Czy Plamegate będzie największym skandalem prezydentury George'a Busha?

Czy główny strateg Białego Domu popełnił przestępstwo, zdradzając tożsamość oficera CIA? Kariera człowieka odpowiedzialnego za sukces wyborczy George'a Busha wisi na włosku
Afera z ujawnieniem tożsamości oficera CIA Valerie Plame wybuchła dwa lata temu i początkowo wydawała się jedną z tych licznych prasowych burz, które są szybko zagłuszają inne. Jednak teraz, gdy dwoje reporterów magazynu "Time" i dziennika "New York Times" najprawdopodobniej trafi do więzienia, a na celowniku śledczych znalazł się potężny i diaboliczny doradca prezydenta Karl Rove, Plamegate - czyli afera Plame - może okazać się największym skandalem politycznym epoki George'a Busha.

Mózg Busha

Karl Rove to architekt dwóch zwycięskich kampanii prezydenckich Busha. Od tytułu książki i filmu dokumentalnego o nim, nazywa się go często "mózgiem Busha".

Po wprowadzeniu Busha na stanowisko gubernatora Teksasu oraz dwukrotnym doprowadzeniu go do prezydentury Rove uchodzi w USA za najlepszego specjalistę od kampanii wyborczych. Ponieważ Rove nigdy nie cofał się przed brudnymi zagraniami, wzbudza u przeciwników nienawiść, strach i podziw.

Dziś Rove - który w Białym Domu ma ponoć gabinet większy od pokoju wiceprezydenta Dicka Cheneya - skupia się na politycznych kampaniach wspierających realizację programu wyborczego Busha oraz marzy o zbudowaniu w Kongresie stabilnej większości Partii Republikańskiej, która by przetrwała kilka dekad.

Kto zdradził Plame?

Ale Karl Rove jest dziś w poważnych tarapatach. Jest oskarżany, choć na razie tylko przez media, o ujawnienie tajnych informacji, co jest w USA przestępstwem federalnym. Karą może być nawet więzienie, a już na pewno koniec kariery politycznej.

Zaczęło się od orędzia o stanie państwa wygłoszonego przez Busha w lutym 2003 roku. Prezydent, przygotowując grunt pod inwazję na Irak, oskarżył wówczas Saddama Husajna, że próbował kupić uran w afrykańskim Nigrze. Gdyby była to prawda, byłby to niezbity dowód na to, że Irakijczycy pracują nad budową broni masowego rażenia.

Kilka miesięcy później były ambasador USA w kilku krajach Afryki Joseph Wilson napisał artykuł dla "New York Timesa", w którym ujawnił, że jeszcze przed orędziem Busha został wysłany przez CIA z misją do Nigru, by sprawdzić doniesienia o uranie. Po powrocie Wilson napisał raport, w którym informacje o irackich próbach kupienia uranu uznał za całkowicie wyssane z palca. Wilson oskarżył Biały Dom o celowe wyolbrzymianie irackiego zagrożenia, wbrew dostępnym informacjom.

Oczywiście wybuchł skandal, Biały Dom był na Wilsona wściekły. To wówczas do trzech czołowych waszyngtońskich reporterów doszedł przeciek z kręgów administracji, że Wilsonowi nie można ufać. Dlaczego? Bo misja Wilsona w Nigrze była tylko przykrywką dla pracy w tym kraju jego żony Valerie Plame, cenionego oficera CIA specjalizującego się właśnie w broni masowego rażenia.

Plame od 20 lat, udając pracownika różnych prywatnych firm, tropi międzynarodowy handel materiałami nuklearnymi. Uważana jest za jednego z czołowych ekspertów CIA w tej dziedzinie.

Jeden z reporterów, znany konserwatywny publicysta Bob Novak, w swym bardzo krytycznym wobec Wilson artykule ujawnił nazwisko Plame. W mediach rozpętała się dyskusja o tym, czy w aferę polityczną należy wplątywać sprawy rodzinne oraz czy ofiarą takiej afery może paść zawodowy oficer służb specjalnych.

I w środku tej dyskusji Karl Rove zadzwonił do gospodarza bardzo znanego politycznego talk-show w telewizji MSNBC i w przyjacielskiej rozmowie przekonywał go, że badanie roli Plame w całej sprawie jest jak najbardziej w porządku.

Gdy wydawało się, że sprawa wreszcie przycichnie, skandal wybuchł z nową siłą. Bush, który alergicznie niecierpi przecieków z własnego obozu, podobno wściekł się, że ktoś z Białego Domu zdradził mediom tożsamość oficera CIA. Wydał polecenie znalezienia przecieku i pociągnięcia winnego do odpowiedzialności. Sprawą zajął się niezależny prokurator.

Reporterzy do więzienia

Judith Miller z "New York Timesa" oraz Matt Cooper z "Time'a" rozmawiali o Plame z kimś z Białego Domu, odmawiają jednak ujawnienia nazwiska informatora prokuratorowi, i to mimo że nakazywały im to sądy kolejnych instancji. Ostatnio sąd najwyższy odmówił zajęcia się ich apelacją, co oznacza, że w najbliższych dniach mogą trafić do więzienia.

W środę wieczorem Matt Cooper zgodził się zeznawać przed prokuratorem. Nie jest jednak jasne, czy i jak odpowie na pytanie o źródło swych informacji.

Przesłuchiwany przez prokuratora był już wcześniej Bob Novak. Nie wiadomo, co powiedział prokuratorowi, wiadomo jednak, że ten po przesłuchaniu nie postawił Novakowi żadnych zarzutów.

W ubiegłym tygodniu kierownictwo magazynu "Time" nieoczekiwanie oznajmiło, że podporządkuje się nakazom sądu ("bo nie stoimy ponad prawem"). Redaktor naczelny przekazał prokuratorowi notatki Coopera. Szefowie "Time'a" mieli nadzieję, że uchronią w ten sposób Coopera przed więzieniem. I właśnie z tych notatek wynika, że Cooper przed wybuchem afery rozmawiał z Rovem o sprawie Plame. Nie ma w nich jednak dowodu na to, że to właśnie Rove ujawnił tożsamość oficera. Dowodem takim mogłyby być tylko zeznania Coopera, ale ten wciąż odmawia współpracy z prokuratorem.

Prawnik Rove'a w najnowszym wydaniu tygodnika "Newsweek" przyznał, że Rove w 2003 r. rozmawiał z Cooperem na temat Plame, jednak zaprzecza, by to jego klient ujawnił jej nazwisko. Wielu komentatorów nie ma jednak wątpliwości, że to Rove był źródłem przecieku. Ludzie niechętni Rove'owi podkreślają, że taki bezwzględny atak na politycznego przeciwnika poprzez przecieki do prasy to działanie bardzo typowe dla Rove'a.

Sprawa Plame rozpoczęła też w USA debatę na temat granic, do których mogą posuwać się dziennikarze w chronieniu swych informatorów. Reporterzy "Time'a" i "New York Timesa" są zdecydowani chronić ich do końca, mimo że już jasno widać, iż przeciek na temat Plame miał podłoże polityczne i był próbą zdyskredytowania Wilsona.

Tony Norman z dziennika "Pittsburgh Post-Gazette" napisał jednak ostatnio: "Cieszę się, że Cooper i Miller są tak pryncypialni, jednak gdyby to mnie groziło pójście do więzienia za chronienie, powiedzmy, Karla Rove'a, to szczerze mówiąc byłoby mi bardzo trudno trzymać język za zębami".