Berlin szykuje delegalizację partii neonazistów. A prasa grzmi: "Przegrywamy walkę z brunatnymi!"

02.09.2012 13:28
Narodowcy na festiwalu w Viereck pod Pasewalkiem, 11.08.2012 r.

Narodowcy na festiwalu w Viereck pod Pasewalkiem, 11.08.2012 r. (Fot. Thomas Peter/Reuters)

Niemiecki rząd i landy pracują nad delegalizacją narodowo-prawicowej partii NPD, uznawanej za matecznik neonazizmu. Sprawa jest priorytetowa - przygotowywany raport pokazuje NPD jako grupę doszczętnie przeżartą ideologią nazistowską - informuje "Der Spiegel". A niemiecka prasa w 20. rocznicę rasistowskich rozruchów w porcie Rostock alarmuje: 20 lat walki kończy się porażką, państwo niemieckie przegrywa z neonazistami.
Liczący 1200 stron raport niemieckiego MSW ma pokazywać obraz partii, która sprzeciwia się obecnemu systemowi politycznemu Republiki Federalnej Niemiec i chce go obalić - pisze "Spiegel". Raport ma posłużyć za podstawę ewentualnej decyzji Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe, delegalizującej partię.

Tygodnik podkreśla, że władze powoli dojrzewają do tego, by zamiast inwigilować NPD poprzez tajnych współpracowników, zakazać jej istnienia. Według niemieckiego Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV), czyli kontrwywiadu, antysemityzm w ideologii partii narodowców zajmuje poczesne miejsce, a członkowie partii w publicznych wypowiedziach negują Holocaust.

Niemiecka prasa bije na alarm: "Mamy problem z neonazistami"

Ale w tym samym czasie "Spiegel" i inne gazety alarmują: państwo niemieckie przegrywa wojnę z odrodzonym po zjednoczeniu Niemiec - szczególnie we wschodnich landach, ale nie tylko - neonazizmem. "Prawicowy radykalizm wymknął się spod kontroli państwa" - pisze "Berliner Zeitung". "We wschodnich Niemczech, z wyjątkiem Berlina, imigrantów prawie nie ma. Największym sukcesem neonazistów nie jest ich obecność w regionalnych parlamentach, ale to, że wśród imigrantów wschodnie Niemcy są postrzegane jako miejsce, gdzie lepiej się nie zapuszczać" - to bawarska "Sueddeutsche Zeitung".

"Lewacki terroryzm Baader-Meinhof wywołał narodową traumę. Za to zagrożenie ze strony radykalnej prawicy nie stało się przedmiotem szerokiej publicznej debaty. Policja i władze nie zrobiły wystarczająco dużo, by walczyć z prawicowymi ekstremistami. 20 lat po wydarzeniach w porcie Rostock Niemcy mają problem" - pisze na anglojęzycznych stronach "Spiegel".

Wstyd i bezsilność w haniebną rocznicę

20 lat temu, między 22 a 26 sierpnia 1992 r., we wschodnioniemieckim porcie Rostock setki prawicowych ekstremistów zaatakowały kamieniami i koktajlami Mołotowa blok mieszkalny, w którym ulokowano imigrantów i azylantów, głównie Romów, a także robotników z Wietnamu. Tysiące ludzi przyglądały się bezczynnie, czasem wręcz zagrzewając jeszcze napastników do walki. W pewnym momencie broniąca bloku policja i straż musiały wycofać się, zostawiając płonący budynek z ludźmi w środku. Cudem nikt nie zginął.

Przez ostatnie 20 lat niewiele się zmieniło - pisze ostro "Spiegel". Podczas gdy wschodnioniemieckie miasta jak Drezno i Lipsk stają się coraz bardziej kosmopolityczne, na prowincji umacniają się wpływy skrajnej prawicy. NPD drugą kadencję z rzędu ma przedstawicieli w parlamencie graniczącego z Polską landu Meklemburgia-Pomorze Przednie. To tam niedawno łańcuch 2000 trzymających się za ręce osób zaprotestował przeciw organizacji festynu skrajnej prawicy. Ale jak wynika z głosów w niemieckiej prasie, to chlubny wyjątek.

"Niemcy przegrywają bitwę ze skrajną prawicą"

"Po około 180 zabójstwach na tle rasistowskim od 1990 r. i niezliczonych atakach, przypadkach napaści werbalnej, swastykach na macewach, imigrantach pobitych na przystankach, kamieniach wybijających szyby kebabowni konkluzja jest jasna - Niemcy przegrywają bitwę ze skrajną prawicą - stawia mocną diagnozę "Spiegel".

Tygodnik pisze o bezradności i ślepocie policji w niedawnej sprawie nazistowskiego gangu morderców - śledczy zakładali, że jego ofiary miały długi hazardowe, a nie padły ofiarą fanatyków - przez co gang przez lata pozostawał niewykryty. Dostaje się też władzom. "Gdzie jest Merkel?" - pyta "Spiegel", krytykując panią kanclerz za słabą reakcję na neonazistowskie wybryki jej rodaków. Wprawdzie przy okazji rocznicy wydarzeń w porcie Rostock z ostrym apelem o zero tolerancji dla neonazistów zwrócił się do Niemców prezydent Joachim Gauck, jednak zdaniem prasy to za mało.

Delegalizacja NPD niewiele pomoże?

Nic dziwnego, skoro gazety opisują takie przypadki jak Uwe Dziuballi, który we wschodnioniemieckiej Saksonii w mieście Chemnitz otworzył żydowską restaurację Szalom. Od otwarcia w 2000 r. dostał setki telefonów z pogróżkami ("żydowska świnia") lub prób rezerwacji 88 miejsc (nazistowski symbol zawołania "Heil Hitler") na 20 kwietnia (urodziny Führera). Na drzwiach restauracji nieznani sprawcy malują mu swastyki, raz dostał też przesyłkę z głową świni z napisem "Jude". - Nie dam się łobuzom zastraszyć - zapewnia Dziuballa.

Ale od efektownych medialnie wybryków istotniejszy jest proces, który opisują niemieckie gazety. Neonaziści stają się częścią społeczeństwa niemieckiego. Mają swoich ludzi w radach miejskich, gremiach odpowiedzialnych za organizację wydarzeń sportowych i kulturalnych. Próbują nawet infiltrować przedszkola. Sama delegalizacja NPD - nawet jeśli się uda - niewiele tu zmieni.

Tagi:

Zobacz także

Najnowsze informacje