury wewnątrz partii politycznych ani do działań dezintegracyjnych - przekonuje Piotr Niemczyk, w latach 1990-93 dyrektor Biura Analiz i Informacji UOP, a potem przez rok wiceszef Zarządu Wywiadu UOP.

To Niemczyk podpisał słynną instrukcję 0015 z jesieni 1992 r., która według Jarosława Kaczyńskiego pozwalała służbom specjalnym na prowadzenie działań operacyjnych przeciwko partiom politycznym. Niemczyk podkreśla, że instrukcja dotyczyła tylko analizowania jawnych materiałów tych partii.

- Mam obawę, czy osoby naciskające, by teraz postawić zarzuty ludziom z UOP, nie będą chciały podciągnąć pod wspólny mianownik inwigilacji prawicy śledztw prowadzonych przez UOP w sprawach dotyczących możliwości udziału polityków różnych partii w aferach gospodarczych z początku lat 90. Jeżeli te działania określono by jako inwigilację prawicy czy lewicy, to znaczyłoby, że w Polsce w ogóle nie można już ścigać przestępców - kończy Niemczyk.

Siemiątkowski: jak Lesiak chciał pomóc SLD

- Zakładam, że pan Niemczyk mówi w dobrej wierze i faktycznie nie wiedział o działalności płk. Lesiaka, który podlegał bezpośrednio szefowi UOP. To jest możliwe, bo ja się o tym również dowiedziałem bardzo późno - powiedział "Gazecie" Zbigniew Siemiątkowski. W latach 1993-97 w rządzie SLD był koordynatorem służb specjalnych. To właśnie Siemiątkowski nagłośnił sprawę inwigilacji partii politycznych przez UOP i przekazał materiały na ten temat prokuraturze i sejmowej komisji służb specjalnych.

- W początkach lipca 1997 r. płk Lesiak zgłosił się do ówczesnego szefa UOP Andrzeja Kapkowskiego i złożył ofertę dla lewicy. Stwierdził, że lewica ma złe rokowania wyborcze i można jej pomóc. Zaproponował przeprowadzenie kombinacji operacyjnej w oparciu o agenturę w partiach politycznych i w mediach - wspomina Siemiątkowski. - Lesiak chwalił się, że taką kombinację raz już udało się przeprowadzić w 1993 r., co doprowadziło do rozpadu prawicy i słabych notowań Porozumienia Centrum [partii braci Kaczyńskich] - mówi Siemiątkowski.

Według jego relacji Kapkowski przestraszył się. - Poinformował mnie o sprawie. Wezwaliśmy Lesiaka na drugi dzień. Komisja złożona z kilku oficerów śledczych przejęła jego gabinet ze słynną szafą. Pamiętam, że jeden z tych oficerów był pod wrażeniem, bo Lesiak prosił go, by dali mu kwadrans przed wejściem do gabinetu. Najwyraźniej chciał się pozbyć jakichś akt - twierdzi były koordynator służb.

Siemiątkowski opisuje "szafę Lesiaka": - Zwykła metalowa szafa od góry do dołu wypełniona aktami, teczkami, zdjęciami, donosami, rękopisami. Były tam plany działań dezintegracyjnych wobec partii prawicowych takich jak PC, RdR (Ruch dla Rzeczpospolitej). Materiały obciążające przede wszystkim polityków prawicy, ale też resztki materiałów ze spraw robionych na polityków lewicy - operacja "Pamela" dotycząca Aleksandra Kwaśniewskiego, rozpracowanie Piotra Ikonowicza z PPS czy socjaldemokratów Tadeusza Fiszbacha z Polskiej Unii Socjaldemokratyczna - wylicza Siemiątkowski. Nie chce podać szczegółów.

Twierdzi, że przynajmniej o części działań płk. Lesiaka wiedział Andrzej Milczanowski, szef MSW w latach 1993-95. Jeden z dokumentów podpisanych przez Milczanowskiego nosił tytuł: "Propozycje niektórych działań dezintegracyjnych w środowiskach obecnej opozycji".

Milczanowski nie chciał wczoraj skomentować tych informacji.

Anastazja P., agentura w partiach i w mediach

O tym, co było w szafie Lesiaka, rozmawialiśmy z posłami, którzy obejrzeli te materiały, gdy zasiadali w komisji służb specjalnych. Z ich relacji wynika, że UOP udało się umieścić swoich ludzi w kilku partiach politycznych oraz w mediach. - W sumie ok. 10 osób - ujawnia jeden z naszych rozmówców.

Najbardziej znaną z tego kręgu jest Marzena Domaros, która jako dziennikarka Anastazja Potocka, wchodziła w intymne kontakty z politykami. Z częścią osób spotykała się w mieszkaniach operacyjnych UOP, który pokrywał niektóre jej wydatki i płacił za przejazdy. Potocką wysłano też na Wybrzeże, gdzie w środowisku prostytutek, cinkciarzy i taksówkarzy miała znaleźć materiały kompromitujące Mieczysława Wachowskiego.

Inny poseł pamięta projekty artykułów prasowych i kryptonimy dziennikarzy piszących na zamówienie, razem z tytułami, gdzie pracowali.

Był też zarys kombinacji operacyjnej mającej doprowadzić do skłócenia liderów prawicy: Jana Parysa, Romualda Szeremietiewa i Jarosława Kaczyńskiego.

Były też sprawy obyczajowe: - UOP próbował zebrać materiały świadczące o homoseksualizmie jednego z liderów prawicy. Dotarli nawet do jego dziewczyny z lat młodości. Zawiedziona miłość do niej miała obudzić w tym polityku skłonności homoseksualne. Nie sprawdziło się to, ale uruchomiono w celu sprawdzenia tych informacji spory aparat.