Krwawe zamachy na hotele w Jordanii

Terroryści, prawdopodobnie samobójcy zaatakowali wczoraj wieczorem trzy hotele w stolicy Jordanii Ammanie. Zginęło co najmniej 67 osób a od 115 do 300 zostało rannych. Prawdopodobnie nie ma wśród nich Polaków
Pierwszy ładunek eksplodował o 20.50 przed wejściem do hotelu Hyatt, niszcząc drzwi i hall główny. Według świadków było wiele ofiar śmiertelnych i kilkanaście rannych. Chwilę później wybuch bomby wstrząsnął sąsiednim hotelem Radisson. Eksplozja miała miejsce w sali, w której akurat odbywało się wesele na 250 osób. Około 40 osób zostało rannych, byli też podobno zabici. Trzeci ładunek eksplodował w samochodzie-pułapce przed hotelem Days Inn.

Według policji jordańskiej zamachy były dziełem terrorystów-samobójców. Hotele, w których się wysadzili to największe, pięciogwiazdkowe hotele w centrum stolicy Jordanii. Najwięcej gości stanowili w nich zachodni biznesmeni i turyści z Izraela. Według władz w Ammanie wiekszośc ofiar to Jordańczycy. Prawie na pewno nie ma wśród nich Polaków.

Policja nie wie na razie, kto stał za tymi skoordynowanymi zamachami. Podejrzenie pada jednak na siatkę Abu Musaby al-Zarkawiego, szefa irackiej gałęzi al-Kaidy, który jest Jordańczykiem. - Zarkawi od dawna zapowiadał rozszerzenie działalności poza Irakiem. Skoordynowany atak na zachodnie hotele w Ammanie wygląda jak huczne otwarcie takiej kampanii - oświadczył proszący o zachowanie anonimowości funkcjonariusz FBI.

Amerykanie przypominają, że dwa z trzech zaatakowanych hoteli - Hyatt i Raddisson - były już celem ataku al Kaidy w 2000 roku, przy okazji tzw. spisku milienijnego. To tylko wzmacnia teorię, że środowy zamach to dzieło grupy związanej z al Kaidą.

Funkcjonariusze FBI w rozmowach z amerykańskimi mediami przyznawali, że zamach był najpewniej wymierzony w amerykańskie interesy i oczekiwali, że władze Jordanii w każdej chwili zwrócą się do rządu USA o pomoc agentów FBI w prowadzeniu śledztwa.

Mówi płk Ken Allard, były oficer wywiadu wojskowego:

Celem islamskich ekstremistów jest destabilizacja nie tylko Iraku, ale całego regionu, zmiana obecnego status quo na Bliskim Wchodzie. Udało się tego kiedyś dokonać w Libanie, zwanym przecież wcześniej "Szwajcarią Bliskiego Wschodu". Dziś taką rolę przejęła Jordania. Gdyby nagle ekstremiści zmienili Jordanię w podobny front walki, zdestabilizowali ten kraj, w miejsce gdzie amerykańscy dziennikarze i wojskowi przyjeżdżają z Iraku, by odpocząć w bezpiecznym otoczeniu wprowadzili atmosferę ciągłego zagrożenia, byłby to ich ogromny sukces.