Były premier Libanu zginął w zamachu

W zamachu bombowym w Bejrucie zginął w poniedziałek jeden z najbardziej wpływowych polityków libańskich, były premier Rafik Hariri
Bombę podłożono na nadmorskim bulwarze Corniche, w pobliżu luksusowych hoteli i banków, którędy po południu przejeżdżał konwój Haririego. Wybuch wyrwał w jezdni potężny krater i zrujnował fasady pobliskich budynków. W płomieniach stanęło kilka samochodów. Premiera przewieziono do szpitala, gdzie wkrótce zmarł. Eksplozja zabiła też co najmniej osiem innych osób, w tym ochroniarzy premiera. Jest setka rannych.

- Hariri umarł, Liban też nie przeżyje, rozpadnie się na enklawy. Tylko on gwarantował jedność narodu - rozpaczał na miejscu zamachu jakiś starszy mężczyzna. Robotnik drogowy opowiadał: - Wszystko się zawaliło. To było jak trzęsienie ziemi.

Trzęsienie ziemi na pewno w sensie politycznym. 60-letniego Haririego z majątkiem szacowanym na 2 mld dol. magazyn "Forbes" umieścił na liście stu najbogatszych ludzi świata. Inaczej niż większość libańskich biznesmenów, Hariri nie pochodził z wpływowej rodziny, lecz zbudował fortunę własnymi siłami, robiąc interesy w Arabii Saudyjskiej z księciem (a dziś królem) Fahdem.

Gdy w Libanie w 1990 r. skończyła się 15-letnia wojna domowa, Hariri wrócił do ojczyzny. W 1992 r. stanął na czele rządu. Ludzie wierzyli, że biznesmen nieuwikłany w konflikty między etniczno-religijnymi partiami, bogatymi rodami i ich milicjami przywróci Libanowi dawną świetność centrum finansowego Bliskiego Wschodu. W dużej mierze udało mu się to. Hariri pozostawił po sobie jednak duże zadłużenie i deficyt budżetowy, oskarżano go, że nie zadbał o biednych.

Był premierem w sumie przez 12 lat. Ustąpił w październiku ub.r., kiedy Syria utrzymująca w Libanie 14 tys. żołnierzy narzuciła Libańczykom przedłużenie kadencji prezydenta Emile Lahouda. ONZ zażądała wtedy, by Syria przestała się wtrącać w sprawy wewnętrzne swojego sąsiada. Damaszek uważał, że za tą rezolucją stoi Hariri.

Od czasu ustąpienia z rządu Hariri współpracował z opozycją. Otrzymywał wiele gróźb. Bomba dosięgła go, gdy wracał z zebrania w parlamencie poświęconego majowym wyborom. Hariri liczył, że w ich wyniku wróci do władzy.

To kolejny polityczny zamach w Bejrucie. W październiku ub.r. bomba poważnie raniła Marwana Hamade, polityka opozycji, który zrezygnował ze stanowiska ministra gospodarki w proteście przeciw przedłużeniu kadencji Lahouda. - To przypomina nam wojnę, kiedy nie wiedzieliśmy, gdzie i kiedy wybuchnie następna bomba - mówi Maha al Azar, rzecznik Uniwersytetu Amerykańskiego w Bejrucie.

Syria, podejrzany numer jeden, potępiła zamach jako "straszliwą zbrodnię" i "akt terroryzmu". Zrobił to również prezydent Lahoud. - To robota służb specjalnych - uważa Rime Allaf, politolożka z londyńskiego Królewskiego Instytutu Spraw Zagranicznych. - Ktokolwiek to zrobił, chciał wywołać chaos w Libanie i wskazać palcem na Syrię. Nie wierzę, że to zrobili Syryjczycy. Nie są tak naiwni, by wierzyć, że ten zamach im pomoże.

Wieczorem do zamachu w filmie wideo przesłanym telewizji al Dżazira przyznała się nieznana dotąd islamska grupa terrorystyczna. Według niej zamach był karą za związki Haririego z odrzucanym przez islamistów, przede wszystkim z al Kaidy, reżimem w Arabii Saudyjskiej.

Wieczorem Biały Dom zasugerował, że za zamachem może stać Syria. Jego rzecznik Scott McClellan powiedział, że USA zrobią wszystko, żeby ukarać winnych i że "Waszyngton musi porozumieć się z Radą Bezpieczeństwa w sprawie ukarania winnych zamachu, zakończenia prześladowania i przemocy wobec Libańczyków i przywrócenia niepodległości, suwerenności i demokracji Libanu poprzez uwolnienie go spod obcej okupacji."

Skomentuj:
Były premier Libanu zginął w zamachu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX