Rosja wybiera Dumę - demokracja sterowana?

Po niedzielnych wyborach do Dumy prokremlowska większość w parlamencie umocni się, a być może będzie nawet zdolna do wprowadzenia zmian w konstytucji. "Demokracja sterowana" - jak nazywa się w Moskwie rządy prezydenta Putina - okrzepnie
Trzy lata temu głosowaliśmy na młodego prezydenta, z którym wszyscy wiązali ogromne nadzieję - mówi znany politolog moskiewski Igor Bunin. - Przymykaliśmy oczy na jego wypowiedzi, że będzie ścigał terrorystów czeczeńskich nawet w kiblu, udawaliśmy, że nie widzimy, co się dzieje z Borysem Bierezowskim i Władimirem Gusińskim [biznesmenami, którzy mieli potężne wpływy w czasach Borysa Jelcyna, a potem popadli w niełaskę Kremla i zmuszono ich do emigracji - red.]. Wydawało się nam, że tak trzeba, by zrobić porządek w kraju. Byliśmy dumni, że wreszcie nie musimy wstydzić się za naszego prezydenta przed światem. Jednak ostatnio coraz częściej zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem, głosując na Władimira Putina, i czy poprę go jeszcze raz wiosną przyszłego roku.

Bunin powiedział te słowa na seminarium ekspertów zorganizowanym kilka dni po aresztowaniu miliardera i wieloletniego prezesa Jukosu Michaiła Chodorkowskiego pod koniec października. Bunin nie jest opozycjonistą, ale dyrektorem generalnym moskiewskiego Centrum Technologii Politycznych. Przez wiele lat doradzał Kremlowi i kolejnym partiom władzy. Wielu deputowanych do Dumy kończących teraz kadencję zawdzięcza mu swoje mandaty. Bunin wymyślił niejeden fortel, który pozwolił im wyeliminować rywali z gry niekoniecznie czystymi metodami, ale przy użyciu zawiłych kruczków prawnych czy umieszczanych w mediach informacji kompromitujących konkurentów. Nadal pojawia się na imprezach prokremlowskiej partii Jedna Rosja, ale jego wypowiedzi - i nie tylko jego, ale wielu ekspertów, którzy jeszcze niespełna cztery lata temu niemal bezkrytycznie popierali Putina - coraz bardziej dystansują się od tego, co się dzieje dziś w Rosji.

Masy po stronie reakcji

"Rosja przeżywała wiele prób modernizacji, ale za każdym razem kończyły się one krokiem w tył, triumfem reakcji. Opinia publiczna zawsze stawała po stronie reakcjonistów, ciesząc się z porażki reformatorów. Dziś kraj stoi przed wyborem. Albo przekreślić doświadczenie modernizacji ostatnich lat i wpaść w błoto reakcji, by powrócić do reform dopiero w następnych pokoleniach, albo korygując błędy reform lat 90., mimo wszystko iść naprzód" - pisze Bunin w artykule programowym nieprzypadkowo umieszczonym tydzień przed wyborami do Dumy na internetowej stronie Politcom.ru, która jest swoistym moskiewskim salonem politycznym XXI wieku, gdzie wypowiadają się znani eksperci o najróżniejszych poglądach.

Zdaniem Bunina przyczyną ciągłego buksowania reform w Rosji jest brak jasnej idei, dokąd miałyby prowadzić, jaki ma być ich cel. Idei, która połączyłaby elity i znaczną część społeczeństwa, idei nienarzuconej z góry, niewymyślonej, przyjętej rozumem, ale i sercem. Dla postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej taką ideą był powrót do Europy oraz dobrowolne wprowadzenie zasad gry panujących w Starym Świecie, co z czasem pozwoliło realnie myśleć o wstąpieniu do NATO i Unii Europejskiej. Wielu reformatorów proponowało Rosjanom w ostatnich kilkunastu latach, że będą żyć jak w Europie. Jednak małe słowo "jak", a nie "w" oznaczało, że Rosja chce przyjąć tylko część zasad europejskich, a w większości spraw zachować swą wielowiekową odrębność. "Nawet członkostwo w Radzie Europy okazuje się dla nas niewygodnym brzemieniem" - pisze Bunin. "Żądają od nas, byśmy znieśli karę śmierci, czepiają się naszej polityki w Czeczenii. Rosja wciąż traktuje Europę jak sąsiada, a siebie jak coś szczególnego, co nie wpisuje się w ramy europejskie".

Brzydzą się polityką

Poważnych głosów o przyszłości Rosji, jak Bunina, w kończącej się kampanii wyborczej było bardzo mało. Poważną dyskusję o tym, jaką drogą ma iść Rosja, prowadzili politycy z partii, które w sumie mogą liczyć w nowej Dumie najwyżej na 50 miejsc miejsc. Większość skupiła się na brutalnej i w gruncie rzeczy prymitywnej walce o władzę i wpływy. Społeczeństwo jakby poczuło to przez skórę i całkowicie odseparowało się od toczącej kampanii. W sondażu szanowanego instytutu socjologicznego WCIOM-A prof. Jurija Lewady 65 proc. Rosjan mówi, że w ogóle nie interesuje ich agitacja wyborcza ani polityka i najchętniej w ogóle nie braliby udziału w wyborach. - Najgorsze jest to, że młodzież wychowana już po upadku ZSRR prawie w ogóle nie interesuje się polityką, wręcz demonstracyjnie odsuwa się od niej. Przecież to oni powinni być najbardziej zainteresowani tym, jaka ma być nowa Rosja. Zamiast tego wolą pić piwo i mówić, że mają wszystko w nosie. Może się ockną, kiedy nagle w naszym kraju znowu zabraknie piwa albo aluminiowych puszek, które dla nas były przedmiotem marzeń, a oni nie wyobrażają sobie bez nich życia - mówi Mark Urnow, szef fundacji Ekspertyza.

Mój przyjaciel Wasia ma 26 lat. Skończył lingwistykę. Jeszcze jako nastoletni student zaczął pracę w zachodnich agencjach reklamowych. Dziś jest głównym producentem w agencji obsługującej wielki światowy koncern elektroniczny. Znakomicie zarabia, jeździ czarnym BMW, ma własne mieszkanie, chodzi do drogich restauracji, podróżuje po całym świecie. Gdy zapytałem go o wybory, to zupełnie szczerze odpowiedział, że na nie nie pójdzie. - Przecież i tak wiadomo, kto wygra. Myślisz, że mój głos ma jakieś znaczenie? - stwierdził tonem, jakby mówił do dziecka.

Skoro tak myśli Wasia, który jest niemal modelowym przykładem sukcesu nowej Rosji i wszystko zawdzięcza przemianom lat 90., to co dopiero mówić o przeciętnych ludziach, dla których znacznej części upadek ZSRR wiąże się z utratą poczucia dumy z wielkiego państwa, brakiem pracy, obniżeniem dochodów, masą problemów życiowych, którym nie musieli stawiać czoła w starej rzeczywistości.

Sacharow obok Stalina

Idąc naprzeciw nastrojom, władze zamiast proponować coś nowego, kuszą przeciętnego wyborcę odbudową starego, tylko w bardziej atrakcyjnym opakowaniu. Główny slogan partii popieranej przez Władimira Putina, która najpewniej w cuglach wygra wybory, brzmi: "Jedna Rosja - silna Rosja!". Za obietnicami odbudowy silnego państwa nie kryje się jednak żadna treść, nie podejmuje się nawet prób wytłumaczenia, jaka ma być ta silna Rosja. Próbuje się za to zjednoczyć wszystkich pod jedną flagą, co najlepiej ilustruje plakat wyborczy Jednej Rosji, na którym w mapę największego państwa świata wpisano portrety ponad stu wybitnych Rosjan z ostatnich stuleci. Obok Puszkina, Gogola, Dostojewskiego,Tołstoja, Błoka, Sołżenicyna, Pasternaka, Brodskiego, Gorbaczowa, członków rodziny carskiej są na niej komunistyczni sekretarze, komisarze i ministrowie oraz twórca bolszewickiego terroru Feliks Dzierżyński wraz z Józefem Stalinem, którego jak na ironię umieszczono pod fotografią Andrieja Sacharowa, najbardziej znanego dysydenta i obrońcy praw człowieka w ZSRR. - To taki winegret z tragicznej historii Rosji. Wszystko zmieszano w jednej kupie. To obraża pamięć historyczną narodu - komentuje Jelena Bonner, wdowa po Sacharowie.

Twórcy kampanii Jednej Rosji, z którymi rozmawiałem, są jednak dumni ze swego pomysłu. Jeżeli wierzyć sondażom, to ich kampania działa zresztą znakomicie. Jedna Rosja odmówiła udziału w debatach telewizyjnych z pozostałymi partiami, bo nie ma zbyt wielu dobrych mówców i obawiała się krytyki komunistów i liberałów. Mimo to Rosjanie uznali, że partia Kremla wypadła najlepiej w debatach, w których jej po prostu nie było. - Jest jej wszędzie tak dużo, propaganda jest tak nachalna, że ludziom zaczęło się wszystko mieszać. Dociera do nich tylko to, że wybory wygra Jedna Rosja - mówi Aleksiej Grażdankin, wiceszef WCIOM-A.

My z prezydentem

Liberalne gazety żartują, że zwycięstwo Jednej Rosji może nie będzie oznaczało powrotu do systemu jednopartyjego, ale powstanie system "półtorapartyjny". - Poprzednia Duma była kontrolowana przez Kreml, nowa będzie mu posłuszna jeszcze bardziej - mówi "Gazecie" Igor Bunin. Jedna Rosja będzie pierwszą partią władzy w nowej Rosji, która zdobędzie większość nie w koalicji, ale sama. Dzięki temu będzie posłuszną maszynką do przyjmowania decyzji podejmowanych na Kremlu. Jedna Rosja wcale zresztą nie kryje, że oprócz budowy silnego państwa jej drugim celem jest całkowite poparcie polityki Putina, który w rewanżu przyznaje, że głosował na Jedną Rosję w poprzednich wyborach, choć partia powstała dopiero dwa lata po nich, w połowie kadencji odchodzącego parlamentu. - Sympatia Rosjan wobec prezydenta, którego popiera 80 proc. społeczeństwa, jest siłą napędową sukcesu Jednej Rosji. W zasadzie niepotrzebna jej ideologia. Z powodu Putina na rzecz partii władzy swoje głosy przeniosła spora część tradycyjnego elektoratu komunistów, a nawet liberalnego Jabłoka, którzy może nie są zadowoleni z sytuacji w kraju, ale lubią prezydenta - mówi Mark Urnow.

Jedna Rosja chwali się, że ma w tej chwili 650 tys. członków i 2 mln aktywnych zwolenników, czyli nieco mniej niż największa partia Rosji - komuniści, którzy jeszcze pół roku temu prowadzili w sondażach, ale dziś są co najmniej kilka procent w tyle za partią władzy. - Ludzie chcą silnej władzy państwowej, popierają prezydenta, czują się patriotami, są przekonani, że kraj dba o bezpieczeństwo obywateli i idzie drogą sukcesu - takie credo na zakończenie kampanii wygłosił Borys Gryzłow, przewodniczący Jednej Rosji i zarazem szef MSW, którego typuje się na nowego szefa Dumy. Dodał jeszcze, że ludzie będą regularnie dostawać pensje i emerytury, a w nowym parlamencie nie będzie demagogii, tylko ciężka praca. O tym, jaka ma być Rosja XXI wieku, co trzeba w kraju zmienić, co poprawić, co unowocześnić, co ma być strategicznym celem, Gryzłow nie wspomniał ani słowa. - Wybory do Dumy nie będą miały wpływu na przyszłość Rosji, bo o tym będzie się decydować przed marcowymi wyborami prezydenckimi. Kierunek wskaże Putin, który je oczywiście wygra. Jedna Rosja będzie go co najwyżej realizować - tłumaczy politolog Gleb Pawłowski.

Dwa scenariusze

Jednak Putin na razie milczy jak sfinks i nie wiadomo, czy do walki o drugą kadencję wystartuje z taką samą listą reform i projektów, które były jego znakiem firmowym w czasie walki o najwyższy urząd w państwie na początku 2000 r. Większości z nich nie udało się co prawda zrealizować, ale dzięki nim Putin zyskał zyskał sobie miano liberała i reformatora, choć coraz rzadziej określa się go dziś w ten sposób. - Putin jest teraz samodzielną figurą, a nie spadkobiercą mianowamym przez Borysa Jelcyna i jego otoczenie - mówi Igor Bunin. - Żeby do tego dojść, zlikwidował wszystkie niezależne ośrodki podejmowania decyzji stworzone za czasów poprzednika. Najpierw podporządkował sobie główne kanały telewizyjne, wymiar sprawiedliwości, stworzył prokremlowską większość w Dumie, z którą Jelcyn miał wiecznie problemy, a na końcu uderzył w Jukos, który był ostatnim niezależnym od administracji prezydenta ośrodkiem decyzyjnym w Rosji.

Teraz Putin ma całkowicie wolne ręce, ale nie wiadomo, jak to wykorzysta. Optymiści mają nadzieję, że prezydent - wreszcie jako samodzielny polityk, a nie dziecko Jelcyna i jego dworu - zacznie wszystko od początku już na własne konto. - Są pewne symptomy, że Rosja schodzi z kursu reform obranego w latach 90., ale nie powiedziałbym, że to proces nieodwracalny. Wszystko można jeszcze naprawić i mam nadzieję, że tak się stanie w najbliższym czasie - mówi Anatolij Czubajs, twórca rosyjskiej prywatyzacji, w latach 90. szef administracji Jelcyna, dziś prezes giganta energetycznego RAO JES i wiceszef prorynkowego Sojuszu Sił Prawicowych.

Czubajs, który pozornie jest opozycjonistą i nienawidzi (z wzajemnością) otoczenia Putina wywodzącego się z radzieckich służb specjalnych, wcale nie ukrywa, że jeśli Putin wezwie go, by przeprowadził w kraju np. jako premier kolejną porcję reform, to chętnie podejmie wyzwanie i ma nawet gotowy program. To kontynuacja tego, co udało się zrobić w czasie terapii szokowej Jegora Gajdara. Główne hasła programu Czubajsa to przyciągnięcie inwestycji z zagranicy, gwarancja własności prywatnej, umocnienie swobód obywatelskich. Nominacja Czubajsa albo kogoś z kręgu liberałów na premiera wcale nie jest niemożliwa. W Rosji to prezydent mianuje szefa rządu, a Duma tylko to przyjmuje. Jeśli Putin za jakiś czas ogłosi, że trzeba kontynuować reformy, to Jedna Rosja na pewno temu przyklaśnie.

Pesymiści sądzą jednak, że Putinowi już dawno wywietrzały z głowy projekty reformatorskie jak niegdyś carowi Aleksandrowi I, który na początku swoich rządów chciał dać Rosjanom swobody i konstytucję, a pod koniec był zagorzałym zwolennikiem rządów twardej ręki. Jeżeli Putin tak postąpi, to Jedna Rosja też będzie z nim, bo przecież "jest z prezydentem", jak głoszą jej plakaty.

- Kwestia, w którą stronę pójdzie Rosja, jest wciąż otwarta i odpowiedź poznamy w ciągu najbliższych miesięcy po wyborach do Dumy - mówi Igor Bunin. Najczęściej wymienia się dwa scenariusze - autorytarny i bardziej miękki. - W pierwszym przypadku przed 2008 r. [gdy zakończy się druga i zgodnie z prawem ostatnia kadencja Putina - red.] może czekać nas zmiana konstytucji i Putin pozostanie na trzecią kadencję, a może nawet i dłużej - prognozuje Bunin. - Po cichu liczę jednak na inny wariant. Zniszczeni zostaną oligarchowie, ale państwo będzie przestrzegać podstawowych swobód, wszyscy będą mieć mniej więcej równe prawa z wyjątkiem najbliższego otoczenia Putina i jego ulubieńców działających na szczególnych zasadach. Nie jest to może całkiem zbieżne z demokracją w stylu europejskim, ale to nie najgorszy scenariusz dla Rosji. Nasz kraj będzie przypominać Francję V republiki z czasów de Gaulle' a.