Przemówienie księdza Bonieckiego

Żegnając Jacka , myśląc o jego życiu pytamy jak on pytał o sens życia, o cel życia. To musiałoby być coś takiego - mówił - co przezwycięży śmierć, cierpienie.
Mówił: tylko Bóg jest taką odpowiedzią. Ewangelię uważał za książkę swego życia. Mówił: uważam się za człowieka Ewangelii, tego co w niej jest wypełnić się nie da, ale trzeba dążyć, podejmować ten wysiłek, fascynował go Chrystus. Coście uczynili jednemu tych najmniejszych, więźniom, głodnym, nagim, obcym przybyszom, chorym - to mnie. Trzymał się słów z opisu Sądu Ostatecznego, mówił, przecież droga do Boga prowadzi przez człowieka. Drugie z przykazań największych "miłuj bliźniego swego" podobne jest, mówił, przecież pierwszemu dotyczącemu miłości Boga. Przypominał Jakuba wigilijnego, który walczył z Bogiem, był jak Jakub, kiedy został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki. Oczekiwał doświadczenia wiary, doświadczenia obcowania świętych, które jest silniejsze niż śmierć. Prosił o łaskę wiary, jak Jakub, nie puszczę cię dopóki mnie nie pobłogosławisz. Powiedz mi, jakie jest twoje imię. Ale Jakub nie otrzymał odpowiedzi. On odpowiedział: czemu pytasz mnie o imię, Jacek odpowiedzi nie otrzymał. Mówił, może w planie Pana Boga jest abym ja nie wierzył. Mówił o wierze: to byłoby zbyt piękne, bo jest zbyt potrzebne, zbyt wygodne i pozostał wyznawcą Ewangelii, wyznawcą Jezusa, który w Ogrójcu się bał, który mówił nie przeciwstawiajcie się złu, zło dobrem zwyciężaj, który się utożsamiał z najmniejszymi. Powiedział mu ksiądz Jan Zieja braciszku masz miłość, masz Boga, powiedział mu też - być chrześcijaninem to żyć w prawdzie i w miłości, w obu, bo prawda bez miłości jest okrutna. Miłość bez prawdy jest złudzeniem. Powiedział mu jeszcze ksiądz Jan Zieja: szukaj dalej. Jacek mówił - kochając człowieka kochasz Boga, więc ostatecznie akt wiary jest czymś wtórnym. Swoją drogę określał jako chrześcijaństwo bez Boga osobowego. Nie chciał żeby robić z niego konwertytę, nie chciał uważać go za anonimowego chrześcijanina, tym bardziej za marnotrawnego syna, który skruszony pielgrzymuje na Jasną Górę. Nie chciał. Swoją drogę określił jasno: drugi człowiek, jeden jedyny i zarazem każdy w całej swej pełnej odrębności. I wiedział - można żyć po chrześcijańsku etsi Deus non daretur, a być może tylko z taką świadomością żyje się po chrześcijańsku. Gdy dziś znalazł się u kresu drogi, my, którzy jesteśmy w drodze prosimy słowami starej, kościelnej modlitwy: przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw mieszkańcy chwały, wszyscy święci boży, z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie, z zrzeszą zbawionych spiesznie na spotkanie, anielski orszak niech twą duszą przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba a pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi aż przed oblicze Boga Najwyższego, niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony on wezwał ciebie do Królestwa Światła, niech cię przygarnie Jacku.