Zawód: autor przemówień. Charles Crawford, konsultant mów Sikorskiego, zdradza, jak się pisze przemówienie dla polityka

10.01.2015 06:00
Charles Crawford

Charles Crawford (Fot. AP)

- Jest ekspert, który kasuje 100 tys. dol. za wykład o zarządzaniu. Jego zajęcia są absolutnie fenomenalne i unikalne w skali światowej. Tak samo jest z autorami przemówień i ich stawkami - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Charles Crawford, b. dyplomata i ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce. Stało się o nim głośno, gdy rozpętała się dyskusja na temat jego pracy dla Radosława Sikorskiego.
Tygodnik "Wprost" napisał, że były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce Charles Crawford i zarazem znajomy Radosława Sikorskiego konsultował angielskie tłumaczenia przemówień byłego szefa polskiego MSZ. Sprawa wywołała kontrowersje. Zapytaliśmy więc o kulisy pracy samego autora politycznych przemówień.

Według cytowanego przez "Wprost" komunikatu MSZ współpraca odbywała się zgodnie z prawem, a Crawford otrzymywał średnio 19 tys. zł za konsultację jednej mowy ministra. W latach 2010-2014 konsultowano 14 wystąpień Sikorskiego. Ta liczba i te sumy wywołały kontrowersje.

Część komentujących podkreślała, że korzystanie przez polityków z usług autorów przemówień to normalna praktyka, co więcej, warto z usług takich ekspertów korzystać. Inni podnosili, że Crawford był dyplomatą obcego państwa, jego usługi były drogie, i dziwili się, że w MSZ nie znalazł się nikt znający angielski na tyle, by wykonać tę pracę - taniej. Były brytyjski ambasador, który niedawno wydał książkę "Speechwriting for leaders" (ang. "Pisanie przemówień dla przywódców") odpierał głosy krytyki na Twitterze. Postanowiliśmy oddać mu głos i zapytać o kulisy pracy autora politycznych przemówień.

Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: Jednym z argumentów przeciw panu na Twitterze było to, że w polskim MSZ na pewno znalazłby się ktoś, kto - od strony językowej - byłby w stanie wykonać tę pracę, którą zlecono panu.

Charles Crawford*: Załóżmy, że się pan uczy obcego języka, np. arabskiego. Na początku nauki popełnia pan bardzo podstawowe błędy. A potem, im lepszy pan będzie w arabskim, błędy będą popełniane na wyższym poziomie - i będą mieć większe implikacje.

Łatwo wyłożyć się choćby na idiomach i przenośniach. Dobrym przykładem jest polski idiom - "na wyciągnięcie ręki". Jego angielska wersja "at arm's reach" ma zupełnie inny sens. Jeśli powiem po angielsku "I like you but I want to keep you at arm's length", oznacza to ni mniej ni więcej, tylko "lubię cię bardzo, ale trzymaj się ode mnie z daleka" (śmiech). Kiedyś w projekcie pewnego przemówienia zobaczyłem zdanie "chcemy mieć Europę na wyciągnięcie ręki". Ktoś, kto zna angielski znakomicie, ale nie jest to jego język ojczysty, może przetłumaczyć to na "at arm's length". I uzyskujemy sformułowanie, które zmienia kompletnie znaczenie kluczowego zdania!

Twierdzi pan, że sama znajomość obcego języka nie wystarczy, by właściwie oddać niuanse i znaczenia zawarte w tekście oryginalnym. Co więcej, uważa pan, że łatwo wówczas o nieporozumienie.

- To jest absolutnie oczywiste i piszę o tym w swojej nowej książce o wystąpieniach publicznych. Nie wystarczy zatrudniać kogoś z własnego kraju, z perfekcyjną znajomością języka np. angielskiego. Trzeba mieć kogoś, kto nie tylko zna język, ale też rozumie, na czym polega proces tworzenia przemówienia: nie tylko na dobieraniu odpowiednich słów, ale na dostosowaniu przekazu i argumentów do słuchaczy, miejsca czy czasu, na nadaniu tekstowi odpowiedniego rytmu i mocy. To przekracza zakres umiejętności 99 proc. urzędników administracji na świecie. Nie wystarczy być inteligentnym i mieć rację. Trzeba jeszcze być w swoim przekazie przekonującym.

W Polsce piszemy np. o polityce "od kuchni" - czyli przedstawiamy kulisy decyzji, sposób dochodzenia do rozwiązań czy polityczne pakty, które umożliwiły np. przepchnięcie ustawy przez parlament...

- A ma to pozytywny, negatywny czy neutralny wydźwięk?

To zależy od sytuacji.

- (Śmiech) W angielskim mamy takie wyrażenie, że coś jest "cooked up" - czyli lekko cyniczne, lekko negatywne, ale oznaczające coś podobnego - że radzili, myśleli, aż wreszcie "ugotowali" jakieś rozwiązanie. I tu ważna rzecz: idiomy są zaletą, a nie wadą treści przemówienia. Bo chcemy, żeby ta treść była żywa, "mówiona", a nie "pisana", żeby mówca nie brzmiał, jakby czytał wykład z kartki. Ale stosowanie idiomów w języku obcym to trudna sztuka. Obcokrajowcy nie zauważają często, że najlepszy angielski to angielski prosty. W wielu językach natomiast, również w polskim, mówcy lubią używać skomplikowanych konstrukcji, bo to czyni mowę atrakcyjną, a mówca wygląda na 'wyedukowanego'. Tymczasem w angielskim widać, jaką siłę ma prostota. Sądzę, że pomogłem polskiemu MSZ w zrozumieniu tych kwestii, zrozumieniu tego, jak ten biznes tworzenia mów działa.

Porozmawiajmy zatem o kuchni przygotowywania przemówienia polityka.

Jak się przyrządza przemówienie? Po pierwsze musimy wiedzieć, co ten polityk chce powiedzieć. Zadać pytanie: "gdyby miał pan podsumować jednym słowem, o czym ma być ta mowa, to jakie byłoby to słowo". A to nie jest proste. Bo ludzie np. odpowiadają: "a, chcę mówić o stosunkach polsko-żydowskich".

Oj, to pojemny temat...

Ale interesujący. Pytanie brzmi: jakich słów chcemy użyć - w tym momencie, w tej mowie, na tę okazję i jak ta mowa ma się wpisywać w kontekst innych mów, które ten człowiek wygłaszał. Kiedy już się z tym uporamy, czas zacząć pracę nad faktografią, wyszukiwaniem ludzkich historii, anegdot historycznych czy cytatów. I to jest robota dla ekipy - na przykład - z polskiego MSZ. To może być zrobione "w kuchni" - ministerstwa. To, w czym może pomóc ekspert z zagranicy, to przeanalizować ten materiał, i powiedzieć: "o, to jest ciekawe, mogłoby zadziałać, a to za to jest zbyt szczegółowe". Moja rola to zatem pytanie: "chwila, pieczemy tu za dużo ciastek. Co chcemy ludziom podać, żeby wyszli z przyjęcia zadowoleni?" Piknik to nie to samo co bankiet, bankiet to nie to samo co lunch, więc musimy być pewni, że kuchnia ugotuje coś stosownego do okazji.

Czy pan, jako profesjonalny speechwriter, czyli autor przemówień, zna jakiegoś polityka z pierwszej ligi (premierów, szefów MSZ, sekretarzy stanu), który nie korzysta z usług pana bądź pana kolegów po fachu?

Musi pan ostrożnie formułować takie pytanie. Podstawowa rzecz: im ważniejszą się jest figurą, tym bardziej jest się zajętym, tym bardziej nie ma się czasu. Ważny polityk cały dzień spotyka się z innymi ludźmi - wyborcami, politykami, lobbystami, rozmawia z dziennikarzami. I po prostu nie ma czasu na to, by usiąść i napisać samemu ważne przemówienie. Tak przecież jest w życiu - nie mamy czasu na wiele spraw, więc mamy ludzi, którzy nam pomagają.

Dobrym przykładem polityka, który w ważnym dla siebie momencie sam napisał swoją mowę, był Tony Blair. Kilka lat temu, gdy był jeszcze premierem, wygłosił w Chicago bardzo znane przemówienie o odpowiedzialności społeczności międzynarodowej - m.in. mówił o tym, w jakich okolicznościach państwa mogą podjąć interwencję w kraju, którego ludność cywilna jest zagrożona. I wiem na pewno, że większość z tego przemówienia napisał osobiście w samolocie do Chicago.

To wymaga talentu.

Studiowałem z Tonym Blairem na Oksfordzie, obserwowałem to, jak wypowiadał się publicznie. Ten facet umiał pisać i mówić. Ale w przypadku Chicago kluczowe było to, że wiedział dokładnie, co chce wyrazić i miał czas to napisać - podczas ośmiogodzinnego lotu do Chicago (choć nawet wtedy miał obok siebie osoby, które czytały to przemówienie, z którymi omawiał poszczególne sformułowania).

Większość ludzi nie ma tyle czasu. I dlatego korzystają z usług profesjonalnych autorów przemówień. Najlepsi w naszej branży nie ograniczają się wyłącznie do pisania. Pomagają politykom wykrystalizować informacje, które chcą przekazać, przemyśleć szczegóły, kontekst, pomagają odpowiedzieć na pytania: jaką mowę chcę wygłosić, gdzie, kiedy, do jakiej publiczności? Jaki powinien być ton mojej mowy? Jak będzie zorganizowane całe wydarzenie? Jakie wymogi protokołu uwzględnić? Jak znaleźć równowagę między humorem a wrażliwością konkretnego kręgu kulturowego? No i - co ci ludzie chcą usłyszeć, a czego nie chcą?

Konieczne jest, by wokół polityka znajdowali się ludzie, na których może się on w tym względzie oprzeć. Niektórzy mogą być jego podwładnymi, inni mogą być niezależnymi ekspertami. Wiem, że np. i Tony Blair, i David Cameron korzystali z usług zewnętrznych konsultantów - którzy niekoniecznie pisali teksty, ale wnosili świeże spojrzenie. To mądre, by zawsze skonsultować się z kimś "z zewnątrz".

Czyli jeśli Radosław Sikorski wygłasza przemówienie w szacownej brytyjskiej rezydencji Blenheim Palace, do wysublimowanej publiczności, warto, by wcześniej podpytał brytyjskiego dyplomatę, jak tych ludzi uwieść?

Nawet bardziej szczegółowo: Proszę sobie wyobrazić tę salę ludzi w tym pałacu. Jak pan sądzi, jaka będzie jedna, jedyna rzecz, której ci ludzie będą chcieć. Niech pan to nazwie jednym słowem.

Rozrywka?

Dokładnie. Naprawdę chcą żartów. A poczucie humoru to coś, co obcokrajowcy, nawet obyci z brytyjską kulturą jak Sikorski, nie zawsze muszą czuć. Poczucie humoru jest czymś niesamowicie specyficznym dla konkretnej kultury, konkretnego narodu czy nawet konkretnej okazji. Humor musi być chociaż trochę spontaniczny. Im bardziej zaplanujemy żart, tym mniej śmiesznie nam wychodzi. To jedna z najtrudniejszych rzeczy w przemówieniach.

Uważa pan, że to, co mówią politycy, ma bardzo istotny wpływ na stosunki międzynarodowe, rynki finansowe, ceny akcji wielkich korporacji, rynki walutowe...

Dokładnie. Niech pan sobie wyobrazi, że jest pan polskim ministrem spraw zagranicznych, wygłaszającym mowę o Rosji. Niech pan tylko pomyśli, do jak wielu osób tak naprawdę pan mówi. Słuchają pana osoby zgromadzone na spotkaniu, w którym pan uczestniczy, na przykład jakimś seminarium o polityce zagranicznej w Brukseli. Słuchają pana europejscy przywódcy, słuchają pana Rosjanie, rosyjska diaspora w Izraelu...

Słuchają też w Waszyngtonie i Berlinie...

W wielu miejscach na świecie. A także, co jest ważne, słucha pana historia. Za 5 lat ludzie powiedzą: "dlaczego u diabła on to powiedział?" - albo: "wow, on jako pierwszy wówczas rozumiał, co się naprawdę dzieje".

Kluczowe jest, by planujący przemówienie przywódca ocenił osobiste ryzyko, które wiąże się z jego wygłoszeniem. Klasycznym przykładem jest tu właśnie berlińskie przemówienie Radosława Sikorskiego. (Sikorski zaproponował m.in. zmniejszenie i wzmocnienie KE, ogólnoeuropejską listę kandydatów do europarlamentu, połączenie stanowisk szefa KE i prezydenta UE, apelował do Niemiec o obronę strefy euro - M.G.). To, co stanowiło o sile tej mowy, to to, że pan Sikorski kilka razy zaryzykował - i to osobiście (RMF FM informowało, że ani ówczesny premier, ani prezydent nie znali jego tez, PAP pisała, że tekst wysłano do obu polityków "na parę godzin przed wystąpieniem". Tusk jednak - przynajmniej oficjalnie - wsparł Sikorskiego - M.G.).

A z drugiej strony skrytykował pan Gordona Browna, poprzedniego premiera Wielkiej Brytanii, za korzystanie z usług autorów przemówień przed jego mową w Kongresie USA.

Nie zaprzeczam. Będę szczery: nie jestem ekspertem od tego, jak "działa" Waszyngton. Wiadomo, że w waszyngtońskiej polityce wiele znaczy lobbying i to, kto i gdzie ma dojścia. Ale Brown powinien umieć wstać i wygłosić przemówienie w Kongresie bez zatrudniania do tego kogokolwiek - był w stolicy USA dziesiątki razy, wie wszystko o tamtejszej polityce, więc na co poszły te pieniądze? Moim zdaniem to było za wiele.

Wydaje mi się, że w moim przypadku polski MSZ zrobił sumienny rekonesans, jeśli chodzi o stawki dla dobrych autorów przemówień. Praca z wieloma z nich kosztowałaby dużo więcej niż moje usługi.

Załóżmy, że jestem premierem Polski czy Wielkiej Brytanii albo kanclerzem Niemiec. I chcę wynająć autora przemówień, na przykład pana albo kogoś innego, żeby mi taką mowę napisał. Ile mnie to będzie kosztować?

Oczywiście nie podam panu dokładnych kwot. Ale w przypadku dużych graczy mówimy tu o dziesiątkach tysięcy dolarów.

Za jedną mowę.

Tak. Bo to nie jest umiejętność, którą posiada każdy. Jest ekspert, który kasuje 100 tys. dol. za wykład o zarządzaniu. Jego zajęcia są absolutnie fenomenalne i inspirujące. Cristiano Ronaldo dostaje ogromne sumy za jeden mecz, bo jest doskonałym piłkarzem. Tak samo jest z autorami mów politycznych. Niektórzy są świetni - jeśli nie unikalni - w skali światowej, więc mogą sobie pozwolić na wysoką wycenę swoich usług.

Proszę pamiętać, że jeśli zamówi pan u mnie np. 20-minutowe przemówienie, to jego pisanie nie trwa 20 minut. Może trwać nawet kilka dni. Dużo trudniej jest przygotować mocne krótkie przemówienie niż mocną długą mowę! W tej krótkiej każde pojedyncze słowo ma ogromne znaczenie. Przekonałem się o tym bardzo dobitnie, kiedy pracowałem dla lorda Geoffreya Howe'a (członek Izby Lordów, jeden z najbliższych współpracowników Margaret Thatcher - red.).

Czy po odejściu Radosława Sikorskiego z funkcji szefa MSZ otrzymywał pan od polskiego resortu spraw zagranicznych dalsze oferty konsultowania przemówień jego następcy?

Nie, potem nie prosili mnie już o pomoc przy żadnym przemówieniu.

* Charles Crawford jest byłym brytyjskim dyplomatą. Był ambasadorem Wielkiej Brytanii w Bośni i Hercegowinie, w Serbii oraz w latach 2003-2007 w Polsce. Od 2007 r. jest jednym z członków The Ambassador Partnership - grupującej byłych dyplomatów firmy świadczącej usługi z zakresu doradztwa politycznego i dyplomatycznego. Specjalizuje się w pisaniu przemówień dla polityków, obecnie promuje swoją książkę pt. "Speechwriting for Leaders. Speeches That Leave People Wanting More" ("Pisanie przemówień dla liderów. Wystąpienia, które wywołają niedosyt").

Komentarze (267)
Zaloguj się
  • atibalo

    0

    Oszustwo poganiane oszustwem ... przemówienia , magistry , doktoraty ... jeden pic .

  • koperchytla

    Oceniono 1 raz 1

    Jeżeli ten Sikorski nie potrafi nic od siebie powiedzieć, tylko ktoś mu pisze przemówienia, to znaczy, że nie nadaje się na ministra, marszałka i polityka. Ponoć skończył jakieś studia, i to za granicą.

  • doradcaprezesa

    Oceniono 1 raz 1

    o czym jest ten artykuł? O tym że wydano rozrzutnie publicznie pieniądze bo potrafią przetłumaczyć na angielski czy też jest to umiejętna próba odwrócenia uwagi od tematu i skierowania jej na och-ach super pana ambasadora jaki to on wspaniały spiczwrajter! Halo, kogo chcecie omamić? Zmarnowano nasze pieniądze! Halo, jest tam ktoś w tej redakcji kto nie jest zgubiony w tym nurcie?

  • shane00

    Oceniono 1 raz 1

    Gdyby autorką przemówienia była zdolna absolwentka anglistyki z kilkuletnim doświadczeniem w pracy za granicą dostałaby za robotę 500 zł. To jest wszystko układ kolesi, którzy w młodości razem studiowali, razem bankietowali, a potem zostali ważnymi politykami i rozdają kolegom kasę podatników za "arcytrudne" zadanie jakim jest napisanie kilkunastu sensownych zdań.

  • carolina_reaper

    0

    Dosyc tego bullshitu, to co Crawford opowiada to jakies bzdety faceta z wybujalym ego. Kazdy kto jako dziecko wychowal sie w Anglii i chodzil do tamtejszych szkol potrafi poslugiwac sie idiomami na poziomie autochtonow. Sikorski mowi po angielsku ale nie mysli po angielsku i to ze ukonczyl Oxford nie czyni z niego jeszcze dlugo eksperta jezykowego, zreszta nie jezyk studiowal. Jego tlumaczenia sa infantylne jak on sam.

  • mirekk55

    Oceniono 2 razy 2

    Przecież Sikorski też podobno skończył Uczelnie w Anglii i co - takie Debile wychodzą ich szkół co nawet nie potrafią sobie napisać przemówienia - żenada...

  • kor-ka

    Oceniono 1 raz 1

    1) Wręcz przeciwnie, za 5 lat nikogo nie będzie obchodziło, co konkretnie powiedział akurat polski minister spraw zagranicznych,

    2) Poziom angielskiego wystarczający do niepopełniania błędów, znajomości idiomów i znajomości brytyjskiego humoru, każdy absolwent Oxfordu, w tym Sikorski, posiada,

    3) A jeżeli przyjmujemy, że Sikorski sobie z angielskim niewystarczająco radzi, to do poprawienia przemówienia wystarczyło zatrudnić dowolnego brytyjskiego lingwistę, a tak naprawdę to dowolnego Brytyjczyka z wyższym wykształceniem humanistycznym.

    Mnie nie przekonał.
    --
    kor.blox.pl/html

  • wera95

    0

    Ten pana dął jedną trafna radę: używać prostego języka. On jest specjalista od używania złożonego języka w sposób właściwy

  • orsinger

    Oceniono 2 razy 2

    Przedwojenna anegdotka dedykowana malkonentom:

    W pewnej fabryce popsuła się skomplikowana instalacja. Niby wszystko było w porządku, a nie działała. NIkt nie był w stanie jej naprawić, straty rosły, właściciel rwał włosy z głowy. W końcu ktoś przypomniał sobie o starym majstrze-emerycie, przed którym instalacja nie miała tajemnic. Wezwano go do fabryki. Majster popatrzył, posłuchał, walnął młotkiem w rurę i urządzenie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęło nagle pracować.
    - Ile się należy, panie majstrze?
    - Sto złotych (przedwojennych)
    - Tak dużo? Za stuknięcie młotkiem?
    - Tak dużo.
    - No, to panie majstrze, napisz pan rachunek - buchalteria inaczej nie wyda pieniędzy.

    I majster napisał:
    1. Stuknięcie młotkiem - jeden złoty;
    2. Wiedziałem gdzie - dziewięćdziesiąt dziewięć złotych.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje