Coraz więcej fałszywych obrazów

Falsyfikaty współczesnych dzieł sztuki zalewają polski rynek. Z fałszerzami nikt nie walczy, eksperci bywają niewiarygodni, policja jest bezradna. A artyści wściekli.
Jest 28 października. Na aukcję sztuki współczesnej w Domu Aukcyjnym "Agra-Art" w Warszawie trafiły dwie prace na papierze Stasysa Eidrigeviciusa. Jedną sprzedano za 800 zł, drugą za 1600 zł. Kupcy jeszcze nie wiedzą, że mają teraz falsyfikaty. Stasys zaś jest pewny, że nie on jest autorem. Opowiada: - Zadzwoniła do mnie Janina Czarnecka-Górka, właścicielka krakowskiej galerii Artemis, którą nabywcy rysunków w Agrze poprosili o potwierdzenie autentyczności. Zajrzałem na stronę internetową Agry i nie mogłem uwierzyć. Ktoś posłużył się moimi grafikami ilustrującymi poezje Miłosza, które wydano w 100 egzemplarzach!

Artysta jeszcze nie skontaktował się z poszkodowanymi - są na razie za granicą. O tym, że Agra-Art sprzedała falsyfikaty, nie wiedziała też - jak twierdzi - Zofia Szukalska, prezes zarządu domu aukcyjnego. Nie chce ujawnić, kto przyniósł jej prace. Mówi, że kupiono je cztery lata temu na aukcji w Desie-Unicum w Warszawie. - Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Nasz ekspert Maryla Sitkowska, kustosz zbiorów ASP w Warszawie, nie miała wątpliwości, że to oryginalne prace Stasysa i były reprodukowane w katalogu Desy-Unicum. Jeśli artysta potwierdzi, że prace są fałszywe, zawiadomię policję, a kupcom zwrócę pieniądze - zapewnia Zofia Szukalska.

Pieniądze zwracamy

Fałszerstwa to proceder stary jak świat. W Polsce stał się problemem od końca XIX w. Fałszowanie Fałata czy Malczewskiego było tak nagminne, że już w 1912 r. malarze wytoczyli proces o podrabianie obrazów. W PRL ten proceder wstydliwie przemilczano. Od kilkunastu lat - czyli momentu narodzin rynku sztuki - liczba falsyfikatów lawinowo rośnie. I to właśnie sztuki współczesnej. Wielu marszandów bagatelizuje problem. Nie chcą na ten temat mówić, bo to "źle wpływa na rynek" i "podważa zaufanie klientów". Tylko niektórzy - tak jak właścicielka Artemis - uważają, że nie można dłużej milczeć. - To kwestia naszej wiarygodności. Chcemy, by klient do nas wracał - tłumaczy.

Dwa falsyfikaty Stasysa nie były pierwszymi, które sprzedano w Agrze. Tuż po aukcji, która odbyła się w tym samym domu aukcyjnym półtora roku temu, Stasys odkrył na stronach internetowych tej instytucji falsyfikat zatytułowany "Człowiek o zaciśniętych ustach" sygnowany jego nazwiskiem. Jego reprodukcja ilustrowała ranking polskich artystów w styczniowo-lutowym "Art & Business". To samo pismo przeglądał też inny znany warszawski malarz Franciszek Starowieyski. I nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy natknął się tam na dwa swoje sfałszowane dzieła. - To były jakieś koszmarne bohomazy, namalowane po amatorsku - wspomina artysta.

"Człowiek o zaciśniętych ustach" Stasysa i dwa rysunki Starowieyskiego pochodziły z katalogu aukcyjnego warszawskiego domu Agra-Art. Zofia Szukalska: - Te prace pochodziły od kolekcjonerów. Ekspert Maryla Sitkowska nie miała zastrzeżeń. Jest nadal przekonana, że to oryginały. Ale zwróciliśmy pieniądze nabywcom.



Policja nic nie może?

Stasys twierdzi, że odkrył dziesięć falsyfikatów swoich prac w różnych galeriach w Polsce. - Pierwszy w 2000 r., gdy zaproszono mnie do Galerii Grafiki i Plakatu w Warszawie, gdzie przyniesiono pastel do oprawy. Na pracy widać było dwie twarze z oczami. Właściciel kupił ją na Wybrzeżu w galerii Top Art. Oddano mu tam pieniądze.

Stasys podjął walkę z fałszerzami. Dwa razy razem z policją poszedł do warszawskich galerii (Belloto na Krakowskim Przedmieściu i Primavera w budynku Marriott), gdzie znalazł podróbki. "Dzieła" skonfiskowała policja, warszawska prokuratura umorzyła dochodzenie. Dlaczego? Bo "nie można przypisać działania z zamiarem bezpośrednim wprowadzenia w błąd co do autorstwa obrazów".

Dochodzenie w sprawie falsyfikatu "Człowiek o zaciśniętych ustach" wciąż trwa. - Skończyło się na dwóch przesłuchaniach. Podobno policja nie mogła odnaleźć osoby, która dostarczyła obraz Agrze. Wynająłem prawnika. Chciał 10 tys. zł. Potem mówił, że to trudna sprawa, a na koniec, że nie tylko mnie podrabiają. Dlatego falsyfikatów sprzedanych ostatnio w Agrze już nie zgłaszałem policji - mówi rozgoryczony Stasys. - A ja nawet nie podejmuję takich prób. Szkoda czasu - mówi Franciszek Starowieyski.

Policji łatwiej jest łapać złodziei dzieł sztuki niż ich fałszerzy. Np. w Małopolsce w ostatnich latach nie zatrzymano żadnego. W dodatku Komenda Główna Policji nie prowadzi nawet statystyki takich przestępstw. Policjant z KGP, prosząc o anonimowość, powiedział, że zgłoszenia fałszerstw są rzadkością. - W kodeksie karnym nie ma nawet przepisu, który bezpośrednio odnosiłby się do tego procederu. Można tylko stosować paragraf o oszustwie lub kradzieży praw autorskich - mówi.

A Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji, dodaje: - Trzeba udowodnić, że oferujący sfałszowane dzieło miał zamiar oszukać. A każdy może być przekonany, że w domu latami wisiało oryginalne dzieło.

Większość antykwariuszy i pracowników galerii anonimowo przyznaje, że boi się powiadamiać policję - nie chcą wojny z fałszerzami. Twierdzą, że policja sama powinna kontrolować rynek sztuki.

Widziałem coś takiego

Taką bezradność wykorzystują fałszerze. Trzy lata temu w galerii Artemis zjawił się młody historyk sztuki. Chciał sprzedać prace klasyków, członków słynnej Grupy Krakowskiej - Erny Rosenstein, Jerzego Skarżyńskiego i Jonasza Sterna. Twierdził, że ma je po dziadku, przyjacielu Stanisława Balewicza, nieżyjącego szefa Grupy Krakowskiej.

Właścicielka galerii mówi, że były ciekawe, ale miała wątpliwości. Fałszerza zdradził drobiazg. Józef Chrobak, znawca twórczości Grupy Krakowskiej, zauważył, że nalepkę opisującą obraz Jonasza Sterna przyklejono z tyłu pracy współczesnym klejem. Tajemniczy historyk sztuki, jak ustaliliśmy, odwiedził też kilka innych galerii w Krakowie. I niejedna się nabrała.

Andrzej Starmach, właściciel znanej galerii, wśród najczęściej podrabianych autorów wymienia Nowosielskiego, Wróblewskiego, Mikulskiego i Kantora. Niedawno Janinie Górce-Czarneckiej z Artemisu zaoferowano rzekome "Nowosielskie": - Wyglądały, jakby ktoś przerysował na szybie rysunek albo serigrafię tego artysty. Ta jego sławna kreska była zbyt drżąca i toporna.

Jan Michalski, współwłaściciel galerii Zderzak, natknął się zaś w internecie na reprodukcję fałszywego gwaszu Wróblewskiego zrobionego na podstawie książki o tym artyście. - Praca miała być sprzedana na aukcji w Agra-Art. Zapytałem o ekspertyzę. Odpowiedzieli, że nie mają, ale że ta praca była już pokazywana na wystawie "Słońce i inne gwiazdy" w warszawskiej Zachęcie. Napisałem, że to falsyfikat. Nie wycofali go z aukcji. Poinformowali tylko uczestników aukcji o mojej opinii, ale dodali też, że praca była już eksponowana na tej wystawie. Ciekawe, że wtedy w Zachęcie było sporo falsyfikatów. Nika Strzemińska ogłosiła nawet w prasie, że rozpoznała falsyfikaty w kilku eksponowanych tam pracach jej ojca. Zofia Szukalska: - Wszystkie prace w Agra-Art mają opinie ekspertów współpracujących z naszą firmą. Potencjalni nabywcy mogli uwierzyć albo Janowi Michalskiemu, albo autorom wystawy "Słońce i inne gwiazdy".

"Swoje" prace spotkał też malarz Edward Dwurnik: Widziałem coś takiego w Krakowie i Warszawie. Niestety, galerie rzadko zwracają się do mnie, bym sprawdził, czy to moja praca.

Telefon do artysty

Niektórzy właściciele galerii uważają, że to jednak najlepszy sposób na zweryfikowanie autentyczności pracy. Za to się nie płaci w przeciwieństwie do ekspertyzy (na piśmie kosztuje 300-400 zł). A zamawiający ekspertyzę oczekują, że będzie pozytywna, bo przecież za nią płacą. Niejeden raz do wystawienia takiego dokumentu, zamiast kompetencji i znajomości sztuki, wystarczył tytuł naukowy. Solidarność zawodowa zaś sprawia, że opinii tych nikt nie weryfikuje. Co gorsza prace z błędnymi ekspertyzami trafiają potem na wystawy, co tylko je uwiarygodnia. I koło się zamyka. Najbardziej niebezpieczni są jednak tacy eksperci, którzy znają się na wszystkim - od mumii egipskich po Grupę Ładnie.

Stasys jest rozgoryczony, że Agra nie skontaktowała się z nim, wystawiając na aukcję jego prace. - Nie możemy przecież dzwonić do każdego artysty - sprzedajemy ok. 400 prac rocznie. Spotkaliśmy się także z pomyłkami samych autorów prac - tłumaczy Zofia Szukalska.

W Polsce na palcach jednej ręki można policzyć procesy w sprawie sfałszowanych obrazów. Zrobił tak np. znany biznesmen Witold Zaraska. Dwa lata temu w Agrze kupił za 155 tys. zł obraz sygnowany nazwiskiem Władysława Maleckiego. Autentyczność dzieła zakwestionował ekspert Adam Konopacki. Gdy Zaraska zażądał zwrotu pieniędzy, dom aukcyjny powołał niezależnych biegłych, którzy potwierdzili autentyczność dzieła. Od tego czasu obie strony wydają pieniądze na kolejne ekspertyzy. Niedawno sąd sam wyznaczył kolejnych biegłych do zbadania autentyczności dzieła.