Tropiciele Planu

"Kod Leonarda da Vinci" to zaledwie fragment większego zjawiska. Teraz również w Polsce ukazują się książki, według których Jezus był egipskim magiem, Maria Magdalena jego oblubienicą, a Jan Chrzciciel jego rywalem! Hołd Janowi oddawał Leonardo da Vinci i templariusze, którzy pluli na krucyfiks!




Takie "sensacje" przynosi wydana po polsku książka "Templariusze. Tajni strażnicy tożsamości Chrystusa" Lynn Picknett i Clive'a Prince'a. To kolejna pozycja z fali niby-naukowych tomów, którą wywołała publikacja Michaela Baigenta, Richarda Leigh i Henry'ego Lincolna "Święty Graal, Święta Krew" (1982, wyd. pol. 1994).

Jej autorzy przekonywali, że Jezus i Maria Magdalena spłodzili córkę Sarę, zaś Graal to nie kielich, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy, ani nie naczynie, w którym Józef z Arymatei zebrał krew Ukrzyżowanego, tylko krew ich rodu, z którego wywodzi się francuska dynastia Merowingów i władcy rządzący Królestwem Jerozolimskim.

Ile warte są tego typu teorie i książki? Na jakich przesłankach się opierają i czy "materiał dowodowy" jest w nich podany przekonująco?

Pamiętajmy, że na ich podstawie Dan Brown stworzył bestsellerowy kryminał "Kod Leonarda da Vinci". Gdy w przyszłym roku odbędzie się premiera jego wersji filmowej - z Tomem Hanksem i Audrey Tautou - grono ludzi przekonanych, że wszystko, o czym w nim opowiadają jest prawdą, wzrośnie z pewnością.

Luki i inne źródła

Pytanie podstawowe brzmi: co sprawia, że mnożą się różnorakie teorie o Jezusie, templariuszach i Leonardzie? Powodów jest kilka.

Pierwszy, to "defekty" Nowego Testamentu. Jeśli ktoś traktuje treści zawarte w czterech ewangeliach - Marka, Mateusza, Łukasza i Jana - jako przedmiot wiary, nie ma problemu. Gorzej, gdy ktoś uważa je jedynie za przedmiot wiedzy. Ten może powiedzieć: Ależ są tu luki, to, co jest w jednej Ewangelii, nie zawsze przystaje do zawartości pozostałych.

Przykłady? Poza rozmową 12-letniego Jezusa z nauczycielami w świątyni nie ma w Piśmie Świętym żadnej wzmianki na temat jego młodości! Nie wiadomo też, dlaczego epizody tak ważne jak zamiana wody w wino w Kanie Galilejskiej i wskrzeszenie Łazarza są tylko w Ewangelii św. Jana (prawdopodobnie najpóźniejszej).

Poza tym cztery ewangelie, uznane za kanoniczne przez Sobór Nicejski w 325 r., mają "konkurentów". W 1945 r. w egipskim Nag Hammadi znaleziono tzw. Ewangelie Gnostyckie. Są w nich np. fragmenty sugerujące, że Szymon-Piotr był zazdrosny o wpływ Marii Magdaleny na Jezusa.

Czyż nie jest kuszące domniemywać, że kryje się za tym jakaś tajemnica czy nawet manipulacja?



Ostatnia Wieczerza

Powód drugi to wątpliwości co do wymowy niektórych dzieł sztuki sakralnej. Choćby "Ostatniej Wieczerzy" (1495-98) Leonarda da Vinci z refektarza mediolańskiego klasztoru Santa Maria delle Grazie.

Giorgio Vasari (1511-73), biograf mistrzów renesansu, wyjaśnia, że "Leonardo wyobraził tam i wyraził zdziwienie, jakie wystąpiło na twarzach apostołów, gdy dowiedzieli się, że jeden z nich zdradzi mistrza". Współczesny historyk sztuki E.H. Gombrich dodaje na temat apostołów: "Niektórzy wydają się zapewniać o swym oddaniu i niewinności, inni z powagą zastanawiają się, kogo Pan mógł mieć na myśli, jeszcze inni wydają się spoglądać ku niemu w oczekiwaniu wyjaśnienia wypowiedzianych słów. Św. Piotr, najbardziej porywczy z apostołów, śpieszy ku św. Janowi siedzącemu po prawej stronie Jezusa. Szepcząc coś do ucha św. Jana, mimowolnie eksponuje postać Judasza".

Ale czy to naprawdę celne odczytanie słynnego fresku? A co robi na nim ręka ze sztyletem nienależąca do żadnego z uczestników wieczerzy? I czy Jan rzeczywiście nie ma tu kobiecych rysów (więc może to raczej Maria Magdalena)? I dlaczego postaci Jana i Jezusa tworzą razem ogromne "M" (jak Małżeństwo)? I czy sposób, w jaki Szymon-Piotr przykłada rękę do szyi Jana, nie sugeruje wrogich zamiarów?

Leonardo najwyraźniej uwielbiał takie rebusy. Innym jest jego "Madonna wśród skał" (1483-86) z Madonną, archaniołem Urielem i dwoma bobasami. Nie wiadomo tylko na 100 proc. który z nich jest Jezusem, a który Janem Chrzcicielem; który się pokornie modli, a który błogosławi drugiego, okazując mu w ten sposób swą zwierzchność.

W "Templariuszach..." czytamy, że to Jan błogosławi, bo był dla Leonarda ważniejszy niż Jezus.



Naśladowca i pierwiastek żeński

Powód trzeci to religijna komparatystyka. Przyjrzawszy się innym wierzeniom, autorzy "Templariuszy..." konstatują, że "Adonis, Attis, Ozyrys i Dionizos cierpią i zmartwychwstają podobnie jak Chrystus". Pytają więc: czyżby ewangelie jedynie powtarzały znany schemat, zwłaszcza ten dotyczący egipskiego Ozyrysa?

Ów trop egipski wpływa też na ich ocenę znaczenia Marii Magdaleny. Mają ją za kapłankę kultu egipskiej Izydy, a w ewangelicznej scenie, w której namaszcza ona żywego Jezusa olejkiem narodowym (jeśli to ona to robi, bo i co do tego nie ma w Piśmie Świętym jednomyślności), dopatrują się sakralnego namaszczenia króla. Piszą: "Ceremoniał przybierał tradycyjnie formę hieros gamos, czyli sakralnego małżeństwa: król-kapłan (Ozyrys) łączył się z królową-kapłanką (Izyda). Stawał się władcą poprzez seksualny związek z kobietą. Bez niej był niczym".



O metodzie

Trzy powody, o których wspomniałem, pozwalają snuć wielu autorom fascynujące teorie. Jest tylko jeden problem: są to zwykle teorie, których - jak słusznie zauważył Niemiec Martin Bauer - "nie można ani udowodnić, ani obalić".

No tak, ale można przyjrzeć się temu, jak są w tych książkach wykładane. Czy aby logicznie? Otóż niestety nie bardzo.

Po pierwsze, znać, że te tomy pisali ludzie o dziennikarskiej przeszłości. Hołdują zasadzie wyznawanej przez niektóre współczesne media, że jeśli wątpliwy argument powtórzyć wiele razy, to staje się on pewnikiem.

Po drugie, cytuje się tu wyrywkowo i zestawia ze sobą autorów bez względu na stopień ich wiarygodności; jeden może być np. profesorem Cambridge, a drugi autorem jakiejś wariackiej broszury. Ważne, że "pasują do siebie".

Po trzecie, jedna wątpliwa hipoteza często służy tu jako wsparcie innej wątpliwej hipotezy. Przykład - Jezus nie umarł na krzyżu. Gąbka z wodą, którą go pojono, była nasączona narkotykiem. Zdjęto go, gdy wyglądał jak martwy, choć w rzeczywistości pozostawał pod wpływem tej substancji. Co ma to poświadczać? Całun turyński - ciało nim owinięte krwawiło, więc znaczy, że jeszcze żyło. Autorzy "Templariuszy..." wolą nie zauważać, że Całun, co już dziś wiadomo raczej na pewno, pochodzi z czasów grubo późniejszych! Być może jest zresztą fałszywką autorstwa Leonarda.

Po czwarte, padają tu argumenty ewidentnie nonsensowne - o "Dossiers secrets" dotyczących dynastii Merowingów czytamy: "Zostały sporządzone tak dużym nakładem pracy, że muszą mieć jakąś wartość".

Żeby było jeszcze ciekawiej, dodam, że istnieje już satyra na tego typu twórczość - powieść Umberto Eco "Wahadło Foucaulta". Trzej redaktorzy z mediolańskiego wydawnictwa Garamond tworzą w niej wielką spiskową teorię zwaną Planem. Jeden z nich powiada: "Problem nie polega na tym, żeby znaleźć tajemne powiązanie między Debussym a templariuszami, bo to robią wszyscy. Chodzi o to, żeby znajdować relacje utajone, na przykład między Kabałą a świecami samochodowymi".



Wiele hałasu o niewiele

Jak więc odbierać książki takie jak "Templariusze..."? Traktować je niczym uroczą intelektualną zabawę.

Słuszność tej postawy potwierdza historia księdza Sauniere'a (1852-1917) z miasteczka Rennes-le-Château w Langwedocji (to tu miała rzekomo dotrzeć z Palestyny Maria Magdalena!). Ten skromny duchowny coś w latach 90. XIX wieku odkopał i strasznie się na tym wzbogacił. Co to było? Sugerowano, że skarb świątyni, który w 70 r. n.e. rzymski cesarz Tytus wywiózł z Jerozolimy albo dokument potwierdzający, że Jezus nie umarł na krzyżu (dlatego Watykan miał płacić księdzu za milczenie!).

Wywód o księdzu jest długi i smakowity (jego przedśmiertny spowiednik "od tamtego dnia zmienił się nie do poznania; najwyraźniej doznał szoku"), tyle że kończy się słowami: "Prawdopodobnie dokonał jakiegoś szczególnego odkrycia, choć nic bliżej na ten temat nie wiadomo".



Milczenie autorytetów

No dobrze, ale co na to wszystko uczeni? Czy reagują i piętnują?

Zdarza się. Prof. Zbigniew Mikołejko w posłowiu do książki Margaret Starbird "Maria Magdalena i święty Graal. Kobieta z alabastrowym flakonem" (wyd. pol. 2003) rozprawia się m.in. z zarzutem, że w czasach Jezusa bezżenny 30-letni Żyd to było coś wprost niedopuszczalnego. Wskazuje, że Chrystus mógł złożyć śluby czystości, tzw. nazireatu.

Przeważnie jednak naukowcy milczą. Dlaczego? Autorzy "Templariuszy..." sądzą, że "z obawy przed utratą reputacji (i funduszy na badania)".

Cóż począć, nawet Eco w "Wahadle Foucaulta" się asekuruje. Do pomysłodawców Planu zgłasza się tajna organizacja, wściekła, że zgłębili wielką tajemnicę. Nonsens znajduje odzew! A może zawiera w sobie coś, co nie jest nonsensem?



Lynn Picknett i Clive Prince "Templariusze. Tajni strażnicy tożsamości Chrystusa", przeł. Jerzy Żebrowski, wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa

Skomentuj:
Tropiciele Planu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX