"Nie chcemy żywności i bandaży, chcemy broni!" - apel Syryjczyków

01.03.2013 21:57
Członkowie Wolnej Syrii po tym jak dowiedzieli się o śmierci towarzyszy

Członkowie Wolnej Syrii po tym jak dowiedzieli się o śmierci towarzyszy (Fot. STRINGER REUTERS)

- Dowództwo syryjskich powstańców zwróciło się do społeczności międzynarodowej o broń i amunicję. "Nie chcemy żywności i bandaży, potrzebujemy broni!" - zaapelował generał Salim Idris, szef sztabu opozycyjnej Wolnej Armii Syryjskiej (WAS).
Idris wystąpił z apelem po ogłoszeniu wczoraj przez administrację prezydenta USA Baracka Obamy decyzji o udzieleniu syryjskiej opozycji pomocy wartości 60 mln dolarów, która jednak nie obejmuje dostaw broni. Po raz pierwszy amerykańska pomoc ma trafić bezpośrednio do rąk powstańców walczących od dwóch lat z reżimem prezydenta Baszara el-Asada.

Generał Idris oświadczył, że paczki zawierające żywność i środki medyczne, nie pomogą w pokonaniu sił Asada, które dzięki lotnictwu mają przewagę nad powstańcami. - Nie chcemy żywności ani napojów i nie chcemy bandaży. Gdy padamy zranieni - umieramy. Jedyna rzecz, której pragniemy, to broń - powiedział generał w rozmowie telefonicznej z agencją Associated Press.

"Pragniemy broni"

"Chcemy broni przeciwczołgowej i przeciwlotniczej, aby powstrzymać zbrodniarza Baszara el-Asada (...) Cały świat wie, co jest nam potrzebne, ale mimo to patrzy, jak Syryjczycy giną masakrowani" - dodał szef sztabu WAS podlegającej Najwyższej Radzie Wojskowej, która koordynuje działania zbrojnych ugrupowań opozycji.

Idris, który porzucił szeregi syryjskiej armii rządowej i ma opinię człowieka "rozsądnego i umiarkowanego politycznie", zaprzeczył jakoby powstańcy mieli ostatnio otrzymać dostawy broni pochodzącej z wojen na Bałkanach z lat 90. XX wieku. Miały to być m.in. karabiny maszynowe i pociski przeciwczołgowe.

W ostatnich tygodniach armia Asada nasiliła ataki za pomocą rakiet Scud, którymi ostrzeliwane są miasta kontrolowane przez powstańców. Mimo ponawianych próśb opozycji, kraje zachodnie są nadal przeciwne wysyłaniu broni dla wsparcia insurekcji. Przeważają obawy, że broń dostanie się w ręce radykalnych milicji islamskich powiązanych z Al-Kaidą.

Na czwartkowym spotkaniu Grupy Przyjaciół Syrii w Rzymie ogłoszono jedynie decyzję o dostarczeniu przez USA pomocy żywnościowej i medycznej. Na spotkaniu mówiono też o pomocy ze strony UE: mają to być po raz pierwszy samochody opancerzone i sprzęt wojskowy dla obrony ludności cywilnej.

Zobacz najnowsze wideo

Zobacz także
Komentarze (64)
Zaloguj się
  • cyklina-klimkiewicz

    0

    Współistnienie, tylko na cmentarzu. Dobry rodak to martwy rodak? B.Klimkiewicz.

  • wyciety

    Oceniono 1 raz 1

    "Powstancy syryjscy" jako dobrzy muzulmanie skutecznie przesladuja i morduja chrzescijan.

  • mangusta3

    Oceniono 1 raz 1

    Kto chce tej broni ? Syryjczycy czy może zabijająca Syryjczyków banda terrorystów, najemników, morderców i zdrajców zorganizowana przez CIA, MI6 i MIT (turecki wywiad wojskowy) a finansowana przez wahhabickie dyktatury z Arabii Saudyjskiej i Kataru...

  • pismaki_klamia

    Oceniono 4 razy 4

    "W latach 2008-2010, Saif al-Islam Kaddafi negocjował rozejm między libijską Dżamahirią oraz LIGB. Grupa zobowiązała się do opublikowania długiego dokumentu, w którym uznała swój błąd w namowie do dżihadu przeciwko muzułmanom w kraju muzułmańskim. W trzech kolejnych etapach, wszyscy członkowie Al-Kaidy osadzeni w libijskich więzieniach zostali ułaskawieni i zwolnieni pod warunkiem pisemnej przysięgi, że zrezygnują z przemocy. Z 1800 dżihadystów, jedynie ponad stu odrzuciło porozumienie i wolało pozostać w więzieniu. Po uwolnieniu Abdelhakim Belhadż opuścił Libię i przeniósł się do Kataru.
    Na początku 2011 r., saudyjski książę Bandar bin Sultan podjął szereg działań w celu odtworzenia Al-Kaidy, poprzez zmianę sposobu rekrutacji, do tej pory ograniczającej się niemal wyłącznie do Arabów i muzułmanów z Azji Środkowej i Południowo-Wschodniej. Biura dla ochotników zostały otwarte m.in. w Malezji [4]. Największy nabór miał miejsce w Mazar-i-Sharif, gdzie ponad 1500 Afgańczyków przystąpiło do dżihadu w Libii, Syrii i Jemenie [5]. W ciągu kilku tygodni, Al-Kaida rozwinęła się z małej grupki do siły liczącej ponad 10 000 dżihadystów. Rekrutacja miała stosunkowo łatwy przebieg także z tego powodu, że dżihadyści są najtańszymi najemnikami na rynku."
    "Na obszarze całej „wyzwolonej” Cyrenajki, ludzie Al-Kaidy rozprzestrzeniają dziś terror, uciekając się do rzezi i tortur. Są specjalistami w podcinaniu gardeł sympatyków Kaddafiego, wyrywaniu oczu i odcinaniu piersi nieskromnych kobiet. Prawnik libijskiej Dżamahirii, Marcel Ceccaldi, oskarżył NATO o „współudział w zbrodniach wojennych”."
    "Abdelhakim Belhadż w mundurze armii Kataru z początkiem interwencji NATO powrócił do Libii i przejął dowództwo nad ludźmi Al-Kaidy w otaczających Trypolis górach Jebel Nefoussa. Według syna generała Abdela Fataha Junisa to Belhadż stoi za zabójstwem jego ojca. Dnia 28 lipca 2011 r. Belhadż zabił swego dawnego wroga, który w międzyczasie stał się wojskowym przywódcą libijskiej opozycji. Po przejęciu Trypolisu, Abdelhakim Belhadż otworzył bramy więzienia Abu Salim, uwalniając wszystkich przetrzymywanych bojowników Al-Kaidy. Został nominowany gubernatorem wojskowym w zdobytym Trypolisie. Obecnie domaga się przeprosin od CIA i MI6 za tortury zadane mu w przeszłości [8]. Narodowa Rada Tymczasowa powierzyła mu zadanie szkolenia nowej armii Libii."
    "Jak człowiek Al-Kaidy doszedł do władzy w Libii" www.voltairenet.org/article171407.html

  • pismaki_klamia

    Oceniono 4 razy 4

    "W latach 80. CIA poleciło emirowi al-Zuwawiemu utworzenie w Libii agencji mającej na celu nabór najemników do dżihadu przeciwko ZSRR w Afganistanie. Począwszy od 1986 r., zwerbowani ochotnicy zostali przeszkoleni w obozie libijskim w Pakistanie, w ramach antykomunistycznego mecenatu miliardera Osamy bin Ladena.
    Kiedy bin Laden przeniósł się do Sudanu, dżihadyści z Libii podążyli za nim, a następnie powiązali się z nim organizacyjnie. W 1994 r. Osama bin Laden wysłał podległych mu fundamentalistów libijskich z powrotem do Libii, w celu zgładzenia Muammara Kaddafiego i obalenia Ludowo-Socjalistycznej Libii.
    W dniu 18 października 1995 r. środowisko zorganizowało się pod szyldem Libijskiej Islamskiej Grupy Bojowej. W ciągu trzech lat LIGB próbowała zamordować Kaddafiego aż cztery razy jak i prowadzić działania partyzanckie w górskich regionach Libii. Po tych operacjach armia libijska pod dowództwem gen. Abd al-Fataha Junisa przeprowadziła kampanię przeciw partyzantom a libijski wymiar sprawiedliwości wydał nakaz aresztowania Osamy bin Ladena, rozpowszechniony od 1998 r. przez Interpol międzynarodowym listem gończym.
    Według agenta kontrwywiadu Wielkiej Brytanii Davida Shaylera wczesny rozwój LIGB, w tym pierwszy zamach Al-Kaidy na Kaddafiego, był finansowany przez brytyjską służbę wywiadowczą MI6 w wysokości 100.000 funtów [1].
    W tym czasie Libia była jedynym państwem na świecie które faktycznie poszukiwało Osamy bin Ladena, wciąż cieszącego się poparciem politycznym Stanów Zjednoczonych, pomimo dezaprobaty terrorysty dla operacji Pustynna Burza"
    "Dnia 6 października 2001 r. LIGB, w oparciu o rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ 1267, została wpisana na listę organizacji terrorystycznych i do dziś ciągle na niej jest. Ponadto 8 grudnia 2004 r. LIGB trafiła na listę organizacji terrorystycznych sporządzoną przez Departament Stanu USA i w dalszym ciągu na niej figuruje. 10 października 2005 r. brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zakazało LIGB działalności na terytorium Zjednoczonego Królestwa. Również i ten środek zapobiegawczy jest nadal w mocy. W dniu 7 lutego 2006 r. ONZ przyjęła sankcje wobec pięciu członków LIGB i czterech spółek z nimi powiązanych, które to nadal działają bez ograniczeń na terytorium Wielkiej Brytanii pod ochroną MI6."
    "Jak człowiek Al-Kaidy doszedł do władzy w Libii" www.voltairenet.org/article171407.html

  • pismaki_klamia

    Oceniono 4 razy 4

    "To czterokrotne w sumie veto przypieczętowało koniec pewnego okresu w stosunkach międzynarodowych, który rozpoczął się wraz z upadkiem Związku Radzieckiego i był czasem niepodzielnej dominacji Stanów Zjednoczonych nad resztą świata. Fakt ten nie oznacza powrotu do poprzedniego, dwubiegunowego świata, ale pojawienie się nowego modelu, którego kontury mają być dopiero zdefiniowane w bliskiej przyszłości. Projekt Nowego Porządku Świata (NWO) nie został zrealizowany. Waszyngton i Tel Awiw poniosły klęskę, usiłując zinstytucjonalizować jednobiegunowe rządy. Krajom BRICS również nie udało się zbudować wielobiegunowego systemu, który zapewniłby podniesienie na wyższy poziom stosunków międzynarodowych.
    Jak trafnie przewidział syryjski strateg, Imad Fawzi Shueibi, kryzys syryjski doprowadził do krystalizacji nowej równowagi sił, ich redystrybucję, której nikt wcześniej nie przewidział ani nie chciał przewidzieć, która jednak musi być zaakceptowana jako rzeczywistość, i od której nie da się uciec [1].
    Z perspektywy czasu „przywództwo z tylnego siedzenia” (ang. leadership from behind), czyli doktryny reprezentowanej przez Hillary Clinton, jest amerykańską próbą testowania granic swoich sojuszników, Wielkiej Brytanii i Francji przez zrzucanie na nie odpowiedzialności za amerykańskie dążenia. To owi sojusznicy odegrali wiodącą rolę liderów politycznych i wojskowych podczas obalania libijskiej Jamahiriji. W przypadku Syrii, mając nadzieję na powtórkę libijskiego scenariusza, państwa te już wyraźnie funkcjonują w roli wasali USA i podwykonawców zadań amerykańskiego imperium. To właśnie Londyn i Paryż, bardziej niż Waszyngton, poniosły dyplomatyczną klęskę i zmuszone zostały do poniesienia konsekwencji utraty swojego znaczenia.
    Państwa Trzeciego Świata z pewnością wyciągną wnioski z tych wydarzeń: ci, którzy zdecydują się służyć Stanom Zjednoczonym, jak Saddam Hussain lub negocjować z nimi, jak Muammar Kaddafi, mogą zostać straceni przez oddziały imperium, a ich kraje - zniszczone. Ci, którzy stawiają opór, jak Bashar al- Assad, budując sojusze z Rosją i Chinami – wręcz przeciwnie: przetrwają."
    "Klęska GCC i NATO pokazały konfrontację sił, którą wielu przeczuwało, ale nikt nie był jej pewny: Zachód wygrał wojnę medialną, ale na poziomie militarnym musiał się wycofać. Parafrazując Mao Zedonga: państwa zachodnie stały się wirtualnymi tygrysami."
    "Klęska GCC i państw NATO idzie w parze z upadkiem ich ideałów. Udając obrońców praw człowieka i demokracji, jednocześnie sankcjonują tortury jako sposób wywierania nacisku, postępowanie większości z tych państw przeczy również zasadzie powszechnej suwerenności.
    Opinia publiczna na Zachodzie i w Zatoce Perskiej są wciąż niedoinformowane. Od 2001 r. USA i ich wasale utrzymują ogromną sieć więzień i ośrodków tortur – w tym, w samej Unii Europejskiej. Pod pretekstem wojny z terroryzmem sami sieją terror. Porwali i torturowali ponad 80 tys. ludzi. W tym samym czasie stworzyli specjalne oddziały, z rocznym budżetem blisko 10 mld USD, które chlubią się zabójstwami politycznymi, według ich własnych sprawozdań, w co najmniej 75 krajach."
    "GCC i NATO tracą przywództwo" www.voltairenet.org/article175363.html

  • pismaki_klamia

    Oceniono 7 razy 5

    "Po drugie, przywódcy Syryjskiej Rady Narodowej (SRN) oraz Wolnej Armii Syryjskiej (WAS) nie są wcale demokratami w takim znaczeniu, że nadawaliby się do "rządu narodu, przez naród i dla narodu", jak to ujmuje Abraham Lincoln w zaczerpniętej z Konstytucji Francuskiej formule. Pierwszy przewodniczący SRN to paryski naukowiec, Bhurian Ghalioun. Nie jest to bynajmniej "syryjski opozycjonista prześladowany przez reżim", skoro swobodnie opuszczał granice swego kraju. Nie jest też, jak twierdzi, "świeckim intelektualistą", gdyż był doradcą politycznym Abassiego Madaniego, prezydenta Islamskiego Frontu Wyzwolenia w Algierii (IFW), przebywającego obecnie na uchodźctwie w Katarze.
    Następca Ghaliouna, Abdel Basset Syda [2] karierę polityczną rozpoczął dopiero parę miesięcy temu, dając się od razu poznać jako wykonawca życzeń USA. Jako przywódca SRN nie zobowiązał się wypełniać woli swojego narodu, lecz wprowadzać "mapę drogową" Waszyngtonu wytyczoną dla Syrii: Na przyszłość.
    Bojownicy Wolnej Armii Syryjskiej także nie są mistrzami demokracji. Uznają duchowe przewodnictwo szejka Adnana Alroura, kaznodziei takfirystów, nawołującego do obalenia i zabicia al-Asada nie z powodów politycznych, ale po prostu dlatego, że Asad jest alawitą, czyli, w oczach szejka – heretykiem. Wszyscy zidentyfikowani oficerowie w WAS są sunnitami, a wszystkie brygady Armii noszą imiona historycznych postaci, którzy byli sunnitami.
    "Trybunały rewolucyjne" WAS skazują swoich politycznych oponentów na śmierć (i to nie tylko zwolenników Asada) i mordują niewierzących w miejscach publicznych. WAS chce zakończenia świeckich rządów wprowadzonych przez partię Baas, Syryjską Partię Socjal-Narodową i Partię Komunistyczną i wprowadzenia rządów czysto religijnych, reżimu sunnitów."
    Wolna Armia Syryjska: rewolucjoniści czy najemnicy "contras"? www.voltairenet.org/article175383.html

  • pismaki_klamia

    Oceniono 6 razy 4

    "Mimo, że w Tunezji, Jemenie i Bahrajnie miały miejsce ludowe rewolty, to nie można o takowych mówić w przypadku Egiptu czy Libii. W Egipcie uliczne demonstracje ograniczyły się do samej stolicy i obejmowały tylko część klasy średniej i nigdy, ale to nigdy, Egipcjanie nie identyfikowali się z telegenicznym spektaklem na Placu Tahrir [1]. W Libii nie doszło do żadnej politycznej rewolty, lecz do wystąpienia separatystycznego ruchu z Cyrenajki przeciwko Trypolisowi oraz do interwencji NATO, które kosztowały życie około 10 tys. ludzi."
    "Tym razem manipulacje Zachodu mają na celu obalenie pokolenia liderów i narzucenie Bractwa Muzułmańskiego. "Arabska wiosna" to fałszywa reklama. Maroko, Tunezja, Libia, Egipt i Gaza są rządzone przez Bractwo, narzucające z jednej strony porządek moralny, z drugiej – popierające syjonizm i pseudoliberalny kapitalizm, czyli interesy Izraela i Anglo-Amerykanów."
    "We współpracy z brytyjskim MI6, Rhodes zdołał narzucić jako główne źródło informacji dla zachodnich agencji informacyjnych, niezwykle mgławicową strukturę: Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka (OSDH). Media nigdy nie zakwestionowały wiarygodności tej "firmy", nawet wtedy, gdy jego twierdzeniom zaprzeczyli obserwatorzy z Ligi Arabskiej oraz ONZ. Co jeszcze ciekawsze, ta enigmatyczna struktura, która nie ma żadnego biura ani personelu do ekspertyz, stała się także źródłem informacji dla europejskich rządów odkąd Biały Dom przekonał ich, by odwołali z Syrii swoich dyplomatów.
    Ben Rhodes zorganizował również pokazy dla głodnych sensacji dziennikarzy. Zorganizowano dwa wyjazdy, jeden do biura premiera Turcji, Erdogana i drugi do biura byłego premiera Libanu, Fouada Siniory. Chętni dziennikarze mogli nielegalnie, kanałami przemytniczymi, wjechać do Syrii. Przez kilka miesięcy była dostępna dla dziennikarzy "wycieczka" od granicy z Turcją do oddalonych wsi w górach, gdzie można było zrobić zdjęcie z "rewolucjonistami" i dzielić przez jakiś czas "trudy codzienności z bojownikami". Bardziej wysportowani mogli odwiedzić islamski emirat Baba Amr od strony granicy z Libanem.
    Co dziwne, wielu dziennikarzy widząc tak potężną mistyfikację, nie wyciągnęło żadnych wniosków. Słynny żurnalista sfilmował "rewolucjonistę" z Baba Amr, gdy ten palił opony, by uzyskać czarny dym i stworzyć wrażenie, że w okolicy trwa bombardowanie. Pokazały to zdjęcia [10] w Channel 4 twierdząc, że był świadkiem bombardowania Baba Amr, o którym donosiło Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka. New York Times natomiast odnotował, że zdjęcia i filmy przysłane przez służby prasowe Wolnej Armii Syryjskiej pokazujące dzielnych bojowników były zainscenizowane [11]. Pokazywana broń to w rzeczywistości zabawki dla dzieci. Mimo tego gazeta nadal wierzy w istnienie prawie stutysięcznej armii dezerterów.
    To klasyczna ironia: dziennikarze wolą kłamać niż przyznać, że zostali zmanipulowani. Raz nabrani, świadomie uczestniczą w postępującym kłamstwie, które odkryli. Pojawia się pytanie, czy ty, czytelniku tego artykułu również będziesz wolał zamknąć oczy, czy może jednak zdecydujesz, czy Syryjczycy powinni mieć wsparcie w odparciu agresji „contras”.
    Wolna Armia Syryjska: rewolucjoniści czy najemnicy "contras"? www.voltairenet.org/article175383.html

  • pismaki_klamia

    Oceniono 6 razy 4

    "Ostatecznie, mimo że społeczeństwo syryjskie reprezentowało zawsze paradygmat tolerancji religijnej, rozwinął się w nim nurt takfirystów. Stał się on bazą dla uzbrojonych grup. Te natomiast są sponsorowane hojnie przez monarchie wahhabickie (Arabie Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie).
    Ten nieoczekiwany napływ doprowadził do jednoczenia się nowych bojowników, również krewnych ofiar masowej rozprawy z Bractwem Muzułmańskim po ich krwawym zamachu (na rządzących) w 1982 r. Ich motywy są często nie tyle ideologiczne, co personalne; rodzą się z zemsty. Wielu zbirów i notorycznych przestępców skusiły łatwe pieniądze: "rewolucjonista" dostaje siedem razy więcej niż wynosi przeciętna pensja. Na koniec – zawodowcy, czyli ci, którzy walczyli w Afganistanie, Bośni, Czeczenii czy Iraku. Prym wśród nich wiodą libijscy członkowie Al-Kaidy, z Abdelhakimem Belhadżem na czele [6]. W mediach mówi się o nich jako o dżihadystach, co jest niesłuszne, gdyż islam nie nawołuje do świętej wojny z innymi muzułmanami. Są to głównie najemnicy.
    W ciągu ponad 18 miesięcy ugrupowania zbrojne stały się lepiej zorganizowane a ich akcje mniej lub bardziej skoordynowane. Ogromna większość znajduje się pod dowództwem tureckim, jedynie z etykietką WAS. W rzeczywistości są to posiłki dla NATO. Nawet ich kwatera główna znajduje się w bazie lotniczej NATO w Incirlik. Twardogłowi islamiści utworzyli własne organizacje lub przyłączyli się do Al-Kaidy. Pozostają oni pod wpływami Kataru lub Saudów ( linii Sudeiri ) [7]. De facto są związani z NATO.
    Tego typu postęp, rozpoczynający się od biednych rolników, a kończący napływem najemników już widzieliśmy w Nikaragui, kiedy CIA przy pomocy „contras” próbowała obalić rządy sandinistów, albo też na Kubie, gdy inwazja w Zatoce Świń miała doprowadzić do obalenia Fidela Castro. To właśnie taki model syryjskie ugrupowania zbrojne uznają za swój własny. W maju 2012 r. kubańscy contras z Miami zorganizowali szkolenie dla swoich odpowiedników w Syrii, chcąc ich przyuczyć do kontrrewolucyjnej guerilli [8].
    CIA stosuje wszędzie te same metody. Syryjscy „contras” skoncentrowali się więc na utworzeniu stałych baz (ale żadnych nie utrzymali, nawet w emiracie Baba Amr). Następnym krokiem był sabotaż ekonomiczny (niszczenie infrastruktury i palenie dużych fabryk), w końcu akty terrorystyczne (wykolejanie pociągów pasażerskich, bomby w samochodach w miejscach publicznych, zabijanie przywódców religijnych, politycznych i woskowych). W rezultacie ta część ludności Syrii, która mogłaby sympatyzować z ugrupowaniami zbrojnymi, na początku wierząc, że są oni alternatywą dla obecnego reżimu, coraz bardziej się do nich zraża.
    Nie przypadkiem bitwa o Damaszek zgromadziła w stolicy 7 tys. bojowników, rozrzuconych po kraju i armię najemników z sąsiednich państw. Dziesiątki tysięcy „contras” usiłowało przekroczyć granicę Syrii. Zjeżdżali jednocześnie w niezliczonych kolumnach furgonetek, korzystając częściej z dróg przez pustynię niż z autostrad. Niektórych zatrzymało bombardowanie, musieli zawrócić. Inni, po przejęciu przejść granicznych, dotarli do stolicy. Nie spotkali się jednak z entuzjastycznym przyjęciem. Ludzie naprowadzali na nich żołnierzy armii syryjskiej, by ich zidentyfikowali i zlikwidowali. W końcu zmuszeni do odwrotu, nie zdobywszy Damaszku, ogłosili, że Aleppo będzie należało do nich. Nie byli to ani zbuntowanymi damasceńczycy, ani mieszkańcy Aleppo, ale "przejezdni" bojownicy."
    Wolna Armia Syryjska: rewolucjoniści czy najemnicy "contras"? www.voltairenet.org/article175383.html

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje