- Dziewczyny zrzucają jeszcze dla nas staniki - mówił Klaus Meine, przed ostatnim koncertem Scorpions

Wokalista zespołu Scorpions Klaus Meine

Wokalista zespołu Scorpions Klaus Meine (Fot. Bartlomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

Legendarny zespół wystąpi we Wrocławiu z okazji rocznicy Sierpnia '80. To część pożegnalnej trasy grupy. - Zainteresowanie nią było tak duże, że konieczne było dodrukowanie biletów - mówi management. Martynie Wyrzykowskiej udało się porozmawiać z Klausem Meine, wokalistą Scorpions.
Martyna Wyrzykowska: Po raz kolejny wasz występ w Polsce związany jest z obchodami ważnej rocznicy upamiętniającej przemiany ustrojowe. Czy z uwagi na to, że gra z wami Polak, macie jakieś szczególne nastawienie do tych koncertów?

Klaus Meine: Zdecydowanie. Jeszcze zanim Paweł Mąciwoda do nas dołączył, mieliśmy świadomość, że dzięki piosence "Wind of Change" na zawsze pozostaniemy związani z przemianami politycznymi w tej części Europy.

Jednak Polska pod tym względem jest wyjątkowa. "Wind of Change" znaczy tu dziś nie mniej niż 20 lat temu. Co ciekawe, nie tylko dla osób, które same były świadkami wydarzeń z 1989 roku, ale także dla całego nowego, młodego pokolenia.

Paweł Mąciwoda twierdzi, że do dziś fanki w Kalifornii zrzucają podczas koncertów Scorpions staniki.

- To prawda. A teraz robią to już specjalnie dla Pawła...

"Sting in the Tail" ma być waszym ostatnim studyjnym albumem. Słuchacze twierdzą, że ta muzyka to powrót do klimatu lat 80. Świadomy?

- Tak, zdecydowanie. Myślę, że lata 90. były trudnym czasem dla wszystkich klasycznych rockowych zespołów. Szukano wtedy bardziej alternatywnych brzmień. Przez wiele lat próbowaliśmy różnych rodzajów muzyki, dlatego na przykład w 2000 r. nagraliśmy płytę z udziałem orkiestry symfonicznej.

"Sting in the Tail" to nie tylko powrót do korzeni - lat 70. i 80. - ale także przegląd materiału, którego wcześniej z różnych względów nie opublikowaliśmy. Żegnamy się z fanami w starym stylu. To stuprocentowi Scorpions. Potraktowaliśmy ostatni album jako klamrę zamykającą 40 lat kariery.

Na jej początku zasłynęliście z kontrowersyjnych okładek płyt. Ostatnio złagodnieliście.

- Naszym celem nigdy nie było szokowanie samo w sobie. Późne lata 70. były okresem, w którym okładka stanowiła zupełnie odrębny element sztuki, była dziełem sama w sobie. Byliśmy bardzo, może za bardzo, otwarci na wszelkie artystyczne wizje. Stąd wziął się skandal z "Virgin Killer", który wiele nas nauczył.

Z pomysłem na okładkę [prezentującą nagą dziesięcioletnią dziewczynkę - przyp. red.] wyszła nasza wytwórnia muzyczna RCA. Wtedy wydawało nam się, że ta okładka doskonale oddaje klimat piosenki i współgra z tytułem albumu. Teraz, żyjąc w erze internetu, a więc i łatwo dostępnej pornografii dziecięcej, nie zdecydowalibyśmy się na ten krok.

Wokół zespołów rockowych zawsze istnieje legenda dotycząca imprezowego stylu życia. Zdarza wam się jeszcze zaszaleć jak w latach 90.?

- O tak! Tyle że z czasem nauczyliśmy się nie popadać w banał. Nawet mając na karku sześćdziesiątkę, potrafimy zorganizować całonocną imprezę, ale rock'n'rollowe skandale są nie dla nas. Na przykład nigdy nie kombinowaliśmy z narkotykami. Naszym nałogiem jest muzyka.

Na forach internetowych fani dzielą się zdjęciami zza kulis waszych koncertów i chcą wiedzieć, co Scorpions jedli, pili, jakie płyty leżały na półce. Rozwiejmy wątpliwości - co zawiera wasz koncertowy rider?

- Szczerze mówiąc, to... sam nie wiem. Jesteśmy chyba nudni pod tym względem, bo zwykle proszę tylko o wodę i ręczniki dla mnie i chłopaków. Może oni dopisują coś szalonego od siebie, ale nic mi o tym nie wiadomo.

Jesteśmy w ciągłej podróży, więc w hotelu czeka na nas zawsze jakiś posiłek, ale nie przywiązujemy do tego większej wagi. Ja sam nie mam natomiast nic przeciwko dobremu drinkowi po skończonym koncercie.

A w wywiadach mówisz, że starasz się prowadzić zdrowy tryb życia.

- Dlatego "po" koncercie (śmiech)! Ale poważnie, to staram się zdrowo żyć, bo muszę dbać o swój głos. Gram rok po roku już od przeszło 40 lat. Zdarzało nam się grać nawet 100 koncertów rocznie w 20 różnych krajach. To ogromny wysiłek dla organizmu, a przecież wychodząc na scenę, muszę być w pełni dyspozycyjny. Nie daję sobie taryfy ulgowej.

Powiedziałeś zresztą, że kończysz karierę, bo nie chcesz być "staruszkiem skaczącym po scenie". Trudno będzie ostatecznie zejść ze sceny?

- Wygląda na to, że trudniej, niż myślałem. Ogłosiliśmy koniec Scorpions w 2010 roku, zaplanowaliśmy pożegnalną trasę koncertową. Przekonaliśmy się, że bardzo łatwo było o tym gadać, ale kiedy przychodzi do rzeczywistego pożegnania... W końcu robiliśmy to przez ostatnie 40 lat. Na pewno z dnia na dzień nie przestaniemy tworzyć muzyki, ale chcemy być słowni. To ostatnia trasa koncertowa zespołu.

Co zamierzacie robić po ostatnim koncercie tej trasy? Wakacje po 40 latach pracy to musi być coś wyjątkowego...

Właściwie to w najbliższej przyszłości nie planuję żadnego odpoczynku. Mam tyle niedomkniętych projektów i kolejne, w które chciałbym się zaangażować. W trakcie trasy koncertowej wpadają nam do głowy kolejne pomysły, jak nagranie filmu z koncertu dla naszych fanów. Jedno jest pewne - Scorpions idą na emeryturę, ale na pewno nie na wakacje.

Komentarze (1)
- Dziewczyny zrzucają jeszcze dla nas staniki - mówił Klaus Meine, przed ostatnim koncertem Scorpions
Zaloguj się
  • mister_max_napierdalator

    Oceniono 17 razy -9

    Scorpions!? Zawsze był to dla mnie zespół płaczliwie pedalski w iście ciociastym repertuarze, szanuje tylko ich gitarzystów Rudolfa i Michaela Schenkera , zawsze wolałem kapele z kręgu NWoBHM czy typowo thrashowe, tak więc mogą spie...ć w pizdu z mojego Wrocławia

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje