Recenzja T. Sobolewskiego

Film o krynickim malarzu naiwnym ma w sobie dziwną lekkość, wyprowadza nas za kulisy rzeczywistości
Uważał siebie za kogoś w rodzaju Matejki. "Najwyższy dla niego był Pan Bóg. Potem malarz - bo też tworzy. Dlatego miał siebie za wielkiego". Z ciekawego filmu dokumentalnego Grzegorza Siedleckiego o Nikiforze, który warto przypomnieć z okazji tej premiery, wynika, że był wielkim ciułaczem. W latach 60., u szczytu sławy, gdy opiekował się nim Marian Włosiński, dorobił się nawet samochodu Warszawa z kierowcą. Miał budować willę. Włosiński zabrał go na wakacje do Bułgarii. Nikifor w samolocie pytał go, dlaczego w niebie nie ma aniołów.

Aleksander Jackowski, znawca sztuki naiwnej, opowiada, że w pokoiku Nikifora wisiał rząd portretów wyciętych z gazet: Bierut, Rokossowski, Pan Bóg, święty Mikołaj, Stalin, Piłsudski - jako ikony. Wszystko, co malował Nikifor, było ikoną - łącznikiem ze światem idealnym, z prawdziwą wielkością, z bóstwem. Jego obrazki znosiły przedział między rzeczywistością świętych i ludzi.

Liturgia Nikifora

Aby docenić "Mojego Nikifora" Krzysztofa Krauzego - jeden z najbardziej niezwykłych i śmiałych filmów, jakie u nas powstały - nie trzeba znać biografii malarza. Film mówi sam za siebie, pojmie go nawet dziecko. Może ono przede wszystkim? - myślę, czytając niektóre recenzje. Krystyna Feldman w roli Nikifora kreuje jednego z tych genialnych monstrów kina, które wykraczają poza wszelkie społeczne podziały. Nikifor jest ograniczony, ale w pewnym sensie nic go nie ogranicza. Nawet płeć nie gra tu żadnej roli. Drobna postać drepcącą krynickim deptakiem wypełnia jakiś sobie wiadomy plan. Nie podlega niczemu poza imperatywem malowania, które jest dla niego rodzajem służby. W cerkwi prawosławnej mówi się "służba" o liturgii - Nikifor swoim malowaniem odprawia własną liturgię, która ma przynieść coś dobrego jemu i ludziom. Wiemy o tym wszystkim z książek i artykułów ks. Jerzego Wolffa, Andrzeja i Elli Banachów, Aleksandra Jackowskiego, Jana Józefa Szczepańskiego.

Film Krauzego przynosi nieco inne spojrzenie na Nikifora niż to, które znamy z książek Banachów: oni akcentowali fakt, że Nikifor rekompensował malarstwem swoją odmienność i społeczne odrzucenie. Film pokazuje Nikifora oczami Mariana Włosińskiego, dla którego niedołężny , schorowany artysta stał się mistrzem duchowym. Film opowiada nie tyle o samym Nikiforze, co o zmianie spojrzenia na świat, jaka pod jego wpływem dokonuje się w opiekunie (głęboko wiarygodna, uwewnętrzniona kreacja Romana Gancarczyka).

Jego decyzja, aby rozstać się z rodziną i pozostać z Nikiforem, musiała się wydać w Krynicy niepojęta - fabuła filmu daje kilka możliwości interpretowania tej sytuacji. Właśnie otwierała się przed Włosińskim partyjna kariera, miał z żoną i dziećmi przenieść się do Krakowa i zamiast cierpieć z powodu złych recenzji ze swoich wystaw, samemu decydować, kto jest, a kto nie jest artystą. Pozostanie przy Nikiforze okazało się dla niego ratunkiem, wyzwoleniem. Ta najważniejsza dla filmu sprawa rozgrywa się poza fabułą, między słowami, w samym obrazie.

Dwa filmy w jednym

Nikifor u Krauzego ma w sobie coś z indyjskiego jogina lub ewangelicznego "ubogiego duchem". Cały film rozpięty jest na paradoksach: to co słabe, okazuje się silne; odrzucone jest w centrum. Mamy do czynienia z postacią dwoistą, odpychającą i pociągającą. Nie od razu zaczynamy się orientować, że jego powierzchowność jest tylko przebraniem, maską. Ten żebrak, który na murku krynickim prosi o wsparcie, jest zarazem kimś, kto rządzi, wymaga, prowadzi. To on wybrał sobie Mariana.

Brakuje w filmie tej jednej, chwytającej za serce sceny, ukazującej wzajemne rozpoznanie. Myślę jednak, że taka scena byłaby kiczem. Przechodzimy na stronę Nikifora niepostrzeżenie. Obraz Krynicy nasiąka coraz większą dziwnością, aż wreszcie w finałowej, rozświetlonej sekwencji warszawskiej znajdujemy się już wewnątrz świata Nikifora, wewnątrz jego obrazu, uwolnieni od ciężaru rzeczywistości.

W "Moim Nikiforze" ścierają się ze sobą dwa filmy - realistyczny i surrealistyczny. Film realistyczny prowadzi do konfliktu, opowiada o dramacie Nikifora i Włosińskiego. Ten drugi film mówi o czymś innym, co wymyka się fabule - o uwolnieniu, uspokojeniu, wycofaniu się, niedziałaniu.

W postaci tego biedaka rozpoznajemy odblask wielkich mitów kina. Kiedy Nikifor przechodzi przez obrotowe drzwi domu zdrojowego, widzimy w nim Chaplina. Kiedy siedzi w pracowni Włosińskiego, omijany wzrokiem przez jego żonę, która się go boi i brzydzi, jest jak E.T. - zwiastun z nieba, z którym jedynie dzieci miały kontakt.

Jesteśmy w Peerelu lat 60., słychać piosenkę Kasi Sobczyk "O mnie się nie martw" - Nikifor lubił malować przy nastawionym na cały regulator radiu - ale ten film wcale nie odnosi się do przeszłości. Mówi do nas, dzisiejszych. Pokazuje , jak pod spojrzeniem artysty rozsuwają się kulisy rzeczywistości. Wychodząc od małego krynickiego światka, otwiera okienko do nieba i pozwala nam w to okno zajrzeć.