Adam Konkol. Ma 38 lat i jest najdłużej żyjącym z tą chorobą człowiekiem na świecie

"W zeszłym roku przeszedłem na rentę inwalidzką. Mam pierwszą grupę, dostaję miesięcznie 873 zł. Należało mi się. Przepracowałem 15 lat, płaciłem składki na ZUS, zasłużyłem na tę rentę. Na samochodzie mam naklejkę inwalidy. Kiedy parkuję na kopercie, ludzie na mnie dziwnie patrzą. A ja nie mogę nosić zakupów czy podnieść córki".
Przez chorobę musiał zrezygnować z gry na perkusji, która była spełnieniem jego marzeń. Ale nie porzucił swojej pasji, muzyki. Zamienił perkusję na gitarę, zaczął pisać przeboje dla zespołu Łzy, założył firmę fonograficzną Konkol Music. Nie poddaje się. Właśnie stworzył boysband 4LOVE, który ma być polskim One Direction. Skąd czerpie siłę?

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: Nie wyglądasz na kogoś, kto jest tak ciężko chory.

- Ktoś, kto mnie nie zna, tego nie widzi. A ja z trudem wchodzę na pierwsze piętro. Jakbyśmy razem szli po schodach, zobaczyłabyś, jak mi sinieją ręce i usta. Choroba postępuje bardzo wolno. Mój organizm się przyzwyczaił, chociaż jest coraz gorzej.

Twoja choroba to...

- Jestem najdłużej żyjącym na świecie człowiekiem z tzw. Zespołem Eisenmengera. Mam wrodzoną wadę serca z nadciśnieniem tętniczo-płucnym.

I nie możesz wziąć czteroletniej córki na ręce.

- Nie mogę. O chorobie wiem od zawsze, moi rodzice dowiedzieli się, gdy miałem pół roczku. Z dzieciństwa pamiętam ciągłe tłuczenie się pociągami do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Koszmar. Pamiętam jedną z takich wizyt: u słynnego profesora siedziałem na podłodze i bawiłem się klockami. Miałem z 5 lat. Profesor mnie zbadał i powiedział do mamy: "Powinni państwo pomyśleć o drugim dziecku, bo Adaś długo nie pożyje". Lekarze zaczęli się licytować, ile jeszcze zostało mi życia. Pół roku, rok, dwa. A ja żyję.

Na początku starałem się robić wszystko tak jak inni. Ćwiczyłem na WF-ie, choć miałem zwolnienie. Nie odczuwałem zbytnio, że różnię się od rówieśników. A jak miałem 18 lat, wylądowałem w szpitalu w stanie ciężkim. I pomyślałem: "Kurczę, chyba naprawdę coś jest nie tak". Musiałem zmienić perkusję na gitarę, zrezygnować ze sportu... Teraz problemem są najzwyklejsze czynności: wchodzenie po schodach, koszenie trawnika i zabawa z córką.

Tłumaczyłeś jej, że tata nie ma siły, bo jest chory?

- Tak. Kucałem przy niej i tłumaczyłem. Z czasem się przyzwyczaiła i przestała do mnie podchodzić: o wzięcie na ręce prosi tylko żonę. Ja, gdybym ją niósł, po pięciu krokach nie miałbym siły. Sam przejdę kilometr, ale po prostej drodze. Pod górkę czy z obciążeniem nie dam rady.

Gitara też swoje waży.

- Jakieś 6-8 kilo. I to zaczyna być problem. Kiedyś ruszałem się na scenie, biegałem po niej. Teraz techniczni biją mi brawo, jak kiwnę głową czy zrobię dwa kroki. Choroba postępuje. Bardzo powoli, ale postępuje.

Masz żal?

- Jak na tę chorobę i tak jest bardzo dobrze. Dostałem od życia więcej, niż sobie wymarzyłem. Jakby ktoś mi powiedział kiedyś, że dożyję 38 lat, to bym się w ciemno zgodził na wszystko. Zresztą, z wiekiem coraz bardziej kocham życie. Cieszę się, że mogłem przyjechać na ten wywiad, że tu jestem, że możemy rozmawiać. To jest dla mnie super. Doceniam to, jak czuję się teraz, bo wiem, że może być gorzej.

Było gorzej?

- Kilkanaście razy miałem krwotoki płucne, trafiałem do szpitala z zagrożeniem życia. Po prostu w płucach otwierały mi się rany, nie można było ich niczym zakleić, zatamować upływu krwi. Tylko się modlić, żeby rana sama się zagoiła. W szpitalu zawsze dostawałem oddzielny pokój, żeby inni pacjenci nie widzieli, jak się duszę krwią. Możesz sobie wyobrazić, co to znaczy wypluć litr krwi przez płuca. Człowiek nie nadąża z wypluwaniem, część połyka, dusi się, wymiotuje...

Kiedyś w takiej sytuacji pomyślałem sobie, że mam już dosyć. Powiedziałem, że już nie chcę żyć. A innym razem - na przekór - mówiłem, że proszę więcej, że jestem silny, że potrafię sporo znieść.

Co by ci pomogło? Przeszczep serca?

Przeszczep płucoserca, ale to się robi tylko wtedy, gdy komuś trzeba uratować życie. Ale po nim też nie jest kolorowo, jest duże ryzyko powikłań. W Polsce żyje tylko jedna osoba po takim przeszczepie zrobionym w naszym kraju. Ja, choć to może paradoksalnie zabrzmi, jestem w zbyt dobrej kondycji, żeby mnie poddać takiej operacji.

Na razie więc łykam tabletki - od 20 lat to około 20 sztuk dziennie. Leki odpornościowe i wspomagające pracę płuc i serca. Ale nie narzekam. Nigdy nie narzekam. Wiem, że może być gorzej.

Masz jeszcze siły na życie w trasie?

- Koncertów jest coraz mniej. Kiedyś graliśmy po 100 rocznie, teraz około 30-40.

Jeśli wyjazd wydaje mi się zbyt męczący, wysyłam zastępcę. W ogóle myślę, żeby go coraz częściej wysyłać. Latem jest mi łatwiej, zimą trudniej. Na szczęście mam wyrozumiałych kolegów, którzy przed koncertem podpinają za mnie cały sprzęt. Sam nie byłbym w stanie, ja mam nawet problem z założeniem gitary na scenie.

Myślałeś o tym, co będzie, gdy nie będziesz już mógł koncertować?

- Wszystko, co sobie wypisałem kiedyś na kartce, osiągnąłem. Mieć złotą płytę, zagrać w Spodku, znaleźć prawdziwą miłość. Mam wszystko, o czym marzyłem, także materialnie. Nie potrzebuję samolotu czy domu na Hawajach. Codziennie szukam nowego celu.

I dlatego stworzyłeś polskie One Direction?

- No właśnie. Jakieś pół roku temu odkryłem, że na polskim rynku muzycznym jest luka. Że brakuje chłopięcego zespołu, a młodym ludziom brakuje idoli. Dostaję dużo nagrań demo, zacząłem je na spokojnie przeglądać. Warunkiem było to, żeby wyglądać lepiej ode mnie, co akurat nie jest trudne (śmiech), i umieć śpiewać. Wybrałem trzech 17-latków i 25-latka, który dba o młodszych kolegów. Mają odmienne charaktery, różnie wyglądają...Tak powstał zespół 4LOVE.

Skąd muzyka w twoim życiu?

- 22 lata temu jako 16-latek zobaczyłem teledysk Nirvany. Pomyślałem, że chcę grać na perkusji. Mój kolega z liceum powiedział: "Ja gram na perkusji, przyjdź, to zobaczysz, jak ja gram". To zrobiło na mnie takie wrażenie, że zacząłem wszędzie perkusji szukać.

Chodziłem, pytałem. I okazało się, że w naszym mieście [Pszowie na Śląsku - red.] perkusja stoi w domu parafialnym. Zakradłem się i zajrzałem do środka przez dziurkę od klucza. Stała tam zamknięta na klucz, a ja nie mogłem jej dotknąć. Zastanawiałem się, czy nie wyłamać drzwi. To uczucie było takie straszne, nigdy go nie zapomnę... W końcu wybłagałem u księdza, żeby ktoś nam otworzył.

Chodziłem tam sam i próbowałem grać, choć na początku nie miałem pojęcia, jak. Po kilku latach ja i chłopaki, z którymi grałem, mieliśmy własne klucze i mogliśmy ćwiczyć. Jak w domu parafialnym były nauki, przychodził ksiądz i mówił: "Chłopcy, przerwa". Proboszcz zrobił dla nas dużo dobrego, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

W tej salce powstał zespół, który później nazywał się Łzy. Skład oczywiście się zmieniał. Kiedyś perkusista powiedział, że przyprowadzi swoją sąsiadkę, która śpiewa. To była Ania Wyszkoni.

I to ona śpiewała napisane przez ciebie piosenki, np. "Agnieszka dawno tu nie mieszka", które później stały się przebojami, a ty...

- A ja musiałem przestać grać na perkusji. Przez problemy ze zdrowiem. I całe szczęście, bo na perkusji nie mogłem komponować. Przerzuciłem się na gitarę. Zupełnie nie znałem nut, zresztą do dzisiaj nie znam (śmiech). Dziś na gitarze gram, jak gram, a nadrabiam wrażliwością i doświadczeniem. Perkusja była jedynym instrumentem, do którego miałem talent.

Nie zrezygnowałeś z muzyki. Podobno jeździłeś po całej Polsce maluchem i rozwoziłeś płyty...

- Jak Łzy nagrały swoją pierwszą płytę, chciałem, żeby kupiło ją jak najwięcej ludzi. Cała Polska. Od ówczesnych szefów dyskoteki, w której byłem didżejem, pożyczyłem 1,5 tys. złotych, kupiłem pomarańczowego malucha i rozwoziłem kartony płyt po hurtowniach muzycznych. Sam je wnosiłem, choć nie było to łatwe. Ale miałem cel.

Hurtownie płytę brały. Sprzedało się jej 30 tys. i wtedy odezwały się do mnie firmy, które wcześniej w ogóle nie były zainteresowane. Wtedy uświadomiłem sobie, że jak sam nie zadbasz o swój tyłek, to nikt ci nie pomoże. I tej zasady trzymam się do dziś.

Skąd bierzesz siłę?

- Myślę, że ludzie najbardziej chorzy przestają się nad sobą użalać. Są silniejsi niż ci zdrowi. Oczywiście łatwiej im, gdy mają wsparcie bliskiej osoby. Przyjaciela, rodzica, partnera. Wtedy smutki się dzieli na pół, a radości mnoży.

Jako 18-latek pracowałem w szatni w dyskotece, wieszałem kurtki. A jednocześnie czytałem książki z psychologii motywacyjnej, dziesiątki książek. Ciągle myślałem, jak pójść do przodu. To mnie strasznie nakręciło. Poza tym w tej szatni poznawałem różne typy osobowości, różnych ludzi, nauczyłem się z każdym rozmawiać, co do dziś przydaje mi się w życiu. Z bardzo nieśmiałego chłopaka zmieniłem się najpierw w didżeja, a potem w pomysłodawcę pierwszej na Śląsku rockoteki.

Na początku ledwo zarabiałem na bilety PKS, później dostawałem już 600 zł za imprezę. Jak Łzy stały się bardzo popularne, rzuciłem to, bo nie byłem już w stanie wszystkiego pogodzić. Dziś nie żałuję żadnej z decyzji, a z szefami dyskoteki, w której pracowałem, przyjaźnię się do dzisiaj. Rok temu wytatuowałem sobie na ręce cechy, które sprawiły, że jestem dzisiaj w tym miejscu: wrażliwość, intuicja, wiara, uczciwość, pomysł , miłość, charyzma, wyobraźnia, determinacja. Ale innym zawsze życzę przede wszystkim zdrowia.

Więcej o:
Komentarze (126)
Adam Konkol. Ma 38 lat i jest najdłużej żyjącym z tą chorobą człowiekiem na świecie
Zaloguj się
  • Jeremi Wodzicki

    0

    mam tam jakąś arytmie i juz 5.8 - ale babcia dozyła 108 - tak trzymać ! panowie - dorównac pani!

  • Jeremi Wodzicki

    0

    mam tylko arytmie ale i 5,8 a babcia żyła 108 - tak więc panowie brac przykład - i do przodu ! cysorz to miał klawe życie..

  • matka.siedzi.z.tylu

    Oceniono 1 raz 1

    Trzymaj się Adam! Twoje podejście do życia powinno być wzorem dla tych, którzy nie potrafią tego docenić…Jestem pełen szacunku dla Ciebie.

  • Marta Szmigiel

    0

    Gratulacje za tak wiele energii i życiowego optymizmu!!! Udowodniłeś, że człowiek może być silniejszy od choroby!!! Radości życia i powodzenia!!!

  • Marta Szmigiel

    0

    Gratulacje za tak wiele optymizmu i życiowej energii !!! Udowodniłeś, że można wiele!!!

  • wojtusia

    Oceniono 3 razy 3

    zdrowia życzę, ale muzykę gracie koszmarną

  • marsowa1981

    Oceniono 1 raz 1

    No i bardzo dobrze, że sie facet nie poddaje i chce żyć normalnie, ma swoje pasje itd. Życzę zdrowia i dużo sił!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX