Polka aresztowana podczas protestu na Zachodnim Brzegu

27.10.2012 16:39
Izraelska policja aresztowała Polkę w trakcie pokojowego protestu na Zachodnim Brzegu. Kobieta jest w areszcie deportacyjnym w Ramle, mimo że izraelski sąd uznał, że powinna być uwolniona w ciągu 24 godzin. Polka może być deportowana do kraju. - Złamano mnóstwo naszych praw. Miałyśmy zostać wypuszczone po 24 godzinach, ale zignorowano decyzję sądu - powiedziała aresztowana.
Polka przyjechała do Izraela i na Zachodni Brzeg dwa tygodnie temu. Od trzech lat jest w podróży, a Bliski Wschód to jej kolejny przystanek. Przedstawia siebie jako dziennikarkę, miała zbierać materiały o tutejszej sytuacji politycznej.

- Nie brałam aktywnego udziału w proteście, nie trzymałam flagi, nie wykrzykiwałam żadnych haseł. Robiłam zdjęcia. Policja brutalnie potraktowała wszystkich demonstrujących, ciągnęła Palestyńczyków po ziemi, jednemu z aresztowanych połamali żebra. Jeden z policjantów złapał mnie, nie stawiałam oporu, mimo to ciągnął mnie po ziemi, użyto przeciwko mnie przemocy - mówi kobieta. Prosi, by nie ujawniać jej danych.

"Izrael próbuje ją deportować"

Czwórka zatrzymanych, Polka, Amerykanka i dwoje Palestyńczyków, w drodze do aresztu trafiła na kontrolę do szpitala.

Polski wicekonsul w Tel Awiwie, który odwiedził polską obywatelkę w piątek, powiedział, że dziewczyna ma się dobrze i że ambasada stara się monitorować sytuację. Kobieta ma też pomoc prawnika. - Będziemy starali się powstrzymać deportację. Ona jest jedynie podejrzewana, a nie oskarżona o atak na policjanta, przebywanie w zamkniętej strefie wojskowej i udział w nielegalnym zgromadzeniu - powiedział reprezentujący Polkę prawnik Limor Golbstein. Dodał, że kobieta powinna być już na wolności.

- Policja i służby imigracyjne zignorowały decyzję izraelskiego sądu, by zwolnić ją z aresztu. Polka została zabrana do ministerstwa spraw wewnętrznych na przesłuchanie - co było bezprawne, bo m.in. nie miała dostępu do prawnika. Potem przewieziono ją do ośrodka deportacyjnego. Władze izraelskie próbują ją deportować, co pozwoli im zamknąć sprawę bez dawania jej szansy oczyszczenia się z zarzutów - dodał Golbstein.

Protest w supermarkecie

W środę rano blisko stu międzynarodowych i palestyńskich aktywistów przemaszerowało przez alejki supermarketu w izraelskim osiedlu Szaar Benjamin, na północ on Ramallah na Zachodnim Brzegu. Nieśli palestyńskie flagi, domagali się końca izraelskiej okupacji i bojkotu produktów pochodzących z osiedli.

Na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie Wschodniej mieszka ponad pół miliona żydowskich osadników; Palestyńczycy nie mają dostępu do około 40 proc. ziem na Zachodnim Brzegu ze względu na obecność osiedli - wynika z danych izraelskiej organizacji pozarządowej Peace Now. Palestyńczycy traktują to jako grabież ich ziem.

- Protestowaliśmy w supermarkecie, który jest dla nas symbolem całego osadnictwa. Właścicielem sklepu jest biznesmen Rami Levi, który ma wiele koneksji z osiedlami. Chcieliśmy, by ten protest był wezwaniem do bojkotu okupacji i produktów okupacji. Poza tym jest to jedna z serii akcji, których celem jest przypomnienie, że Palestyńczycy żyją pod okupacją i cierpią z tego powodu, i tak długo, jak nie ma sprawiedliwości dla Palestyńczyków, izraelscy osadnicy nie powinni cieszyć się normalnym życiem - powiedziała Abir Kopty, rzeczniczka palestyńskiego pokojowego ruchu oporu.

Na demonstrujących przed supermarketem czekała izraelska policja i wojsko.

- Cała akcja była kompletnie non violent. Z supermarketu wyszliśmy dobrowolnie, czekała na nas już izraelska armia. Żołnierze popychali i atakowali uczestników protestu; chcieliśmy opuścić teren osiedla, wtedy zaczęły się aresztowania. Widziałam, jak w bardzo brutalny sposób zatrzymali Polkę i Amerykankę - powiedziała Ellie, uczestniczka protestu z Międzynarodowego Ruchu Solidarności. Próbujemy się skontaktować w tej sprawie z izraelską policją. Na razie bezskutecznie.

Czeka na wyrok

Polka stanie jeszcze raz przed sądem, który podejmie decyzję w sprawie deportacji. - Nie mieliśmy podobnych sytuacji w odniesieniu do obywateli Polski, ale z doświadczenia wiemy, że większość takich sytuacji kończy się deportacją - mówi sekretarz Ambasady Polski w Tel Awiwie Jacek Olejnik i dodaje, że w tej sytuacji niewiele można zrobić.

- Nielegalna demonstracja miała miejsce w regionie Benjamina, w środku tygodnia. Blisko 60 - 70 lewicowych działaczy i Palestyńczyków zablokowało wejście do supermarketu, którego właścicielem jest firma Rami Levy. Izraelska policja i straż graniczna przyjechały na miejsce, by oczyścić teren. Policja nakazała wszystkim rozejść się i poinformowała, że demonstracja była nielegalna. Gdy ponownie doszło do zakłócenia spokoju, funkcjonariusze interweniowali i aresztowali cztery osoby - dwóch Palestyńczyków i dwóch obcokrajowców, w tym jedną obywatelkę polską. To bardzo niefortunne, że polska obywatelka była obecna na nielegalnej demonstracji, ale niestety policjancji musieli zareagować - powiedział Micky Rosenfeld, rzecznik izraelskiej policji.

Zobacz także

Najnowsze informacje