Internet zostaje w rękach USA

W wojnie o kontrolę nad internetem ogłoszono rozejm. Internet okazał się wyjątkowo odporny na politykę
Jeszcze w nocy przed rozpoczęciem obrad ONZ-owskiego szczytu przedstawiciele 170 krajów postanowili pozostawić administrację siecią kalifornijskiej organizacji ICANN zależnej od Departamentu Handlu USA. Zakończył się tym samym trwający od dwóch lat spór o kontrolę nad internetem. Unii Europejskiej wspieranej m.in. przez Brazylię i Chiny nie udało się wydrzeć kontroli z rąk Amerykanów.

"Obecna forma zarządu pozwoliła internetowi stać się prężnym, dynamicznym i zróżnicowanym medium" - stwierdza tekst porozumienia, które zostanie ostatecznie zatwierdzone dopiero pod koniec konferencji.

W zamian za zachowanie status quo USA zgodziły się na ewolucyjne zmiany w zarządzaniu siecią oraz ustanowienie nowego międzynarodowego Forum Zarządzania Internetem (Internet Governance Forum), które umożliwi pozostałym krajom uczestnictwo w administracji internetem, w tym zarządzaniem systemem nazw domen (DNS). Pierwsze spotkanie Forum ma się odbyć na początku przyszłego roku.

Mimo tego sukcesu prezydent Tunezji Ben Ali zapewne żałuje dnia, w którym zaproponował ONZ-owi zorganizowanie szczytu. Tunezja chciała pokazać światu, że jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gospodarek Afryki. ONZ miał jednak wątpliwości - Tunezja od lat jest bowiem znana z represjonowania opozycji, cenzury, więzienia dziennikarzy, adwokatów i sędziów.

Mówiąc krótko, jest zaprzeczeniem tego, czemu szczyt miał być poświęcony - wolnemu dostępowi do mediów i technologii. Świadomi tego paradoksu dyplomaci próbowali ratować sytuację, dzieląc szczyt na dwie części: pierwsza odbyła się dwa lata temu w Genewie, druga rozpoczęła się właśnie w Tunisie. Wielu miało nadzieję, że da to Ben Alemu okazję do rozluźnienia medialnego kagańca i skłoni do rozpoczęcia procesu demokratyzacji.

Nadzieje te okazały się próżne. Witające 11 tys. delegatów na lotnisku w Tunisie hasło: "Witajcie w Tunezji - ziemi tolerancji, solidarności, otwartości i dialogu", brzmi jak dowcip.

Reporter francuskiego dziennika "Libération", który chciał pisać o tunezyjskiej opozycji, został pobity i ugodzony nożem przez nieznanych sprawców. Inni dziennikarze narzekają, że są nieustannie śledzeni. Tajna policja poturbowała i skonfiskowała taśmy ekipie TV belgijskiej. Kilkudziesięciu policjantów zablokowało reporterom dostęp do mającego status placówki dyplomatycznej Instytutu Goethego, gdzie miało się odbyć spotkanie tunezyjskich i zagranicznych organizacji praw człowieka.

Tunezyjskie władze bagatelizują zajścia, tłumacząc, że to zwykły bandytyzm. I chwalą się, że odblokowane zostały niedawno niektóre witryny internetowe opozycji. "Zaszczyt" ten spotkał między innymi KalimaTunisie (www.kalimatunisie.com), portal redagowany przez dziennikarzy wyrzuconych z oficjalnych tunezyjskich mediów. - Tak, ale w zamian zablokowano nam telefony i odcięto dostęp do skrzynek e-mailowych - tłumaczy założycielka witryny Sihem Bensedrine.

Sytuacja jest tak napięta, że w dniu otwarcia szczytu sam ONZ wezwał władze do opamiętania. - Wzywamy do natychmiastowego zaprzestania karania mandatami, zmuszania do milczenia, naruszania nietykalności cielesnej, sądowego karania i aresztowań tych członków społeczeństwa obywatelskiego, którzy domagają się przestrzegania praw człowieka, w tym wolności wypowiadania się - czytamy w apelu trzech ONZ-owskich ekspertów.

Skomentuj:
Internet zostaje w rękach USA
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX