Sri Lanka dostaje pomoc z całego świata, ale jej dystrybucja jest dziełem przypadku

Rząd w Kolombo dopiero w ostatnich dniach otworzył centrum koordynacyjne, ale organizacje humanitarne i tak wożą pomoc na własną rękę, by mieć pewność, że trafi ona do potrzebujących. Nie zawsze są to najbardziej potrzebujący. Powódź zalewająca wschodnie wybrzeże jest kolejną plagą...
W stolicy Sri Lanki Kolombo kilka dni temu słyszałem: "Pomoc z zagranicy zalewa nas, właściwie nie potrzebujemy więcej, co najwyżej lekarstwa i odzież". Tutaj, kilkaset kilometrów od stolicy, Zahir, koordynator w al Hilal, muzułmańskim obozie tych co ucierpieli od tsunami, jednym tchem wymienia, czego potrzeba: pieluchy, odżywki i ubrania dla niemowląt, moskitiery, środki czystości, szczoteczki do zębów, ręczniki, klapki, kalosze, maty do spania, koce, lekarze specjaliści, leki zapobiegające infekcjom, pojemniki na wodę, plastikowe rury, przenośne toalety.

To ostatnie wydaje się najważniejsze. W obozie al Hilal, największym w okolicy wolontariusze pobudowali 14 toalet, ale już w pobliskim obozie tamilskim na 350 rodzin przypada jedna, za potrzebą stać trzeba godzinami. Na szczęście udało się przywrócić prąd. Codziennie uchodźców odwiedza lekarz. Wodę do mycia ciągną ze studni, tę do picia przywozi cysterna.

Ulica mówi: stolica dba o swoich

Ulicę w rybackiej miejscowości Kalmunai ozdabiają kutry, które fala porzuciła w miejscu zburzonych budynków. - Dostajemy wystarczająco dużo jedzenia, mamy wodę - mówi jeden z rybaków Sahab Dee. - Teraz najważniejszy jest dach nad głową i praca, tego oczekujemy od władz. Musimy odzyskać nasze łodzie.

Na razie uchodźcy, których w samym Kalmunai i sąsiedniej gminie jest 15 tys. (a w całej Sri Lance ponad 180 tys.), koczują w obozach. Tych, którzy znaleźli schronienie u krewnych, nie wlicza się do statystyk.

Obozy uchodźców są na ogół w szkołach lub meczetach. W Kalmunai zdecydowaną większość stanowią muzułmanie, którzy w skali całej wyspy są 7-proc. mniejszością. Reszta to Tamilowie (hinduiści), również mniejszość. Obie nacje są przekonane, że zdominowany przez syngaleską (buddyjską) większość rząd wbrew zapewnieniom kieruje do nich mniej pomocy niż na tereny zamieszkane przez Syngalezów.

- To normalne, że w pierwszej kolejności dbają o swoich - mówi Zahir. - Lokalne władze są sparaliżowane i trudno mieć o to pretensje, bo ich przedstawicieli też dotknęło tsunami. Przekazujemy rządowi spisy naszych potrzeb, ale na razie nie dostaliśmy prawie nic.

Wieczorem działacze Tamilskiej Organizacji Humanitarnej przy świetle słabej żaróweczki prowadzą rejestrację uchodźców, którzy po zapadnięciu zmroku wracają ze swoich ruin pod dach. Kobiety rozkładają na ziemi maty i z braku kuchenek próbują podgrzać posiłek na kamiennym palenisku.

W obozie al Hilal przychodnię polową zorganizowali Japończycy. Kolejka do lekarza, głównie kobiet z dziećmi, sięga poza namiot i ostatni pacjenci muszą stać w strugach deszczu.

Fekalie na ulicach

Rząd zdecydował, że 10 stycznia na terenach dotkniętych tsunami mają ruszyć szkoły, a te, które zostały zamienione w obozy uchodźców - najpóźniej po miesiącu. Koordynatorzy pomocy w obozach nie wyobrażają sobie tego. Sceptyczny jest też Herath Abeywara, sekretarz prowincji Ampara, w której leży Kalmunai. - Rząd powinien podjąć decyzję, gdzie osiedlić uchodźców. Wciąż nie wiemy, czy będą osiedlani na wybrzeżu, czy nie - mówi Abeywara. Jeśli rząd postanowi przenieść rybaków w głąb lądu, ci się nie zgodzą.

Ulewny monsun opóźnia pomoc i zwiększa ryzyko chorób, bo fekalia są wymywane z kanałów i płyną ulicami. Lekarze w Kalmunai odnotowali przypadki biegunki i gorączki, ale epidemia na razie nie wybuchła.

- Skala problemu przerasta rząd - przyznaje Althambawn Mansur, sekretarz gminy. - Nasi posłowie do parlamentu w Kolombo próbują coś wywalczyć od władz centralnych, ale to samo robią posłowie innych regionów, a środki są ograniczone.

Masowo pomagają natomiast organizacje prywatne, lankijskie i zagraniczne, a także indywidualni donatorzy. Obozem al Hilal zarządza Muzułmańska Fundacja Rozwoju Kulturalnego. - Zaczęliśmy nieść pomoc w dniu katastrofy - chwali się Zahir. - Wysłaliśmy dwa helikoptery z żywnością i 30 lekarzy, zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy. Oczyszczamy teren z gruzów, chowamy martwych, udzielamy pomocy rannym. Pomagamy także Tamilom, a i zwykli Syngalezi pomagają nam - podkreśla Zahir.

Wszystkie społeczności zapewniają, że żyją z sąsiadami w zgodzie. Czasem zdarza się jednak, że organizacje tamilskie i muzułmańskie konkurują ze sobą o transporty humanitarne, niekiedy blokując drogi i zawracając ciężarówki do swoich wiosek i obozów.

Jadą, gdzie chcą

Pomoc płynie z całego świata, ale dystrybucja jest nierówna. Rząd dopiero teraz otworzył centrum koordynacyjne, jednak organizacje humanitarne dostarczają pomoc na własną rękę bo chcą mieć pewność, że trafi ona do potrzebujących. Nie zawsze są to najbardziej potrzebujący.

Koordynatorzy z obozu uchodźców w szkole w Karaithivu, gdzie schroniło się 350 rodzin, narzekali, że jedzenia jest za mało, nie ma kuchni, gdzie można by gotować posiłki, dostają natomiast mnóstwo ubrań, z którymi już nie wiedzą co robić.

- Niektórzy dostają za dużo, inni nie dostają nic - mówi Abeywara, sekretarz prowincji Ampara. - Dystrybucja jest losowa. Ludzie, którzy przywożą żywność i inne towary, jadą tam, gdzie chcą. Gdyby przywieźli je do nas, to zajęlibyśmy się ich sprawiedliwym rozdziałem. A tak nawet nie wiemy, co uchodźcy dostają - narzeka Abeywara. Szef prowincji mówi, że jego biuro jest w stanie organizować żywienie uchodźców przez miesiąc, o ile pomoc będzie napływać regularnie.

W Kalmunai wydobyto już ciała 2,3 tys. ludzi. Wojsko albo zabiera je do masowych grobów poza terenami zamieszkanymi, albo szybko grzebie na miejscu, żeby zmniejszyć ryzyko chorób. - Wciąż wydobywamy ciała, ale mamy za mało buldożerów - mówi jeden z oficerów.

Na plaży ktoś usypał z piasku mogiłę, ozdabiając ją żałobnymi flagami i gałązkami. Rozmywany przez deszcz pagórek wkrótce zniknie, tak jak zniknęły tysiące ofiar tsunami. Po niebie zasnutym monsunowymi chmurami, krążą stada kruków. Piaszczystą plażę łaskoczą delikatne fale, jak gdyby morze z niewinną miną szeptało: "To nie ja...".