Opowieść kelnerki: Wygazowane piwo? To zlewki albo woda. Normalka [POLSKA OD KUCHNI]

14.06.2012 07:00
Polska od kuchni: opowieść kelnerki (zdj. archiwalne)

Polska od kuchni: opowieść kelnerki (zdj. archiwalne) (fot. Agencja Gazeta/Adam Kozak)

Sylwia* przez rok pracowała jako kelnerka w warszawskich knajpach. Odeszła z dnia na dzień. Dzisiaj unika "dań dnia" i patrzy barmanom na ręce, gdy nalewają jej piwo. Nam opowiada dlaczego. Tą rozmową zaczynamy cykl "Polska od kuchni". Kolejne odsłony - opowieści barmana, restauratora i pracownika "hipsterskiego" bistro - już wkrótce.
Jak to jest z umowami w gastronomii? Mówi się, że w wielu restauracjach i klubach kelnerki zatrudnione są "na gębę".

Pracowałam w trzech rożnych knajpach i w żadnej nie dostałam umowy do podpisania. W jednym miejscu było ustalenie, że za miesiąc pracy dostawaliśmy po 370 złotych. Ale nie było to napisane na żadnym papierku. Przez to na przykład ostatniej wypłaty wcale nie dostałam. Jak się zwolniłam, powiedzieli mi tylko, żebym nawet nie liczyła, że szef mi wypłaci.

A w kolejnych knajpach nie dostawałam na stałe nic - miałam tylko to, co wypracowałam z napiwków i serwisów. Dwie koleżanki miały jakieś umowy, chyba o dzieło, ale one musiały też siedzieć w biurze i wklepywać dane. A tak, to reszta z nas nie miała nic. Dostaliśmy instrukcje, że gdyby przyszła kontrola, mamy mówić, że jesteśmy wszyscy na dniu próbnym.

A książeczka sanepidu? Wymagali?

W jednej pracy wcale mnie o nią nie pytali. W drugiej tak mniej więcej po trzech miesiącach, pojawiło się widmo kontroli sanepidu. I wtedy kazano nam wyrobić sobie książeczki. No, ale były trudności, jakaś dziewczyna mówiła, że nie ma jak, ktoś inny mieszkał w innym województwie i musiałby specjalnie po to jechać do domu, i tak dalej. Więc powiedziano nam, że można sobie książeczki "załatwić". Co niezłe, to telefon do gościa, który takie książeczki miał załatwiać od ręki za 70 zł, dał nam menedżer. Ja, koniec końców, załatwiłam to oficjalnie.

A jak jest ze szkoleniami, czy przychodząc do pracy do klubu czy restauracji, musisz już wszystko umieć?

W pierwszej pracy powiedzieli mi, że muszę nauczyć się obsługi. Uczono nas podstawowych rzeczy, jak rozkładać sztućce, jak nosić tacę. W kolejnej były jakieś szkolenia z drinków i faktycznie szef przepytywał nas z karty.

Do pierwszej restauracji przyjęli cię bez doświadczenia? Nie było problemu?

Weszłam zapytać, czy nie szukają kogoś. Menedżer stwierdził, że spoko i nie pytając o nic, powiedział, żebym przyszła kolejnego dnia. W następnej pracy po prostu pogadałam z kierownikiem, którego poleciła mi znajoma. Ale za trzecim razem było już zupełnie inaczej.

Zatrudnili mnie, bo właściciel był pewien, że załoga mu gdzieś robi wały, tylko nie wiedział gdzie. I mówi tak: "Przyjdź do mnie i przez miesiąc wtop się w towarzystwo i sprawdź, gdzie robią te wały". Po miesiącu przychodzę do niego i mówię: "nic nie zauważyłam, oni nawet kawy nie kradną, z domu sobie przynoszą i robią prywatną". Jakaś masakra. Ale uwierzył mi.

Mówisz o "wałach". Jakich akcji najbardziej obawiają się menedżerowie?

Jeżeli menedżer jest doświadczony, to wie, gdzie pilnować swoich pracowników. Standardem jest zarabianie na kawie. Bo to taki niepoliczalny produkt. Na przykład przychodzi dwóch panów, zmawiają po kawie, proszą o rachunek, a ty mówisz, że to będzie 14 zł, nie nabijasz tego nigdzie, nie dajesz rachunku. I tak na kawie można cały dzień ciągnąć.

Co jeszcze?

Można też się z barmanami dogadać, chociaż teraz już tego wszyscy bardzo pilnują, że np. kelnerka przyniesie ze stolika butelkę wódki, która jest dopita do połowy. I tę butelkę można potem rozlać na kieliszki przy barze. Wtedy dzielimy się zyskami. Ale, jak mówiłam, menedżerowie bardzo tego pilnują. W niektórych miejscach są nawet takie zasady, że kelnerki z barmanami nie mogą być w związku, bo zaraz jest podejrzenie, że coś będą próbowali we dwoje kombinować.

Co jeszcze... Największe wały to robią barmani, którzy wnoszą lewe butelki. Jak kupisz butelkę wódki za 30 zł, a w klubie sprzedasz ją za 130, to jesteś stówę do przodu.

Ale jak to działała z tymi butelkami? Klub przecież sam zamawia alkohol.

Pewnie. Ale nikt nie jest w stanie tego całkowicie kontrolować. Niby jest monitoring, ale nigdy nie wiadomo, na ile ktoś go naprawdę sprawdza. Czasem to są tylko straszaki. Jak jest duży ruch, barman może spokojnie wnieść dwie, trzy butelki i sprzedać jako klubowe. Nikt się tego nie doliczy.

U nas w knajpie, jak się zorientowali, że ktoś wnosi alkohol, to trzepali kelnerkom torebki. Jak zaprotestowałyśmy, że grzebać w rzeczach to może nam tylko policja, stwierdzili, że jak chcemy, to możemy poszukać sobie innego miejsca.

Jest jeszcze taki sposób, że na boku rozlewa się butelkę, która należy do klubu, a potem wlewa się do niej wody, że niby nic. Trzeba tylko pamiętać, żeby następnego dnia przynieść wódkę i podmienić. Codziennie jest remanent i codziennie rozlicza się barmanów. Jeżeli brakuje choćby grama, to ktoś musi płacić.

Zdarzyło ci się, że brakowało alkoholu i musiałaś za to zapłacić?

Za alkohol płacą barmani. Ja płaciłam, jak coś rozlałam. Kiedyś rozlała mi się cała taca kieliszków wartych chyba ze 160 zł. A w ogóle to najgorsze są uciekające stoliki, bo za nie zawsze płacą kelnerki. Wiadomo: w lato, jak są ogródki, na których nie stoi cały czas kelnerka, to uciekają non stop.

Często zdarzają się problemy z klientami?

Jak był tłum i na wszystko trzeba było czekać, to zdarzało się, że podchodzili i darli się: "Co pani jest idiotką? Debilką? Ile mamy czekać?!". Raz, jak stało nade mną takich trzech wielkich byków, to się prawie popłakałam. Ogólnie, kelnerka zbiera baty za wszystko. Nawet, jak się komuś nie podoba coś w ogóle od niej niezależnego. Ale to dlatego, że to do niej najczęściej idą napiwki.

No właśnie, da się żyć z napiwków? Bo mówiłaś, że stałej pensji dostawałaś śmiesznie mało albo wcale.

W piątek czy sobotę, jak był dobry dzień, to mogłam nawet 800 złotych zrobić. W poniedziałek tak ze trzy stówy, a w pozostałe dni koło 500 zł. Ale bywało, że do knajpy przyszło przez cały dzień 12 osób, każda zostawiła po dwójce i nic się nie zrobiło.

Dobijałyśmy jeszcze serwis do rachunku, ale z tego 60 procent idzie dla klubu. Porządnie narąbanym towarzystwom zdarzało się nie zauważyć, że serwis jest doliczony do rachunku. I tacy zostawiali jeszcze dodatkowo napiwki.

A jak się dzieliliście napiwkami? Każdy brał ze swojego stolika?

U nas każdy zbierał swoje. Ale raz się zdarzyło, że menedżerowie zobaczyli, że naprawdę dużo zebrałam. I kazali mi podzielić się z barmanami. Była też taka akcja, że nowy barman po prostu zniknął. Wyszedł z całym swoim utargiem, a inni barmani musieli za niego płacić.

O kelnerkach i barmanach już rozmawiałyśmy. A jak oszukują menedżerowie?

W pierwszej pracy powiedziano mi, że mam zlewać i wstawiać do lodówki piwa, które ludzie zostawiali na stolikach. A następnego dnia wlewało się to do świeżych piw. Na początku byłam w szoku. Obrzydliwe! Ale wystarczyło trochę pobyć i przyzwyczaić się, że tak ma być i że wszyscy tak robią. Bo jak są braki w piwie, to obsługa musi je pokryć. A w piwie zawsze są braki, bo a to piana, a to coś się rozleje...

Klienci nie wyczuwali, że dostają zlewki?

Nie. Ze dwa razy ktoś przyszedł z reklamacją, że jest wygazowane piwo. Wtedy daliśmy nowe. Ale wiesz, to normalka. Jak było na przykład jakieś wesele, to już po wszystkim szef kuchni zbierał z misek resztki sałaty i później rozkładał je na talerze do nowo zamawianych dań! To było straszne.

Ale najgorsze było w klubie, gdzie pracowałam potem. Tam nie było sprzątaczki i toalety czyściły kelnerki. I na przykład szef przychodzi i mówi do kelnerek: "Ej, ktoś zarzygał pisuar, niech któraś z was pójdzie go przetkać". Mówiłyśmy, że przecież ci kolesie tam stoją, widzą, że my tego musimy dotykać. Ja bym w życiu nie wzięła jedzenia od laski, która chwilę wcześniej czyściła pisuar. Jasne, myje się ręce i tak dalej, ale to nie przestaje być straszne. Ale szkoda było kasy.

A to prawda, że puby rozcieńczają piwo wodą?

Pewnie, ale nie tak, jak wszyscy myślą. Do kegów z piwem nie da się dolać wody, to niemożliwe. Barmani robią tak, że zasłaniają dół szklanki ręką i na wysokość tej ręki nalewają wody. I potem do tego dolewają piwa. Więc jak ktoś jest wstawiony, to nie ma szans, żeby się zorientował.

Kurczę, czy jest w ogóle coś, co można bezpiecznie zamówić?

Ja zamawiam zawsze osobno alkohol w kieliszku i osobno sok czy Red Bulla do wymieszania. Najlepiej jeszcze lód osobno zamawiać. Barmani nawet specjalnie się uczą, żeby z ręki nalać trzydziestkę zamiast czterdziestki. Więc lepiej widzieć, ile faktycznie ci dają. Narąbanym klientom to potrafią napełnić tylko 2/3 szklanki. Pijany i tak nie zauważy.

Kogoś barmani w ogóle oszczędzają?

Jasne. Tych, po których widać, że dadzą napiwek. Gości w garniturach, starszych, eleganckich panów. Osoby, które mają kasę. Najlepiej położyć piątkę na barze, zanim jeszcze zamówisz. Wtedy masz pewność.

Matko, co za system. A zdarzyła ci się kiedyś wpadka? Złapali cię na przekręcie?

Na szczęście nie. Ale powiem ci, że to czasem był straszny stres. Na przykład, gdy były dobre warunki do dobijania serwisu. Masz wysoki rachunek. Stoisz przy tym komputerze i rozglądasz się na wszystkie strony i zastanawiasz się, czy ta kamera działa, czy nie działa, czy szef nie podejdzie. Serce bije, no, stres na maksa. Ale nigdy mi się nie trafiło, żeby nie wyszło.

A jak komuś się nie udało, jak go przyłapali? Były jakieś konsekwencje czy kary?

Kary były na przykład za to, że popielniczki nie były sprzątnięte. 50 zł płaciłyśmy. Co akurat uważam, że było OK. Bo jak idę do knajpy, siedzimy ze znajomymi i z popielniczki się wysypuje, to mnie to wkurza.

Ale kary były też za brudne łazienki. I to już było straszne, bo ledwo posprzątasz i po trzech minutach znów jest syf. Wystarczy, że menedżer zobaczy i od razu kara. Kary były też, jak klient za długo czekał na rachunek. Jak talerze stały za długo. Potem były jeszcze kary za to, że za mało sprzedałyśmy. No wprowadzili takie zasady, że trzeba ileś danych rzeczy sprzedać i jak nie dałeś rady, to dostawałeś po kieszeni. A ten, kto sprzedawał wyjątkowo dużo, to dostawał jakiś dodatek.

Stąd wiem, że najczęściej rzeczy, które są polecane w knajpach, to rzeczy, których data ważności już minęła albo właśnie mija. Dlatego w mniejszych knajpkach, jak polecają danie dnia, to ja nigdy temu nie ufam.

Wiesz, to nie jest taka zła praca, ale cieszę się, że się z tego wyrwałam...

"Wyrwałaś"? Ta praca aż tak uzależnia?

Tak, to trochę przerażające. Ci faceci, barmani, którzy mają po trzydzieści parę lat... Jak ktoś od kilkunastu lat tak żyje, to jasne, że już wsiąkł. A to jest praca w nocy, imprezowanie, życie, jakby się miało 17 lat. A do tego ta kasa. Jak codziennie wpada ci kilkaset złotych, nie robisz sobie żadnych oszczędności. Naprawdę, ta praca zupełnie nie uczy oszczędzać. Jak się z tego wyrwałam i zaczęłam pracować gdzie indziej, to minęło mnóstwo czasu, zanim się przyzwyczaiłam, że pensja jest od pierwszego do pierwszego. Że trzeba to jakoś rozdysponować.

Jak pracowałam w knajpie, to kończyłam dzień i miałam 500 zł. No, to co? Do pracy taksówką, z pracy taksówką, po pracy śniadanie w restauracji, gazety, papierosy... Wydajesz pieniądze na bieżąco, w ogóle ich nie licząc. Ludzie się przyzwyczają, że kasa cały czas jest. Dziś nie mam? Spoko, jutro idę do pracy, to kupię sobie. I kupujesz sobie po dziesięć par butów, masz pięćdziesiąt par spodni. Nie oszukujmy się, w gastronomii ludzie potrafią zarabiać i dziesięć tysięcy miesięcznie. To jest niesamowita kasa.

Czemu w takim razie zrezygnowałaś? Czemu chciałaś pracować inaczej?

Zorientowałam się, że to uzależnia. Że jak posiedzę w tym jeszcze trochę, to będę miała duże problemy, żeby się wyrwać. A im jest się starszym, tym trudniej to zrobić. Jak jesteś jeszcze młody, to masz ten rozpęd, możesz zaczynać na nowo. A jak masz 26 lat i idziesz do pracy za 1500 złotych, to wszyscy na ciebie patrzą i myślą: "kurde, ty jesteś biedna".

Odeszłam, bo to życie bez perspektyw, bez rozwoju. Myślisz tylko o tym, co dziś, o tym, ile dziś zarobisz, jaka będzie wieczorem impreza. Obracasz się w gronie ludzi, którzy nie myślą w ogóle o przyszłości.

Kiedy stwierdziłaś, że masz dość?

Po prostu nagle uznałam, że to koniec, że nie chcę już tego robić. Przez kilka miesięcy byłam bezrobotna. I wreszcie trafiła mi się jakaś bardziej normalna praca i zdałam sobie sprawę, że życie może jednak wyglądać inaczej. Że można pracować od 8 do 16. Wiesz, ile ja pracowałam w knajpach?! Przychodziłam do pracy na 15 i wychodziłam na przykład o 10 rano następnego dnia. Najdłużej zdarzyło mi się być w pracy 23 godziny non stop.

Non stop?

Tak. U nas było megaciężko. Po pracy musisz tę całą salę pozamiatać, pozmywać w całym lokalu podłogę, wszystkie krzesła umyć, powkładać na stoły. I naczynia pomyć, jak już panie ze zmywaka wyjdą. Po zamknięciu schodziły tak dwie godziny. Jest 6 czy 7 rano, jesteś padnięta. I jeszcze czekasz na rozliczenie, oczy ci się zamykają. Tragedia. Jak zrezygnowałam z tej pracy, to nie mogłam się przestawić, żeby normalnie spać. Kładłam się o 2, 3 nad ranem i codziennie budziłam niewyspana.

Dziecku bym nie pozwoliła tak pracować. Moi znajomi rzucali szkoły, nic ich nie obchodziło. Wierzyli, że całe życie mogą pracować jako barmani. Wiesz, w tym zawodzie czujesz się jak elita. Wchodzisz do klubu, znasz wszystkich, "cześć", "cześć", wszyscy ci leją od serca, bo na swoich się nie oszczędza. Barmani mówią ci po imieniu. I zamawiając piwo, czujesz się lepsza. To absurdalne. A w innych barach... Zgadnij, ile ja dawałam napiwków?

Obstawiam, że sporo.

100 procent. Zawsze 100 proc. Nawet, jak rachunek wynosił 120 zł, to zostawiałam 250. Tak rozwala się tę kasę. Teraz, jak sobie myślę, ile mogłam mieć pieniędzy odłożonych, to aż nie mogę tego ogarnąć.

*Imię bohaterki zostało zmienione.



Zobacz także
Komentarze (251)
Opowieść kelnerki: Wygazowane piwo? To zlewki albo woda. Normalka [POLSKA OD KUCHNI]
Zaloguj się
  • 1zidane0

    Oceniono 309 razy 291

    To wszystko niestety prawda.
    Pracuję w gastronomi od roku i już dużo rzeczy widziałem.
    Co prawda jestem tylko dostawcą pizzy ale pracowałem zarówno w renomowanej restauracji jak i małych pizzeriach.
    Widziałem jak szefowa myje przeterminowaną szynkę, jak wybiera kurczaka z pizzy bo pizzerman za dużo go dał na pizzę a płaci za to ona!
    Wszystkie potrawy na produktach ARO!A cena?30-40zl!
    Do tego dostawcy, którzy pracują za 6zł/godzinę, posiłków darmowych nie dostają i podjadają wasze zamówienia!

  • jans21

    Oceniono 177 razy 7

    Nocne życie jest fajne, przynajmniej człowiek wie, że żyje - dla mnie najfajniejsze jest jak wracam rano z pracy komunikacją miejską i wszyscy dookoła mnie niedospani - ale oni jadą do pracy, a ja do łóżka i nigdy do pracy nie jadę niewyspany.

    A co jedzenia i picia - to najedz się w domu, ewentualnie kup batona w nocnym, a napoje np. piwo zamawiaj w butelkach - jak barman przy tobie zdejmuje oryginalny kapsel to przynajmniej wiesz co pijesz, wódkę otwierajcie przy stoliku i spoko.

  • boguswi

    Oceniono 87 razy 85

    Tu najfajniejsze jest co innego: personel okradający firmę, właściciele traktujący pracowników jak przysłowiowe psie g..., klienci nabijani w butelkę i oszukiwani, a obok tego totalna degrengolada służb odpowiedzialnych za rynek pracy (PIP-a) czy nadzór sanitarny, osławiony sanepid. I tak rozwija się III RP, jakieś cudaczne monstrum, które odpowiada opisom z dzieł niejakiego Engelsa "Położenie klasy robotniczej w Anglii", ale to był XIX wiek! Co tu się dzieje! Gdzie my jesteśmy?!

  • majmajka

    Oceniono 77 razy 75

    A o sałacie jako ozdoby talerza (to co najczęściej podkładają pod mięcho) przekładanej z talerza na talerz następnego klienta słyszeliscie?
    Dlatego zawsze staram się te sałatę maksymalnie zniszczyć, by już nikt po mnie jej nie dostał. Dla naszego wspólnego dobra przekażcie dalej;).

  • sealion

    Oceniono 97 razy 65

    Tak, tak moi mili w Polsce , katolickim kraju okradną cie wszędzie i ze wszystkiego. Z usmiechem na ustach.

  • forumowiecgwna

    Oceniono 87 razy 61

    Szkoda ze wiekszosc krzykaczy ktorzy dra sie na forach o "likwidacji smieciowek", "biedzie", "sredniej krajowej ktorej nikt nie zarabia", itp itd nie pomysla teraz ze tak wlasnie wyglada spora czesc polskiej rzeczywistosci. Ja wiem ze tak wlasnie jest - umowa smieciowa, a na boku kilka tysiecy leciutko i bez zadnych podatkow.
    To jest kelnerka - ale np. kucharze to jest kolejny punkt, zarabiaja 1,5kpln a dwa razy tyle pod stolem, plus cale wyzywienie za darmo. Murarze na budowie - umowy nie istnieja, kasa idzie do reki, czasem za tydzien pracy przy jakims ogrodzeniu jest na lewo 5-6tys na dwie osoby. Ostatnio mialem kolesia od kotlow gazowych - kociol oczywiscie na fakture (bo bank chce), a do reki 7-8kpln, robota trwa max 3-4dni. O elektryku i facecie od alarmow nawet nie wspominam - oni po prostu nie znaja slowa umowa, a operuja tysiacami, mniejszych jednostek nie znaja ;). A brukarze? tu to ekipy chyba nawet nie znaja slowa faktura.
    A mechanicy samochodowi czy blacharze-lakiernicy ? Praca za jakas tam smieszna umowe, a do reki dwa-trzy razy tyle, plus wszystko co chce im sie zrobic na lewo - mialem w bloku chlopaka to codziennie mial w garazu auto od kogos z okolicy, miesiecznie na lewo na pewno mial ze 3-5tys.

    A potem wchodzi sie na fora i czlowieka szlag trafia jak czyta te zale, narzekania i "wieszczenie" strasznej biedy. tja, bieda, jasne.

  • antekguma1

    Oceniono 50 razy 44

    Dlatego też nigdy nie należy zamawiać w knajpie piwa przy stoliku. W ogóle należny unikać knajpianego żarcia i napitku, już nie dlatego, że jest przesadnie droge, ale dlatego, że jedzenie gówna i przepłacanie za niego to skrajna głupota.

  • tuna75

    Oceniono 51 razy 43

    Pracowałam w gastronomii przez dwa lata. Faktycznie zaczynajac w wieku 18 -19 lat mozna sie takim zyciem zachłysnąć. Niby poczatkowo masz pracowac mało, zmiany 8 godzin, wysoka pensja. Cud miod. W efekcie pracujesz prawie 7 dni w tygodniu po 14-17 h. To praca od ktorej jestes uzalezniona. Masz wolne , dzwonia ,ze jest tzw Tabaka i musisz przyjsc pomoc. Zycie zaczyna krecic sie wokol lokalu,szefostwa, klientow. To prawda,ze kelnerkom dostaje sie najbardziej. To nam klient mowi,ze jest niezadowolony z czegos co ugotowal kucharz, to na nas krzycza,ze nie ma takiego dania, na nas szef krzyczy jesli cos sie stanie lub jest za mały utarg. To nam odejmuja z pensji za zle umyta podloge, wc, wytarty kieliszek. Pensje sa zenujace niskie od 5 do 7 zl. Dostajesz 1 zl podwyzki, czujesz sie doceniona. Czesto w pracy nie mozesz sie napic, luksusem jest mineralna pracownicza firmy Aro ;-) O jedzeniu nie wspomne. Jesz to co zdazysz kupic w zabce przed praca, na normalny obiad nie masz czasu. Podczas zmiany o jedzeniu mozesz pomarzyc. Ja przez pierwszy miesiac pracy schudlam 8 kg. Pracujac po 17 h dziennie nie mialam czasu i sily jesc. Nogi bola po codziennej kilometrowce, z bolu nie mozna zasnac. To wszystko rekompensuja napiwki i mili klienci. Czesto bylo tak,ze dostawalo mi sie za zrobienie zbyt obfitej salatki, ciagle zmniejszano porcje, szefowala kazala mi wciskac stare dania. Norma bylo to,ze jak cos spadnie przy nakladaniu z talerza to to podnosisz. Mowiono nam ,ze jak przyjdzie sanepid mamy mowic,ze jestesmy na dniu probnym i,ze zarabiamy po 170 zl miesiecznie. Prawda jest taka,ze pracownicy gastronomii nie sa doceniani przez swoich pracodawcow. Wciaz istnieje przekonanie " na twoje miejsce mam 100 innych chetnych" i to prawda. Niestety szefostwo czesto zapomina,ze zadowolony pracownik to wydajny pracownik. Ja odeszlam po dwoch latach, bylo mi ciezko bo zzylam sie z tym miejscem, z klientami. Mialam dosc ponizania ze strony szefowej, ciaglego uzaleznienia. Przez prace zaczelam zawalac stiudia. Bo kiedy mialam sie uczyc jak wracalam do domu o 6 rano a na 8 mialam zajecia. Moje zwiazki szybko sie konczyly, nie mialam dla swojego partnera czasu. A kiedy ten czas mialam, wolalam odespac ciezki tydzien. Baa, kiedy moj chlopak mial pretensje,ze nie mam dla niego czasu myslalam sobie,ze jest z kosmosu...
    Teraz, po pol roku od zwolnienia poswiecilam sie swoim studiom, ale tej pracy i kasy strasznie mi brakuje. Zostalam bez oszczednosci z tona niepotrzebnych ciuchow, ktore kupowalam w nagrodze za zarobione pieniadze.
    Nie znam nikogo kto pieniadze zarobione w gastronomii sobie odklada. Zyjesz z dnia na dzien. Nie masz czasu dla bliskich. A i tak najwieksze "kokosy" zbiera Twoje szefostwo :-)

  • lilu7

    Oceniono 45 razy 39

    a mnie zastanawia gdzie są ci wszyscy urzędnicy pilnujący aby prawo pracy było przestrzegane. Urzędników pełno, ale zatrudnianie na czarno kwitnie i to w takich miejscach jak knajpy p w centrum miasta.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje