Dziennikarz Marek Magierowski
wytknął na łamach "Rzeczpospolitej" polskim organizatorom Marszu Oburzonych, że wielu z nich jest związanych ze szkołą społeczną, w której czesne wynosi 800 zł. Adam Leszczyński z "Gazety Wyborczej"
nazwał argument obraźliwym i głupim, a prześmiewcom Marszu zarzucił cynizm i pogardę wobec młodych idealistów.
"To głos prawdy, którego nie należy lekceważyć" Publicyści w Poranku Radia
TOK FM pozostali sceptyczni wobec haseł Marszu Oburzonych. - To przeniesienie wzorca kulturowego z Zachodu do Polski przybiera zabawną postać. Ludzie, którzy protestują we Włoszech, czy w
USA uważają się za szczególnie poszkodowanych przez system. Chociaż w gruncie rzeczy sami się do tego przyczynili. Najbardziej oburzeni to ci, którzy nie są w stanie spłacić kredytów. Nie musieli tych kredytów brać, każdy sam podejmuje decyzję - powiedział Paweł Lisicki.
Słaby głos obrony zabrzmiał ze strony Łukasza Lipińskiego. Dziennikarz „GW” wykazywał pewne zrozumienie dla protestujących nie tylko na Zachodzie, ale i w Polsce. - W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z sytuacjami, które dla spłacaczy kredytów są oburzające, choćby ogromne premie finansowe dla prezesów upadających banków.
Demonstrujący to głos prawdy, którego nie należy lekceważyć - ocenił Lipiński.
"Nie ma na razie pożywki dla polskich Oburzonych" Marek Zając z
TVP wspomniał swój wywiad z Michałem Bonim, podczas którego zadał doradcy premiera pytanie, czy nie boi się on, że pod oknami Kancelarii Premiera zobaczy niedługo polskich oburzonych. Boni miał odpowiedzieć: "Nie, bo w Polsce jest zupełnie inna sytuacja niż na Zachodzie. Oburzeni z ulic Madrytu czy Rzymu widzą, że ich standard życia może być gorszy niż standard życia ich rodziców. W Polsce standard życia będzie się wciąż podnosił. Może stagnacja nastąpi za pokolenia naszych wnuków" - tak swoją rozmowę z Michałem Bonim relacjonował Marek Zając, podkreślając, że nie ma na razie pożywki dla polskich oburzonych.
Dziennikarz wskazał też inny motyw protestów na Zachodzie: rozbudzone aspiracje. - Zachodni bezrobotni nie chcą pracować zbierając oliwki czy naprawiając rury. Hiszpanie, czy Włosi takie prace zostawiali do tej pory imigrantom ze Wschodu, np. Polakom - ciągnął Zając.
- Ale też młodych w Hiszpanii i Włoszech nazywa się pokoleniem 1000 euro. Ta stawka to średnia polska pensja, a trudno wyżyć we Włoszech czy Hiszpanii za średnią polską - przeliczał Łukasz Lipiński.
Polacy wierzą, że się jeszcze odkują. Na Zachodzie nadzieja umarła Według Pawła Lisickiego sytuacja w Polsce różni się od tej na Zachodzie. - Gdyby było tak, że w Polsce liczba niezadowolonych wzrasta, rośnie masowo
bezrobocie, a ludzie mają poczucie, że żyje im się coraz gorzej, to przejawiłoby się w postaci politycznej. Tymczasem na Marszu Oburzonych na Krakowskim Przedmieściu było tylko kilkaset osób - zauważył redaktor "Rzeczpospolitej".
- W Polsce ludzie, którzy mają gorsze zarobki i nie powodzi im się tak dobrze, jak 2-3 lata temu, mają wciąż przekonanie, że można się odbić, że kryzys jest chwilowy. Kłopot Zachodu polega na tym, że ta wiara w lepsze jutro umiera - ocenił Marek Zając.