Zapomniane arcydzieło



Radością jeszcze większą od spotkania z nowym talentem jest odszukanie dzieł niesłusznie zapomnianych. Radość z przypomnienia i udostępnienia poezji Tomasza Gluzińskiego zawdzięczamy Bibliotece "Więzi" i Krzysztofowi Karaskowi, który jego wiersze wybrał i opatrzył przedmową.

"Urodził się Gluziński w roku 1924, we Lwowie - pisze Karasek. - Do szkoły chodził przy tej samej ulicy co jego o dziesięć dni młodszy krajan, Zbigniew Herbert, tyle że po przeciwnej jej stronie. Wojna wypędziła go z rodzinnego miasta, w roku 1950 osiadł w Zakopanem". Skrótowy, barwny życiorys Gluzińskiego możemy poznać z esencjonalnej autobiografii zawartej w liście poety do Herberta z 1983 roku. Wyłania się z tego niezwykłego listu sylwetka patrioty, który w '44 roku zaciąga się do I Pułku Strzelców Podhalańskich, po wojnie szuka swojego miejsca na Dolnym Śląsku, wreszcie zakłada rodzinę i zatrzymuje się, już na zawsze, pod Giewontem. Narciarza, trenera kadry narodowej kobiet i mężczyzn w narciarstwie alpejskim, człowieka niezłomnego. "Do partii ani żadnej podobnej nikczemnej organizacji nie należałem - pisze we wspomnianym liście - nie klaskałem, głupio się nie uśmiechałem, wydałem parę książek i ani razu nie oddałem osobiście skryptu w wydawnictwie - wysługując się zawsze pośrednictwem poczty. Nigdzie mnie nie znają, nie wiedzą, jak wyglądam". "U mnie - odpowiadał mu Herbert - koleje życia w swojej istotnej treści były tak podobne (...). Uświadomiłem sobie dzięki Tobie, jaka to jednak bezcenna rzecz solidarność pokoleniowa - nie ta wynikająca z daty urodzin, ale z zachowania wierności". Jako poeta Gluziński debiutował w 1958 r. w "Tygodniku Powszechnym", wydał 11 zbiorów wierszy, umarł w 1986 roku. "Był - pisze Karasek - jedną z postaci Zakopanego, jak malarz Brzozowski, rzeźbiarz Rząsa czy generał Boruta-Spiechowicz - trwałym elementem pejzażu tego miasta (...). Leży na Starym Cmentarzu, sławnej zakopiańskiej nekropolii, na Pęksowym Brzyzku". "Jeździłem na nartach - streszczał Herbertowi swoje życie - w słońcu, we mgle, w śnieżycy, po śniegach, po lodach, lodowcach, łaziłem po graniach, po turniach, po lasach i dziękowałem Bogu, że kazał mi zostać poetą nieuczonym, ale doświadczonym".

Jak na "nieuczonego" był Tomasz Gluziński poetą eksperymentującym nadzwyczaj świadomie. Poetą szorstkiego nazywania rzeczywistości, nieoczekiwanych zestawień, poszukiwań w przestrzeni i w wyobraźni zarazem, w zagęszczeniu świata do jego istoty. Jest w jego wierszach odwaga obnażania rytuałów, odwaga mowy potocznej i odwaga mówienia od sedna rzeczy, bez zbędnych wstępów, jak w wierszu "Zaproszenie":



był dzisiaj ten człowiek pomarszczony i tylko

po odzieży mogłem rozpoznać czy to mężczyzna

czy kobieta jak świat stara i rozmawialiśmy

długo a kiedy zniknął gość w ciemnym korytarzu

wiedziałem że odszedł ktoś za kim wyruszę lada

chwila z nieskładnym bełkotem jak więzień który

ucieka od tego dworu nienormalnego z dymiącym

dachem i ścianami malowanymi w czerwone języki



Takie wiersze pisał Gluziński w latach 60., Karasek słusznie pisze, że odegrał dużą rolę "w kształtowaniu się współczesnego języka poetyckiego", wskazuje go jako twórcę ważnego dla poetów Nowej Fali - dziś 60-letnich - oraz dla poetów, którzy debiutowali zaledwie kilkanaście lat temu.

Jest w "Wielkim pastwisku" bogactwo wierszy niezależnych, podporządkowanych tylko duchowej przygodzie i artystycznej woli. Autentycznych wtedy, gdy ich źródła biją w całkiem prywatnym, ukrytym przed nami przeżyciu, jak i w wtedy, gdy płyną z doświadczenia tak powszechnego jak Droga Krzyżowa. Należy tom Gluzińskiego do największych wydarzeń literackich naszego czasu i fakt, że poeta zmarł 19 lat temu, niczego tutaj nie zmienia.



Tomasz Gluziński "Wielkie pastwisko", wybór i przedmowa Krzysztof Karasek, Biblioteka "Więzi", Warszawa