Ekspert o "Kwartalnym Proficie" Getin Banku: Piekielnie skomplikowana umowa. Mam mnóstwo zgłoszeń [WYWIAD]

Rozmawiał Dominik Tomaszczuk
10.08.2012 07:00
Odwiedziliśmy placówkę Getin Banku w Warszawie i przekonaliśmy się, że dokumenty są bardzo skomplikowane.

Odwiedziliśmy placówkę Getin Banku w Warszawie i przekonaliśmy się, że dokumenty są bardzo skomplikowane. (fot. gazeta.pl)

"Wpłaciłem 30 tys. na "Kwartalny Profit" Getin Banku. Po pół roku zostało 20" - napisał do nas pan Dariusz. Klientów, którzy - podobnie jak on - czują się oszukani, jest więcej. Planują pozew zbiorowy. Co na to ekspert? - Jeszcze nigdy, w żadnej umowie, nie natrafiłem na coś tak piekielnie skomplikowanego - mówi nam ekonomista, specjalista od inwestycji Remigiusz Stanisławek. I ostrzega: - Banki brutalnie wykorzystują fakt, że klienci nie znają się na finansach. A do inwestowania potrzebny jest rozsądek.
Dominik Tomaszczuk: Po publikacji materiału o Getin Banku i produkcie o nazwie ''Kwartalny Profit'' dostałem masę maili od czytelników, którzy zainwestowali w różne "produkty bankowe" i nie wiedzieli, co to tak naprawdę oznacza. Wyjaśnijmy więc na początku, co to jest ten "produkt".

Remigiusz Stanisławek*: "Kwartalny Profit" to nieco bardziej skomplikowany produkt strukturyzowany. Z punktu widzenia klienta jest to rodzaj lokaty, w tym wypadku długoterminowej. Bank większość naszych pieniędzy kieruje w obligacje - aby zagwarantować, że klient na pewno nie straci pieniędzy po zakończeniu okresu umowy. Na reszcie kwoty próbuje zarobić (stąd nasze ewentualne odsetki), inwestując ją.

Skoro - jak słyszę - nie ma żadnych gwarancji zysku, to skąd popularność tego typu ofert?

- Ludzie widzą, że na zwykłych lokatach zyski ledwo przekraczają inflację. Szukają więc takich metod inwestowania, które będą pozwalały zarobić więcej. Giełda jest skomplikowana, Forex jeszcze bardziej skomplikowany... A klienci chcą zarabiać kilkanaście procent rocznie i chcą, żeby ktoś to robił za nich: sami najczęściej nie chcą się tym interesować. Podświadomie oczekują, że takie produkty się znajdą. I nagle pojawia się bank, który mówi: "drogi inwestorze - mamy świetny produkt!". I do tego w promocji. A że inne rzeczy dopisane są drobnym druczkiem...

Czyli takie produkty są odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku. Klienci ich oczekują, więc banki zaczęły je oferować, mimo że praktycznie nie powinny istnieć?

- Tak jest. Inwestorzy chcą zarabiać kilkanaście procent rocznie. Sprzedawca mówi im wprost: to jest produkt z gwarancją kapitału i możliwym zyskiem na poziomie 15 procent rocznie. Ale inwestorzy tak bardzo chcą tych 15 procent, że zapominają o słowie "możliwym". Pomijam już fakt, że w rozmowach sprzedawcy zwykle przekonują, że klient te 15 procent na pewno zarobi. A klient słyszy to, co chce usłyszeć, i w to wierzy. Chce tych 15 procent, a to po prostu niemożliwe.

To nie znaczy, że produkty strukturyzowane nie powinny być oferowane. Mogą być - ale nie w taki sposób, jak w przypadku pana Dariusza. Dlaczego klienci innych banków nie narzekają na produkty strukturyzowane (których zakończyło się już ponad 700)? Ponieważ uczciwie przedstawiono inwestorom, czym jest taki produkt. W przypadku "Kwartalnego Profitu" tego zabrakło.

Pan mówi, że zysk na poziomie 15 procent jest niemożliwy do uzyskania. Ale klienci tego nie wiedzą.

- Banki brutalnie wykorzystują fakt, że inwestorzy nie znają się na finansach. Tego nikt nigdzie nie uczy, a sama wiedza jest trudno dostępna. W dodatku wiele osób z góry zakłada, że produkty finansowe są zbyt skomplikowane. "Nie ma sensu, żebym czytał umowę, bo i tak nic nie zrozumiem". Taki inwestor musi więc komuś zaufać, a że po drugiej stronie biurka siedzi pan w pięknym garniturze, w marmurowych pomieszczeniach... No i kończy się tak, że klienci ufają firmom, których głównym biznesem jest sprzedaż. Nie można o tym zapominać.

Czyli podstawowy problem z umowami w bankach jest taki, że się na tym nie znamy?

- Kupuję samochód i coś tam o samochodach wiem, a o finansach nic. Statystyka jest bardzo prosta. Na 10 000 osób, które pójdą do banku, może 10 sprawdzi w internecie, co to jest za produkt i troszeczkę o nim poczyta. 9 990 po prostu bez zastanowienia podpisze umowę. I to jest najgorsze: składamy podpis pod dokumentem, nie rozumiejąc, co jest w nim napisane.

A "siedzący pod drugiej stronie biurka pan w garniturze" często nam w tym nie przeszkadza...

- Tak. Nie ma co oczekiwać, że każdy sprzedawca się wysili i będzie tłumaczył, czym naprawdę jest taki produkt. Może zdarzyć się, że pokaże kilka wyuczonych zagrań marketingowych, narysuje jakieś piękne wykresy, podsunie umowę. I inwestor złoży podpis na dokumencie, na którym widnieje klauzula, że "niniejszym zapoznałem się ze wszystkimi warunkami umowy i je rozumiem". A potem już nie ma znaczenia, że doradca powiedział nam, że 2+2 = 22, a my podpisaliśmy, że 2+2=4.

Zresztą sami sprzedawcy też często nie rozumieją zasad działania produktu, który sprzedają, bo na szkoleniach przekazywano im coś zupełnie innego: uczono, jak przekonać inwestora. Sam sprzedawca często naprawdę jest przekonany, że to świetny produkt. W dodatku nie ma motywacji do drążenia tematu. Choć oczywiście znajdziemy wielu sprzedawców, którzy rzetelnie oferują te produkty, którzy dokładnie zapoznali się z produktem i przedstawiają inwestorom pełną informację.

Sprzedawca może nawet nie wiedzieć, że wprowadza klienta w błąd?

- Tak. Nie ukrywajmy, że w produktach typu "Kwartalny Profit" konstrukcja umowy jest naprawdę skomplikowana. Trochę już ten rynek znam, przeanalizowałem wszystkie zapisy prawie stu produktów inwestycyjnych. Żeby w "Kwartalnym Proficie" doczytać się tych wszystkich niuansów, musiałem poświęcić cztery godziny! Tam liczą się naprawdę drobne zapisy.

Ale czy te zapisy są zgodne z prawem?

- Tak. Najsmutniejszą rzeczą jest to, że w tego typu produktach, całym ich marketingu, ulotkach, reklamach i informacjach, wszystko jest zgodne z prawem. Same umowy są czasem tak konstruowane, by wprowadzić inwestorów w błąd poprzez niedopowiedzenia, mimo że strona formalnoprawna jest w pełni poprawna. Ale od czysto ludzkiej strony jest skonstruowana tak, by inwestorzy dali się nabrać.

Te produkty są wieloletnie. Natomiast inwestorzy często chcą zainwestować krótkoterminowo. I jeżeli zadadzą sprzedawcy pytanie: "czy na pewno po 6 miesiącach opłata likwidacyjna wynosi 0 procent?", zgodnie z prawdą usłyszą odpowiedź twierdzącą. A o to, że od pierwszego miesiąca pobierana jest horrendalnie wysoka opłata administracyjna, już się nie dopytają. A i doradca tego nie powie, skoro klient pyta o coś zupełnie innego. Sam zresztą często o tym, niestety, nie wie.

Potem inwestor pyta na przykład, czy po 6 miesiącach może wypłacić środki. "Tak, może pan wypłacić". A w rzeczywistości: "Oczywiście zapłaci pan za to wysoką opłatę".

Wróćmy do liczb. Mówił pan, że zysk rzędu 15 procent rocznie jest nie do uzyskania. Ale w bankach pokazują przecież "szacunki zysków". To skąd one się biorą?

- Można zarabiać te 15 procent - ale tylko świadomie inwestując i zarządzając funduszami (uczę tego od 2006 roku). Nie da się tyle zarabiać, po prostu wpłacając gdzieś pieniądze. Natomiast tutaj szacunki nie mają nic do rzeczy, bo to są tylko szacunki. I pomijam już, że one nie biorą pod uwagę inflacji, czyli 15 procent to tak naprawdę 6 procent.

Chodzi o to, że "struktury" to rodzaj takiej loterii. W Polsce dotychczas zakończyło swoją działalność ponad 700 takich produktów. Są "struktury" na cenę ropy, na średnią temperaturę powietrza w Kuala Lumpur... (śmiech). To oczywiście żart, ale o wszystko można się zakładać. Był na przykład produkt oparty na tym, ile meczów wygra Polska na ME. I wie pan co? Połowa tych produktów zarabia 0 procent. Dalsze 25 procent zarabia mniej niż lokata bankowa, a jakiś 1 na 4 produkty zarabia lepiej niż lokata bankowa. Tylko kilka produktów w historii zarobiło nieco więcej. Te wyniki są dostępne w internecie.

Gdyby statystyka była inna, to mielibyśmy finansowe perpetuum mobile i rządy wszystkich krajów nie robiłyby nic innego, tylko w to inwestowały. A to jest produkt strukturyzowany, czego też nie mówi się wprost. Struktura to rodzaj zakładu. Zakładamy się, że - na przykład - po 10 latach jakiś wirtualny indeks będzie wytwarzał zyski i co kwartał będzie można wypłacać z tego premie. Żeby taki produkt zadziałał i żeby po 10 latach była gwarancja kapitału, to twórca tego produktu część pieniędzy wpłaca na obligacje (np. 7 z 10 tys. zł). Po to, żeby po 10 latach w najgorszym razie móc oddać cały kapitał.

A co dzieje się z resztą pieniędzy?

- Bank nie trzyma ich w kieszeni, tylko inwestuje w bardzo ryzykowne i skomplikowane instrumenty finansowe (opcje). Dlatego po tych kilku miesiącach bank może oddać klientowi tylko część pieniędzy. Resztę wpłacił w rodzaj zakładu.

Ale nie wyjaśnia się tego dokładnie klientowi przy podpisaniu umowy?

- Dokładnie tak. Od strony merytorycznej jest to poprawne, natomiast moralnie absolutnie błędne i naganne. Jeszcze nigdy w żadnej umowie nie natrafiłem na coś tak piekielnie skomplikowanego. W mojej ocenie jest to działanie absolutnie celowe, po to, żeby to się doskonale sprzedawało. Mam mnóstwo zgłoszeń od osób, które po kilku miesiącach poprosiły o wypłatę środków i z przerażeniem odkryły, że mają o wiele mniej pieniędzy, bo w ogóle nie były świadome sposobu, w jaki działa ten mechanizm.

Prawo nie może uchronić ludzi przed taką sytuacją?

- Zostaje chyba tylko apelowanie o zdrowy rozsądek. Niech pan spojrzy na popularność tych produktów. Mało kto wie, że dochód z ich sprzedaży wynosi ponad miliard złotych. Na kwartał. Te banki naprawdę stać na prawników, którzy tak napiszą umowy, że absolutnie do niczego nie będzie się można przyczepić.

Co ma zrobić klient, który czuje się oszukany? Nie ma dla niego żadnej nadziei?

- Swoich praw można dochodzić od doradcy, od kierownictwa punktu sprzedaży. Wykazać, że nie przekazano informacji tak, jak powinno to być zrobione. Być może punkt sprzedaży pójdzie na ugodę? Często inwestorzy piszą, że nie podpisywali żadnych załączników z opłatami. Warto zażądać ich pokazania w banku (bank musi je przechowywać). I jeżeli takiego dokumentu faktycznie ktoś nie podpisał - sprawa jest prosta - otrzyma zwrot wpłaconych pieniędzy plus należne ustawowe odsetki.

I ostatnie pytanie: Czy jest sytuacja, w której polecałby pan zainwestowanie w produkt strukturyzowany?

- Jedyny przypadek jest wtedy, gdy inwestor zna się dobrze np. na rynku ropy i jest pewien, że np. cena ropy w najbliższych latach wzrośnie o 40 procent. Szuka wtedy na rynku produktu strukturyzowanego na wzrost ceny ropy i świadomie w ten produkt inwestuje. Dzięki konstrukcji takiego produktu ma wtedy większą szansę na zysk niż w przypadku, gdyby samodzielnie inwestował w ropę - i jeszcze ma gwarancję kapitału. Musimy wiedzieć, na czym struktura jest oparta i wybrać odpowiednią, ale trzeba znać się na rynkach finansowych, rozumieć instrument, na którym oparta jest struktura.

Jeżeli wybieram taki produkt tylko dlatego, że ktoś mi dorzuci do tego lokatę na 15 procent na miesiąc i Nintendo albo tablet, to gdzie tu jest rozsądek? A to rozsądek musi być podstawą naszej decyzji, nie gratisy. Inwestowanie ciężko zarobionych pieniędzy to nie zakupy na wyprzedaży w hipermarkecie.

*Remigiusz Stanisławek, ekonomista, wykładowca, bloger i współtwórca zajmującej się m.in. doradztwem finansowym firmy Opiekun Inwestora

Dominik.Tomaszczuk@agora.pl

Tagi:

Zobacz także
Komentarze (359)
Zaloguj się
  • tak.bo.tak

    Oceniono 76 razy 72

    Może i pozew nie ma szans powodzenia, ale... ZAPAMIĘTAJCIE DOBRZE BANK, KTÓRY ZROBIŁ TO SWOIM KLIENTOM - Getinbank

  • polsz

    Oceniono 53 razy 51

    powtarzam jeszcze raz: obrót akcjami to nie inwestowanie, to zwykła spekulacja. Aby mówić o inwestycji i inwestowaniu musimy mieć do czynienia z finalnym produktem. Tu takowego nie ma. Rynek finansowy jest rynkiem spekulacyjnym

  • praska_syrenka

    Oceniono 48 razy 46

    U nas klienci byli jacyś dziwni - często chcieli czytać umowy. Żeby się czegoś nie dopatrzyli, to Patryk kazał nam mówić, że to taka lokata, do której dajemy ubezpieczenie gratis. Często działało i klienci w ogóle nie chcieli czytać warunków ubezpieczenia, bo skoro jest gratis, to po co. Niektóre pracownice miały jednak lepszy patent. Umawiały się z klientem na konkretną godzinę i wszystkie dokumenty miały przygotowane. Cały czas jednak obsługiwały innych klientów, a jeśli były wolne, to ktoś z pracowników podchodził do nich z pilną sprawą :) Gdy przychodził nieszczęśnik, to chciał pomóc i szybko podpisywał dokumenty. Działało. Ja nie miałam serca tak robić, więc Patryk mnie zwolnił. W Getinie jak nie wyrobisz planu sprzedaży na te dziwne produkty, to dostajesz w następnym miesiącu plan naprawczy (dwa razy większy). Jak się nie poprawisz, to kopniak w tyłek.

  • stix

    Oceniono 41 razy 39

    - Panie prezesie ja nazywam się Jan Rożek, mam u pana w banku wszystkie moje oszczędności, a ci bydlacy, przepraszam pańscy kasjerzy, nie chcą mi ich wypłacić, no to do diabła to chyba jest powód do zdenerwowania!

    - Drogi panie niechże pan tak nie ryczy i niech pan przestanie obrażać moich podwładnych, panie Mayer?

    - Ten pan jak sam mówi nazywa się Rożek a chciał podjąć pieniądze z konta pana Kowalskiego, no nie możemy wypłacić przecież

    - Bardzo mi przykro ale pieniądze z konta Kowalskiego może podjąć tylko Kowalski

    - Tak ale ja, co? dlaczego pan milczy? przecież to pan mi doradził wpłacenie pieniędzy pod obcym nazwiskiem, ten pan powiedział, że Kowalskich jest wielu i nikt nie dojdzie który jest który, a ja proszę pana nie będę musiał płacić podatku od tej sumy, tak pan powiedział, że to będzie na zasadzie gentleman's agreement

    - Czy rzeczywiście polecał pan naszemu gościowi gentleman's agreement?

    - Panie prezesie nie robię nic czego by pan nie wiedział

    - A z drugiej strony to nieładnie panie Rożek, że chciał pan oszukać urząd podatkowy

    - Co ja? jak to uczciwego Polaka w ten sposób! za to, że nie chciałem popierać obcego kapitału i że wpłaciłem pieniądze do waszego banku! chcecie mnie oszwabić! to rabusie! dranie! ale zapłacicie mi za to! łobuzy! łobuzy! nie uda wam się! całe szczęście, że żyjemy w praworządnym kraju! ja pana zastrzelę!

    - No panie Rożek z tym strzelaniem to pan przeholował! ale jeżeli pan stąd natychmiast zniknie i przestanie powtarzać te brednie nie wezwę policji! wyprowadzić!

    - Ale moje pieniądze...

    - Wyprowadzić!

    - Moje pieniądze...

    - Paszoł won!

  • rakowiakk

    Oceniono 42 razy 36

    Sprawa jest prosta. Amber Gold jest nielegalnym wprowadzaniem w błąd, a taki złodziejski bank jest wprowadzaniem w błąd całkiem legalnym.

  • geo5

    Oceniono 48 razy 36

    Moją mamę namówili w PKO BP, aby uciułane z emerytury oszczędności wpakowala w produkt strukturyzwany. Nawet nie potrafiła powtórzyć tej nazwy . Dała się przekonać, "bo ten miły pan tak ładnie mówił". Mama ma 76 lat i zamrozila pieniądze na 2 lata. Starszy człowiek jest bezradny w starciu z lichwiarzami w garniturkach. Tak, od strony formalnej wszystko jest ok, ale moralny aspekt tego procederu jest skandaliczny.

  • kiszkow_salcesonow

    Oceniono 41 razy 33

    Tak to jest gdy w szkołach ucza religii, a nie ekonomii. Lektura obowiazkowa w szkole powinny być książki jak np. "Błądząc po Wall Street" B. G. Malkiela (POLECAM kazdemu kto chce wpakowac swoja ciężko zarobiona kase w cos bardziej ryzykownego niz lokaty i obligacje skarbu panstwa). Tylko jedna taka ksiazka przeczytana ze zrozumieniem za młodu sprawilaby, ze lichwiarze i kombinatorzy musieliby zajac sie czyms innym albo pozdychaliby z głodu.

    Bardzo trudno wygrac z rynkiem - jest to możliwe tylko przy podejmowaniu ryzyka (tym wyzszego im wyzsze sa spodziewane zyski lub STRATY) albo robiąc wałek (majac np. dostep do informacji poufnych / niejawnych). Najnizsze ryzyko jest na obligacjach skarbu państwa oraz zwykłych lokatach w bankach, których depozyty sa gwarantowane przez BFG (lokaty w kwotach do wysokości gwarantowanej przez BFG!! - masz duzo kasy? to zaloz konto / lokaty w wielu bankach). To daje zarobek kilka procent, mniej więcej tyle ile wynosi inflacja.

    Wszystko inne to RYZYKO - bank zbankrutuje i kasa przepada, bo te rozne dziwne stwory zwane szumnie "instrumentami finansowymi" często nie podlegają zadnym gwarancjom na wypadek upadku banku, nawet jeśli jego normalne depozyty sa chronione przez BFG!

    Najbardziej mnie rozwalaja reklamy "zainwestuj 100$ i obracają kasa rzedu kilkadziesiąt tysięcy $" albo "czy udało Ci się kiedyś zarobić 1000% w godzine?" tudzież usmiechnieta laseczka i tekst "naucz się zarabiać na forexie (tudzież innym g*wnie)" - jelenie się napalają, a później wtopa i zostaje im tylko placz oraz zgrzytanie zebow. Dra mordy "ZLO-DZIE-JE" i obwianiaja wszystkich - Zydow, cyklistów i stonke ziemniaczana, tylko nie swoja GLUPOTE.

  • z.lo

    Oceniono 29 razy 27

    Nowa forma kłamstwa to komplikacje. Tzn danie komuś 20 stron dokumentów pisanych przez specjalistów od finansów i prawników, odsyłających do różnych zewnętrznych regulaminów, tabelek itd. Często geszeft zaszyty jest w trzech miejscach i naprawdę nawet prawnik-ekonomista z doświadczeniem w bankowości musi to bardzo uważnie studiować, by wyłapać. Wiele firm stosuje "kłamstwo przez komplikacje" - szczerze powiedziawszy, takie właśnie postępowanie powinno być tępione przez państwo. Powinno być wręcz takie prawo dotyczące produktów finansowych oferowanych powszechnie, że ciężar wyjaśnienia działania produktu i wszelkich ryzyk spoczywa na sprzedającej instytucji. Jeśli sąd stwierdzi, że osoba podpisująca daną umowę mogła nie rozumieć, co podpisuje - umowa jest bezskuteczna. Wtedy nagle okaże się, że warunki umów są niezmiernie proste do wyjaśnienia i w zasadzie wystarczą 3 zdania wołami, by opisać wszystkie opłaty, prowizje i ryzyka.

  • praska_syrenka

    Oceniono 30 razy 26

    U nas klienci byli jacyś dziwni - często chcieli czytać umowy. Żeby się czegoś nie dopatrzyli, to Patryk kazał nam mówić, że to taka lokata, do której dajemy ubezpieczenie gratis. Często działało i klienci w ogóle nie chcieli czytać warunków ubezpieczenia, bo skoro jest gratis, to po co. Niektóre pracownice miały jednak lepszy patent. Umawiały się z klientem na konkretną godzinę i wszystkie dokumenty miały przygotowane. Cały czas jednak obsługiwały innych klientów, a jeśli były wolne, to ktoś z pracowników podchodził do nich z pilną sprawą :) Gdy przychodził nieszczęśnik, to chciał pomóc i szybko podpisywał dokumenty. Działało. Ja nie miałam serca tak robić, więc Patryk mnie zwolnił. W Getinie jak nie wyrobisz planu sprzedaży na te dziwne produkty, to dostajesz w następnym miesiącu plan naprawczy (dwa razy większy). Jak się nie poprawisz, to kopniak w tyłek.

    Patryk, jeśli to czytasz, a myślę, że tak, to wiedz, że byłeś najgorszym szefem, jakiego miałam.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX