"Głos Wielkopolski": Na plebanii urodził się martwy syn wikariusza. Duchowny słuchał w tym czasie muzyki

13.07.2012 12:51

Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta

W poznańskiej parafii młoda dziewczyna urodziła dziecko księdza. Karetkę wezwał on dopiero, kiedy stwierdził, że niemowlę nie żyje. - Nie zareagowałem - przyznał na przesłuchaniu, ale prokuratura umorzyła postępowanie. Sprawę opisuje "Głos Wielkopolski".
Agnieszka D. poznała młodego wikariusza na rekolekcjach. Wkrótce zamieszkała z nim na plebanii i zaszła w ciążę. Jak ustalił "Głos Wielkopolski ", ksiądz nie ukrywał podczas przesłuchań, że dziecko było mu nie na rękę. Twierdził, że żył tak, jakby go po prostu nie było. Swojej postawy nie zmienił nawet podczas porodu. Dziewczyna, która tylko raz - na samym początku ciąży - odwiedziła ginekologa, zaczęła rodzić tydzień przed wyznaczonym terminem.

"Głos Wielkopolski" twierdzi, że ksiądz przygotował jej posłanie i udał się do innego pokoju, by posłuchać muzyki. Pierwsze skurcze pojawiły się około godziny 20, ale dopiero nad ranem ciężarna zasugerowała wezwanie karetki, krwawiła. Ksiądz przyznał, że zignorował jej prośbę.

Doktor Krzysztof Kordel, prezes Wielkopolskiej Izby Lekarskiej, który występował w sprawie w roli biegłego, uznał początkowo, że niewezwanie karetki stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla życia. Na następnym przesłuchaniu zmienił jednak zdanie. Stwierdził, że nawet w szpitalu chłopca nie udałoby się prawdopodobnie uratować, relacjonuje "Głos Wielkopolski". - Niemowlę miało węzeł pępowiny. W tej sytuacji prawdopodobieństwo urodzenia żywego dziecka jest minimalne - tłumaczy w rozmowie z Gazeta.pl dr Kordel.

- Węzeł na pępowinie jest trudny do zauważenia podczas badania USG - przyznaje Anetta Karwacka, ginekolog położnik. - Wada najczęściej ujawnia się dopiero podczas porodu. Jeśli odbywa się on siłami natury, ryzyko śmierci dziecka jest duże. W szpitalu najczęściej nie stanowi to jednak problemu. W takiej sytuacji tętno płodu spada, a lekarze decydują po prostu o przeprowadzeniu cesarskiego cięcia - wyjaśnia. Według doniesień "Głosu Wielkopolskiego" poznańska prokuratura nie powołała jednak żadnego eksperta od ginekologii i w oparciu o opinię biegłego umorzyła sprawę.

Wydarzenia na poznańskiej plebanii miały miejsce 24 lutego 2011 roku. Do czasu opisania historii przez "Głos Wielkopolski" nie ujrzała ona światła dziennego. Kuria twierdzi, że jest to wewnętrzna sprawa Kościoła, a duchowny został ukarany - przeniesiono go z parafii do klasztoru pod Ostrów Wielkopolski. Obecnie jest misjonarzem na Ukrainie.

Próbowaliśmy skontaktować się z Prokuraturą Okręgową w Poznaniu. Rzecznik prasowy od wczoraj przebywa na urlopie, a zastępująca go osoba nie posiada informacji na temat sprawy.

Najnowsze informacje