Zbadają jak Wildstein wyniósł listę z IPN

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski, PAP
31.01.2005 00:00
A A A Drukuj
Pięcioosobowy zespół w Instytucie Pamięci Narodowej bada okoliczności, w których publicysta "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein wszedł w posiadanie z listy katalogowej 240 tys. nazwisk osób, których akta przechowuje IPN.
Prezes IPN Leon Kieres jeszcze podczas weekendu zapowiedział powołanie zespołu, która ma zbadać jak publicysta Rzeczpospolitej Bronisław Wildstein wszedł w posiadanie listy 240 tys. nazwisk z zasobów archiwalnych centrali peerelowskiego MSW. Dziś Kieres odmawia wszystkim mediom wypowiedzi na ten temat, a o powołaniu zespołu poinformował PAP rzecznik Instytutu Jan Ciechanowski. Lista jest nadal dostępna w IPN. Ciechanowski zdementował informacje podawane przez niektóre media jakoby dostęp do niej został zablokowany do czasu wyjaśnienia sprawy.

O sprawie napisaliśmy w sobotniej "Gazecie". Do wyniesienia listy przyznał się jeszcze tego samego dnia Bronisław Wildstein - działacz opozycji lat 70., publicysta "Rzeczpospolitej", jeden z najgorętszych zwolenników lustracji i ujawnienia archiwów Służby Bezpieczeństwa PRL.

Wykaz skopiowany przez Wildsteina bez zgody IPN od dwóch tygodni krąży po Warszawie. Liczący ponad 4 tys. stron spis obejmuje ok. 240 tys. nazwisk z zasobów archiwalnych centrali peerelowskiego MSW.

- Na tej liście są bardzo różne osoby: funkcjonariusze SB, współpracownicy SB, bardzo różnych zresztą kategorii, i ci, którzy byli wytypowani przez SB na tajnych współpracowników, o czym mogli zresztą nie wiedzieć. Są też wśród nich tajni agenci, również osoby pokrzywdzone i to duża liczba osób. Na podstawie tej listy nie można wyselekcjonować żadnej z tych kategorii. Obok imienia i nazwiska jest tylko sygnatura, pod jaką teczka danej osoby jest przechowywana w IPN. Jeśli numer poprzedza jedno "0" - oznacza, że to pracownik UB lub SB; "00" - że to osoba zakwalifikowana przez SB jako tajny współpracownik lub kandydat na tajnego współpracownika - tłumaczył wczoraj prof. Andrzej Friszke, członek kolegium IPN. - Ta lista obejmuje teczki, które się zachowały, którym nadane zostały sygnatury i są w zbiorach. A przecież jak wiem to jest mniejszość teczek. Większą część teczek tajnych współpracowników zniszczono w latach 1989-90.

Wściekłość i ulga Staniszkis

Okazało się, że na liście jest socjolog prof. Jadwiga Staniszkis, znana komentatorka polskiej sceny politycznej, represjonowana w 1968 r.

Powiedział jej o tym w sobotę rano Jacek Żakowski, który zaprosił Staniszkis do swojego programu "Summa zdarzeń" wyemitowanego w niedzielę. Kilka godzin później prof. Staniszkis, podczas nagrywania programu, spotkała prof. Andrzeja Friszkego z kolegium IPN, który przeczytał w archiwum jej teczkę. Okazało się, że była wytypowana przez SB na tajnego współpracownika bez swojej wiedzy.

- To były dla mnie najtrudniejsze godziny w życiu. Nie jestem osobą depresyjną, ale naprawdę miałam myśli tragiczne. To był dla mnie szok, a teraz wściekłość - mówiła przed kamerami wstrząśnięta prof. Staniszkis. - Gdyby ta lista została gdzieś wydrukowana i musiałbym temu stawić czoła, to byłabym zupełnie bezradna. To przekreślało całe moje życie! Na tej liście nie jest wyraźnie widoczne, kto jest kim, dlatego nie uspokaja mnie to, co mówi prof. Kieres, że tam też są ludzie pokrzywdzeni przez SB. Nie ma sposobu, żeby się oczyścić - powiedziała Staniszkis.

Dodała, że większość osób ze spisu nie ma możliwości tak szybkiego, jak w jej przypadku, zweryfikowania, w jakim charakterze się tam znalazły.

A może do internetu?

Obecny w studiu Bronisław Wildstein nie przeprosił prof. Staniszkis. Powtarzał tylko, że listę z IPN wyniósł, by pomóc kolegom dziennikarzom zorientować się, jakie materiały są w IPN.

- Ta lista służy dziennikarzom jako pomoc w ich poszukiwaniach - to był jedyny cel przekazania im przeze mnie tej listy. Celem tej publikacji "Gazety" było przestraszenie czytelników lustracją. To świadoma manipulacja urągająca zasadom sztuki i etyki dziennikarskiej. Przekazując tę listę swoim kolegom dziennikarzom, mówiłem, że nie jest to lista agentów, ale lista zasobów osobowych znajdujących się w archiwach IPN - oburzał się w wypowiedziach dla PAP.

W programie Żakowskiego powtarzał: - Sprawę skandaliczną z tego zrobiła "Gazeta". Polega to na tym, że ta lista została nazwana listą tajnych współpracowników. Otóż nigdy, nikt tej listy tak nie nazwał. Ja dałem tę listę kolegom dziennikarzom, żeby wiedzieli ewentualnie, jakich osób domagać się odtajnienia.

Nie chciał powiedzieć, ilu osobom ją przekazał. Zdenerwowany atakował każdego, kto miał inne zdanie niż on. - Cały program jest zrobiony po to, by zastraszyć i raz jeszcze przestraszyć, że lustracja jest straszliwą groźbą, która dosięgnie niewinnych ludzi, co jest nie prawdą. Pan z "Gazetą Wyborczą" tworzy taką aurę wokół tego, że masę osób zostanie pomówionych niesłusznie - mówił do Żakowskiego.

Twierdził, że nie popełnił przestępstwa, bo lista nie była tajna, a to, co jest własnością IPN, "należy do narodu".

- Zastanawiałem się, czy nie opublikować tej listy w internecie. Z różnych powodów się na to jeszcze nie zdecydowałem - oświadczył Wildstein.

Nieetyczne skopiowanie

W wypowiedziach dla mediów szef Instytutu prof. Leon Kieres unikał jednoznacznego określenia, czy dokument skopiowano zgodnie z prawem. Kieres był za to oburzony, że "Gazeta" informując o sprawie, dała tytuł "Ubecka lista krąży po Polsce".

- Jeżeli nazwiemy to listą ubecką, to zrównamy IPN z SB. To jest wykaz sporządzony przez Instytut, z naszymi sygnaturami - podkreślał Kieres. - Jeżeli ktokolwiek w oparciu o dane, które znajdują się na tej liście, nazywa inną osobę w ten sposób, że znalazł się na liście agentów współpracowników służb specjalnych PRL, to w ten sposób obraża cześć i godność danej osoby. Mówi nieprawdę, bo taką sytuację można stwierdzić tylko i wyłącznie poprzez analizę dokumentów znajdujących się w naszym archiwum.

Prezes IPN poprosił informatyka z archiwum o pisemne wyjaśnienie, jak Wildstein mógł skopiować tak ogromny plik z nazwiskami. Dowiedział się, że dane nie zostały skopiowane z komputera w czytelni IPN. Jak w takim razie wyciekły na zewnątrz? Nie wiadomo. Zapytany o to Wildstein odparł, że jako dziennikarz musi chronić swoje źródła informacji.

Prof. Andrzej Friszke z kolegium IPN: - Nie ma zwyczaju, żeby czyjąś własność wynosić z jego pomieszczenia. Tu została zrobiona bardzo zła rzecz. Jeżeli pan Wildstein przyznaje się, że te listę wyniósł, to znaczy, że dokonał poważnego wykroczenia. Wyniesienie tej listy z IPN, bez wiedzy IPN, to jest naruszenie zasad etyki.

W jednej sprawie wszyscy komentatorzy są zgodni: nazywanie spisu "listą agentów" jest nadużyciem i nieprawdą.

Występujący w programie mec. Maciej Bednarkiewicz zwrócił uwagę, że rozpowszechnienie listy może narazić IPN na procesy ze strony osób, które się na niej znalazły, a nie życzą sobie, by upubliczniać w takim kontekście ich dane. I powiedział, że podjąłby się prowadzenia takiej sprawy.

Co dalej

- Bez tej listy bylibyśmy oskarżani to, że nie realizujemy działań ustawowych - bronił IPN prof. Kieres. - Ta lista będzie poszerzona, powiększona. Dzisiaj jest na niej około 250 tys. nazwisk, spodziewam się, że po jej zakończeniu znajdzie się na niej około 1,5 mln nazwisk. Ale na najbliższym posiedzeniu kolegium Instytutu Pamięci Narodowej zapytam, czy nadal realizować uchwałę kolegium IPN i w jakim zakresie. Czy nadal sporządzać pomoce inwentarzowe polskim historykom, polskim dziennikarzom?

Politycy o wycieku

Politycy, komentując sprawę wycieku we wczorajszym "Śniadaniu z Radiem Zet", podkreślali, że kwestię dostępu do spisów osób mających swoje teczki w IPN trzeba jak najszybciej "ucywilizować".

Waldemar Pawlak, prezes PSL: - Wildstein popisał się wyjątkową nieodpowiedzialnością. To, co zrobił, grozi tym, że każdy będzie mógł opublikować dowolne nazwiska. Potrzebna jest nowa ustawa, która ureguluje procedurę ujawniania listy tajnych współpracowników.

Zgodzili się z nim Lech Kaczyński (PiS) i Roman Giertych (LPR).

Tomasz Nałęcz, SdPl: - To obrzydlistwo. Wildstein świetnie wiedział, że opublikuje inwentarz archiwalny, ale nikt tego nie odczyta jako pomocy naukowej niezbędnej do pracy na zbiorach IPN, tylko jako listę agentów.

Dariusz Szymczycha, Kancelaria Prezydenta RP: - W 1992 r. Antoni Macierewicz, ogłaszając swoja listę, też mówił, że ujawnia tylko "zasób archiwalny b. MSW".

Zbigniew Siemiątkowski, SLD: - Nawet wprowadzenie ustawy nie zakwestionuje w potocznej świadomości opinii, że osoby z "listy Wildsteina" były agentami.

Bogusław Sonik, PO: - Wyniesienie listy to realizacja misji oświatowej IPN.

opr. w

PYTANIE Czy red.Wildstein miał prawo wynieść listę z IPN?

 tak
 nie
 nie wiem
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najważniejsze informacje