Komentarz Jana Turnaua: I co tu napisać najpierw?

Że był umysłem wybitnym? Że gdyby nie duchowne obowiązki, zająłby bardzo poczesne miejsce w historii filozofii. Znalazłby się tam jako ktoś, kto stworzył nowy kierunek, będący swoistą syntezą katolickiej tradycji i laickiej współczesności, tomizmu i fenomenologii. Nie starczyło Mu na to czasu, ale w Jego tekstach kościelnych widać wielkość umysłu. Nie tylko w encyklikach: zadziwiał co roku orędziami na Dzień Pokoju, w których - co bardzo trudne - unikał prostego morału, świętego banału, umiał za każdym razem ukazać inne głębokie źródła wojny.
Może trzeba przypomnieć inne talenty: oratorski (udział w krakowskim Teatrze Rapsodycznym posłużył całemu światu), poetycki, by o sportowych nie wspomnieć...

A może trzeba powiedzieć przede wszystkim o progach, które przekraczał. Szczególnie o tym, za którym był od urodzenia: jego dom rodzinny w Wadowicach należał do Żyda Chaima Bałamutha. Stał się pierwszym bodaj od Piotra papieżem, który wychował się w domu żydowskim, i chyba pierwszym po Piotrze biskupem Rzymu, który przekroczył próg synagogi. Może trzeba powiedzieć o świątyniach innych wyznań, które odwiedzał, o ludziach innych wiar i zwątpień, których przyjmował serdecznie, w których widział zawsze Człowieka - a w Jego ustach słowo to brzmiało naprawdę dumnie. Nie tylko napisał w swej pierwszej encyklice, że drogą Kościoła jest człowiek, ale był tej formuły prawdziwym świadkiem.

Może trzeba zaznaczyć, że był wiernym uczniem Soboru Vaticanum Secundum, otwierał dalej - po poprzednikach: dwóch Janach i jednym Pawle - nasz rzymski Kościół, rozbrajał wojowniczą twierdzę?

A może należy zaraz dodać: że zobaczył jasno, do czego prowadzi kościelna swawola, naruszenie religijnej tożsamości, uleganie światu, co zwątpił w jakąkolwiek prawdę; że bronił prawdy, nie bojąc się krytyki.

Może jednak teraz, w godzinie powszechnej żałoby, trzeba pomijać wszelkie kwestie polemiczne, mówić tylko o tym, co łączy? Co u wszystkich wzbudzało dla Niego entuzjazm. Może trzeba podkreślić, że zszedł z pomnika, z ołtarza wręcz, niżej jeszcze niż jego poprzednicy. Podobny w uśmiechu do Jana XXIII i Jana Pawła I, poszedł jeszcze dalej. Wyśmiewał wręcz otaczający Go, zacny przecież "kult jednostki", nakłuwał wciąż balonik eklezjalnego patosu. Stworzył swoistą teologię dobrego humoru, swoim serdecznym dowcipem kruszył międzyludzkie mury. Był prawdziwym "sługą sług Bożych" (jeden z tytułów papieskich): Boga, nie siebie, traktował najpoważniej. Zszedł z ołtarza, ale przecież, kto zgubi wielkość swoją, ten ją odnajdzie - następca nie powinien zwlekać z jego beatyfikacją.

On sam beatyfikował przeszło 1300 członków swego Kościoła, kanonizował (rozszerzył kult na cały Kościół) prawie 500. Papież rekordów... Może trzeba było zacząć statystycznie: napisać o przeszło 100 podróżach zagranicznych, prawie 150 - po Włoszech, o przeszło milionie kilometrów, który przebył. O Jego niesamowitej pracowitości.

O tym, że Jego pielgrzymki służyły polityce. Pojętej najszlachetniej, najmniej partyjnie, ale potężnej: przyczynił się do zburzenia jednego z najmocniejszych bastionów niewoli. Zasiadłszy na Stolicy Apostolskiej, zmienił jej styl: z sekretnie dyplomatycznego na bardziej prorocki. Zawsze serdeczny wobec poszczególnych ludzi: pielgrzymkę do ojczyzny, jeszcze zniewolonej, skończył ucałowaniem Henryka Jabłońskiego, który wtedy reprezentował PRL.

Może trzeba było najpierw powiedzieć o tym, co pod koniec szczególnie otwierało mu serca: o cierpieniu, bólu, niemocy, chorobie wystawionej na pokaz, na dowód, że nieważna jest sprawność ciała, gdy duch ochoczy. Tak było zresztą zawsze. Nigdy nie mówił "dosyć", wykłócał się z otoczeniem o każdy wysiłek, każdą mszę, homilię, podróż, każde spotkanie z ludźmi, z Bogiem. Wspomnę: przyjechał pierwszy raz do Polski jako atleta przecież. Był upał. Jasna Góra. Homilia papieska skończona, przewodniczy mszy kto inny, Jan Paweł II siada z boku. Nie na długo: podchodzi ksiądz Dziwisz i mówi coś, co Papież przyjmuje z niechęcią, a może niepokojem. Wstaje, odchodzi, zaczynają się domysły. Jeden z dziennikarzy przypuszcza: kardynał Wyszyński zaniemógł. Jednak niedługo potem widzimy Prymasa w świetnej formie i już wiemy, że poszło o formę Papieża: lekarz powiedział, że ma odpocząć w chłodzie. Pacjent niechętnie posłuchał.

Wtedy wolał modlić się dalej, bo był rozkochany w modlitwie. Mógł z Bogiem rozmawiać bez końca. Przykładów legion, np. opowieść biskupa Pieronka w wywiadzie-rzece "Kościół bez znieczulenia": "Podczas przerwy w obradach Soboru z okazji Wszystkich Świętych pojechaliśmy z Wojtyłą i Pietraszką na Sycylię, wjechaliśmy kolejką na Etnę; nie mieliśmy wiele czasu, trzeba było szybko wracać do Katanii, by złapać samolot do Rzymu. Arcybiskup jednak usiadł, wziął brewiarz i zaczął się modlić. Zwracaliśmy uwagę, że pora jechać na lotnisko - najpierw subtelnie, potem już zdecydowanie. Arcybiskup nic, modli się. Wreszcie wyruszyliśmy, w duchu życząc sobie, żeby metropolitę spotkała za tę opieszałość nauczka. Faktycznie, przyjechaliśmy na lotnisko dwadzieścia minut po czasie... Tyle że samolot na nas czekał, bo miejscowy biskup dał znać, że ważny gość może mieć drobne opóźnienie".

A może należało zacząć jeszcze inaczej. "Kontempluję piękno tej ojczystej ziemi, uprzytamniam sobie ten szczególny wymiar zbawczej misji Syna Bożego. Tu z wyjątkową mocą zdaje się przemawiać błękit nieba, zieleń lasów i pól, srebro jezior i rzek. Tu śpiew ptaków brzmi szczególnie znajomo, po polsku".

Mówił to w Zamościu w roku 1999. Dziś na tej ziemi płaczą nawet ptaki.