Robinsonowie Nowego Orleanu

Ci ludzie mają zamiar przeczekać katastrofę w miejscu, gdzie żyją od urodzenia. Mimo że wokół morze zniszczeń, a oni żyją na wysepce bez prądu, wody, kanalizacji czy działającego sklepu
- Coraz większym problemem dla służb ratowniczych są ludzie, którzy stanowczo odmawiają ewakuacji - mówił po zakończeniu ewakuacji koczujących w halach Superdome i centrum konferencyjnym w Nowym Orleanie Michael Chertoff, szef departamentu bezpieczeństwa krajowego.

W wyludnionym Nowym Orleanie, zniszczonym przez wodę i huragan, to kolejny z niespodziewanych problemów, na który natykają się ratownicy. To tacy "Robinsonowie", którzy mają zamiar przeczekać katastrofę na tym samym kawałku chodnika, na tej samej ulicy, w tej samej ruderze, gdzie żyją od urodzenia. Mimo morza zniszczeń wokół ludzie ci żyją na wysepce bez prądu, wody, kanalizacji czy działającego sklepu. Są pewni, że szanse Nowego Orleanu na przetrwanie zależą od nich samych, ich uporu i determinacji w przywracaniu miasta do życia, a nie od działań władz. Inni zachowują się tak, jakby cały zamieszanie wokół kompletnie ich nie dotyczyło.

Co tych ludzi obchodzi?

- Ulicę zablokowało wojsko? A po co? - sędziwy, siwiutki pan bez przednich zębów stojący na rogu Magazine Street patrzy na mnie z wyraźnym zdziwieniem. Zatrzymałem się przy nim, gdy pośród zalanych i zawalonych drzewami ulic Nowego Orleanu po raz piąty zgubiłem drogę do Centrum Konferencyjnego. A ulicą, którą jechałem, nie chcieli mnie przepuścić żołnierze gwardii narodowej.

- W tej hali grają w koszykówkę, tak? Skręć w St. Charles i jedź cały czas prosto. Potem już znajdziesz - poradził staruszek.

Gdy odjeżdżałem, pomachał mi przyjaźnie. I dopiero po kilkudziesięciu metrach dotarło do mnie, że staruszek przy Magazine Street (niezalana i nienaruszona specjalnie przez huragan ulica prowadząca od rzeki Missisipi do centrum miasta) chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje dokoła. A raczej kompletnie go to nie obchodzi.

Takich ludzi są dziś w Nowym Orleanie setki. Wszędzie, gdzie się nie pojedzie, w niezalanych częściach miasta widać pojedyncze osoby idące ulicą z wózkiem z supermarketu, jadące sobie gdzieś leniwie rowerem. Na Bourbon Street, którą przejeżdżałem trzy razy o różnych porach, za każdym razem widziałem tego samego pana z brzuszkiem rozmawiającego z ulicznego telefonu. Gdybym go nie widział, nigdy nawet by mi nie przyszło do głowy, że telefony na skrawku pięciu ocalałych ulic w ogóle mogą działać.

W okolicach opustoszałego już, otoczonego pierścieniem śmieci Centrum Konferencyjnego, gdzie jeszcze trzy dni temu koczowało 25 tys. ludzi, którzy tu schronili się przed powodzią, dziś świeci pustkami. Ale nawet tu widać czarnoskórego chłopaka pedałującego energicznie na rowerze bez powietrza w jednym kole. Z naprzeciwka idzie kobieta, która była bezdomna jeszcze przed nadejściem huraganu. Pcha wielki wózek z pozbieranymi aluminiowymi puszkami. Co chwila się zatrzymuje i podnosi kolejną, z wprawą zgniata ją butem i wrzuca do koszyka. Co z nimi zrobi? Gdzie je sprzeda? Na pytanie tylko wzrusza ramionami i idzie dalej.

Zostali, bo pilnują swego

Oczywiście w Nowym Orleanie zostali nie tylko bezdomni. Jest mnóstwo osób, chcących pilnować swojego niezniszczonego domu czy biznesu. Przed jedną z knajpek przy Royal Street rozsiadł się facet z wielką strzelbą. Siedzi na krześle na chodniku i pozdrawia "Hi!" wszystkich przechodzących i przejeżdżających. On także nie wygląda na kogoś, kto ma zamiar gdziekolwiek się ewakuować.

W jednym z dużych budynków przy Bourbon Street siedzi dziewięciu mężczyzn z bronią. Pilnują swoich mieszkań. Reporterowi lokalnej gazety powiedzieli, że mają zapasy jedzenia i białego wina, pieką sobie na grillu, co im potrzeba. I trzymają warty 24 godziny na dobę.

Na niektórych ulicach niemal co kilkanaście metrów na budynkach wymalowane sprayem napisy "You loot - I shoot" (Ty rabujesz, ja strzelam). Czy właściciele rzeczywiście są w środku? Bezpieczniej nie sprawdzać.

Tacy ludzie, gdy słyszą, że mają się ewakuować "dla własnego bezpieczeństwa", raczej się śmieją. Argument, że władze będą pilnowały domostw, gdy ci wyjadą jest rzeczywiście śmieszny w świetle tego, co w ostatnim tygodniu działo się w Nowym Orleanie. No i podstawowa sprawa - to bardzo przywiązani do wolności osobistej, w tym prawa do noszenia broni południowcy, którzy za każdym razem, gdy rząd mówi im, co mają robić, reagują z podejrzliwością.

Jest tu też masa zwykłych dziwaków, niezależnych duchów - w końcu to miasto zawsze było stolicą ekscentryków, artystycznych typów. Tacy ludzie władz jakiegokolwiek szczebla nie traktują z podejrzliwością. Po prostu nie zwracają na nie uwagi.

No i są samotne, często starsze osoby, które nie mają gdzie i czym wyjechać. Nie dadzą rady dojść do miejsc, skąd prowadzona jest ewakuacja. Starają się normalnie żyć. Przy Magazine Street widziałem białą kobietę po sześćdziesiątce wychodzącą z zakupami ze sklepu. W torbie miała butelkę wody, zapakowany chleb, sok. Za "zakupy" oczywiście nie zapłaciła, bo nie było komu. Ale policja od kilku dni nie zwraca już uwagi na ludzi, którzy biorą z otwartych sklepów to, co potrzebne im do przetrwania. Pod warunkiem, że niczego nie niszczą.

Czego chcą władze

Władze upierają się przy całkowitej ewakuacji utrzymując, że życie w mieście pozbawionym wszelkich instalacji sanitarnych, grozi epidemią. Groźne są też poprzerywane w tysiącach miejsc przewody elektryczne, zniszczone instalacje gazowe, osłabione konstrukcje domów. Jak więc postąpią policjanci, ratownicy i żołnierze z tymi setkami ludzi, niezważającymi na razie na wezwania do ewakuacji? Dotąd ich ignorowali. Byli zajęci ewakuacją wielkich skupisk uchodźców, teraz wyciągają ostatnich ludzi z dachów i strychów na zalanych terenach. Za chwilę zaczną się przeszukania zalanych domów w poszukiwaniu ciał ofiar, których na razie nikt nie umie policzyć. To wszystko potrwa jeszcze tygodnie. A potem woda z miasta być może już zostanie wypompowana. Do miasta zacznie wracać życie. A "Robinsonowie" zdołają przeczekać najgorsze.