Racewicz: teraz nie mam pewności, że w grobie leży mój mąż. Czuję się okłamana

30.09.2012 11:11
Joanna Racewicz podczas odsłonięcia pomnika 96 ofiar katastrofy smoleńskiej. Powązki, 10 listopada 2010 r.

Joanna Racewicz podczas odsłonięcia pomnika 96 ofiar katastrofy smoleńskiej. Powązki, 10 listopada 2010 r. (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

- Niby mogę być w tak zwanej grupie (biorę to w ogromny cudzysłów) szczęśliwców, którzy są przekonani, że wszystkiego dopilnowali. Że kiedy idę na Powązki, idę na grób męża. Ostatnio to wszystko runęło - mówi w rozmowie z "Wprost" Joanna Racewicz, która w katastrofie smoleńskiej straciła męża, kapitana BOR Pawła Janeczka.
- Brzmi jak styropian po szybie. To jest strasznie trudne. Tak naprawdę nie do przeżycia, ale chciałabym mieć pewność, że będę leżeć obok swojego męża, a nie jakiegoś innego człowieka - mówi w wywiadzie we "Wprost" Joanna Racewicz, prezenterka "Panoramy" i wdowa po borowcu, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, pytana o ewentualną ekshumację męża.

Przecież mówili, że nie można...

- Niby tam [w Moskwie - red.] byłam i mogę być w grupie szczęśliwców, którzy mają prawo nosić w sobie przekonanie, że wszystkiego dopilnowali. Że kiedy idę na Powązki, idę na grób męża. A tak naprawdę ostatnio wszystko runęło . Syn Anny Walentynowicz też był przy mamie, też ją rozpoznał. Przecież usłyszeliśmy od prokuratora generalnego, że to rodziny ofiar ponoszą odpowiedzialność za pomyłki, za zamiany ciał... - dodaje dziennikarka.

"Czuję się okłamana"

Racewicz wspomina, że rodziny ofiar usłyszały w Moskwie, że trumien nie będzie można w Polsce otwierać ze względu na przepisy sanitarne, nie pamięta jednak, kto to mówił - czy Ewa Kopacz, Tomasz Arabski, czy któryś z konsuli. - Czuję się okłamana, gdy słyszymy, że przecież nikt nam nie zabraniał otwierania trumien w Polsce. Nie mam pewności, czy w grobie leży mój mąż - dodaje Racewicz.

W tygodniu ustalono, że ciała dwóch ofiar - w tym Anny Walentynowicz - zostały zamienione.

(Za) dużo nieścisłości

Racewicz, która po katastrofie uważała, że wszystko było zrobione dobrze, przyznała, że w dokumentacji na temat jej męża jest wiele błędów - nie zgadzają się m.in. grupa krwi, przebyte choroby. - Słyszę historie, że podczas transportu odpadły z trumien tabliczki z nazwiskami i Rosjanie przybijali jak popadło - dodaje wdowa.

Dziwią ją nieścisłości w podawaniu godziny katastrofy (początkowo podawano 8.56, ostatecznie 8.42 - red.) czy stopień zniszczenia samolotu. - Nie znam się na mechanice, ale destrukcja tego samolotu nie zgadza się z siłami, które tam działały. On spadł z kilku metrów. Byłam tam. Wygląda jak ściśnięta puszka po coli - uważa Racewicz.

Cały wywiad w jutrzejszym wydaniu tygodnika "Wprost".

Zobacz także
Najczęściej czytane

Najnowsze informacje