Alkoholik 14 lat później. Sławek, aktor: "Coraz częściej grałem pijany"

Sławek: ?Coraz częściej grałem pijany. Z widowni tego nie było widać, bo mobilizowałem w sobie wszystkie siły, ale gdy schodziłem ze sceny, jedyne, co mogłem robić, to pić dalej?.
W ramach cyklu Alkopolacy prezentujemy fragmenty książki Wojciecha Maziarskiego "Jak feniks z butelki". To rozmowy z alkoholikami prowadzone 14 lat temu i współcześnie. Jak w ciągu tych kilkunastu lat potoczyły się losy bohaterów książki dziennikarza? Co się w ich życiu zmieniło? Czy udało im się nie powrócić do picia? W pierwszej odsłonie opublikowaliśmy historię Elżbiety [PRZECZYTAJ >>>]. Dziś - fragmenty opowieści aktora Sławka.

Wojciech Maziarski: Kiedy i jak zaczął się dla ciebie alkohol?

Sławek: - Moja inicjacja dokonała się, gdy byłem siedmio-, może ośmioletnim dzieckiem. Choć moi rodzice nie są uzależnieni, w domu alkohol często pojawiał się na stole. Podpijałem go z kieliszków dorosłych. Także palić zacząłem bardzo wcześnie - w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat. Moi rodzice palili, można więc powiedzieć, że obydwa wzorce dostałem w domu.

Samodzielnie pierwszą alpagę wypiłem, gdy miałem ok. trzynastu lat. Poszedłem na wagary ze starszym kolegą, kompletnie się upiłem i zaległem gdzieś na trawie.

Dobrze to pamiętasz?

- No pewnie. Porzygałem się, kolega mnie tam zostawił, więc kiedy się obudziłem, byłem na tej trawie zupełnie sam.

Miło to wspominasz? Czułeś się po alkoholu fajnie?

- Nie, bo ja się po prostu strułem tą alpagą. Ciężko to odchorowałem.

To po co później piłeś, skoro alkohol nie dostarczał ci pozytywnych przeżyć?

- Teraz mówię tylko o tym wypadku z alpagą na wagarach. Bo poza tym alkohol chyba mi smakował. Do dziś pamiętam smak różnych trunków, które podpijałem z kieliszków w domu. Np. ajerkoniak czy nalewki - były słodkie, a jednocześnie piekły w gardle. Bardzo mi się to podobało.

Sam zresztą nie wiem, dlaczego zacząłem pić. Może to było tak jak z papierosami: w głowie mi się po nich kręciło, wymiotowałem, a mimo to wciąż próbowałem od nowa.

Może po prostu świat wokół mnie był taki, że picie było czymś normalnym. Pewnie chciałem spróbować tego, co robią dorośli. Pamiętam jednak, że widok wstawionych rodziców - choć rzadki - wywoływał mój sprzeciw: dostawałem histerii, tupałem, krzyczałem itp.

Kim są twoi rodzice?

- Kiedyś to nazywało się "pracownik umysłowy". Oboje mają średnie wykształcenie. Żeby starczyło pieniędzy na dom, pracowali w warszawskich biurach na półtora etatu. Już od wczesnych lat nosiłem klucz na szyi, bo gdy kończyłem lekcje, ich jeszcze nie było w domu. Do momentu, gdy skończyłem 18 lat, mieszkał też z nami dziadek, z zawodu szewc. Wszyscy żyliśmy w jednym pokoju z kuchnią. Gdy dziś po latach to wspominam, widzę wyraźnie, że stała obecność dziadka była udręką dla nas wszystkich... Zresztą nieważne, nie o tym chciałem mówić.

Jak ci szło w szkole?

- Mówiło się o mnie: "Zdolny, tylko strasznie leniwy". Bo początkowo nie byłem złym uczniem i nie było ze mną większych problemów. Opiekowałem się nawet takim dużo słabszym w nauce chorym chłopcem, Piotrkiem. Coraz częściej chodziłem jednak na wagary, w czasie których piliśmy z kolegami piwo i alpagi. W siódmej klasie karnie przeniesiono mnie do innej klasy.

W naszej szkole byli hippisi i gitowcy, którzy się nawzajem nie cierpieli. Chciałem być z hippisami, a jednocześnie bałem się nie być z gitowcami, żeby mnie nie pobili. W końcu już sam nie wiedziałem, gdzie właściwie jest moje miejsce: kręciłem się i koło hippisów, i koło gitowców, a jeszcze na dokładkę był ten Piotruś, którego broniłem i próbowałem mu pomagać.

Na szczęście bardzo dobrze grałem w piłkę i to dawało mi w szkole... jak to nazwać? Uznanie? Respekt ze strony kolegów? Poczucie bezpieczeństwa?

W tym, jakich wyborów dokonywałeś, strach odgrywał ważną rolę?

- Tak. Bardzo wcześnie nauczyłem się bać. Rodzice mi to wpoili. Nie winię ich za to, po prostu stwierdzam fakt. Oni wszystkiego się bali. Mój ojciec przeszedł przez trzy obozy koncentracyjne. Wystarczyło, że w domu rozbiła się szklanka, a już cały dygotał. Te emocje mi się udzielały.

Ze strachu rodzice ukrywali przede mną wiele rzeczy. Dopiero w wieku 18 lat, grzebiąc w dokumentach, dowiedziałem się, że mój ojciec jest Żydem. Nie wiedziałem też o tym, że miał już bilet do Izraela i w ostatniej chwili zrezygnował z emigracji, bo ożenił się z matką. Z powodu pochodzenia kilkakrotnie chcieli go wyrzucić z pracy. I ja o tym wszystkim nie miałem pojęcia, bo zatajono to przede mną. Wyobrażasz to sobie?

A miałeś poczucie, że rodzice cię kochają?

- Tak. Wiedziałem, że jestem kochanym dzieckiem. Ale atmosfera w domu przez cały czas była przepojona nerwowością. Często ktoś na kogoś krzyczał. Nie tylko na mnie - rodzice między sobą też się kłócili.

Gdy z dzisiejszej perspektywy patrzę wstecz, stwierdzam, że od najwcześniejszego dzieciństwa przez całe życie czegoś się bałem. Pamiętam, że gdy w trzeciej czy czwartej klasie wracałem ze szkoły z tym kluczem na szyi, wchodziłem do mieszkania, zamykałem drzwi i zwidywało mi się, że ktoś z drugiej strony naciska na klamkę, żeby za mną wejść. Chwytałem więc za klamkę, żeby ją przytrzymać, barykadowałem wejście. A tam nikogo nie było.

Jak można w szkole podstawowej pić i palić tak, żeby rodzice się nie zorientowali?

- Rodzice sami palili, więc zapach papierosów trudno im było wyczuć. A z alkoholem robiliśmy tak: rano szliśmy na wagary, kupowaliśmy po butelce piwa i wypijaliśmy je. A po południu wracałem do domu. Rodzice pracowali na półtora etatu, więc przychodzili późno. Do tej pory zapach alkoholu dawno już wywietrzał.

Co robiłeś po szkole podstawowej?

- Skończyłem ją na samych trójach. W tamtych czasach nie było egzaminów wstępnych do szkół średnich, lecz konkurs świadectw. Z tak marną cenzurką mogłem pójść tylko do zawodówki. I poszedłem. Miałem tam same piątki, ale wytrzymałem tylko trzy miesiące.

Zapomniałem wcześniej powiedzieć, że byłem też bardzo ambitny. To znaczy, miewałem zrywy. Pod wpływem jednego z takich zrywów, będąc w pierwszej klasie zawodówki, postanowiłem pokazać światu, że jeszcze będą ze mnie ludzie. W tajemnicy przed wszystkimi obszedłem kilka techników, pytając, czy by mnie nie przyjęli. W końcu trafiłem na dyrektorkę technikum elektronicznego, która się zgodziła pod warunkiem, że zaliczę chemię. Zapytała mnie, czy rodzice wiedzą o moim zamiarze. Odparłem, że nie, więc kazała mi ich poinformować. Powiedziałem w domu o tym, że przenoszę się do technikum i że będę miał maturę. Oczywiście rodzice byli w siódmym niebie, stałem się ich chlubą. Zaimponowało im, że sam to załatwiłem, nic nikomu nie mówiąc.

Teraz, gdy patrzę wstecz, widzę, że zawsze miałem jakąś taką chorobliwie rozrośniętą ambicję, ale za każdym razem były to tylko zrywy. Brakowało mi wytrwałości. Jedyną moją trwałą pasją w życiu był i jest teatr. Zaczęło się to właśnie w szkole średniej i do dziś miłość do teatru jest dla mnie czymś w rodzaju narkotyku.

W technikum elektronicznym?

- A tak. Przedmiotów technicznych bałem się jak cholera, bo nie miałem do nich smykałki. W ogóle nie przepadałem za nauką w szkole. Ale lubiłem coś robić poza lekcjami, więc zapisałem się do kółka recytatorskiego, które mnie wciągnęło. Zacząłem chodzić do teatru i postanowiłem, że zostanę aktorem. Wszyscy w technikum się z tego śmiali, nawet nauczyciel drwił ze mnie, co potwornie przeżywałem.

A w szkole szybko zacząłem mieć kłopoty. Miałem dwóje z matematyki i chemii i musiałem powtarzać klasę. Nawet moja wychowawczyni się rozpłakała, gdy w czasie rady pedagogicznej zapadła decyzja, żeby mnie zostawić. Bo - nie wiem dlaczego - wszyscy mnie tam lubili. W podstawówce zresztą też tak było: do szóstej klasy miałem same piątki, a potem zaczął się zjazd w dół. Kiedy po ósmej klasie odchodziłem z trójami na świadectwie, dyrektor miał łzy w oczach, a wszyscy mówili, że jestem taki fajny, miły i zdolny, tylko leniwy i nie umiem sobie wybrać towarzystwa.

W technikum ten schemat się powtórzył, z tą różnicą, że tu już dużo więcej i częściej piłem. Często wychodziłem w czasie przerwy ze szkoły i szedłem z kumplami do pobliskiej knajpy na piwo. (...).

I tak dojechałeś do matury?

- Tak. Jakoś tam ją zdałem z poprawką z angielskiego i poszedłem do szkoły teatralnej, do której się nie dostałem, więc wręczono mi bilet do wojska, bo służba była wtedy obowiązkowa. Ale rodzice dzięki znajomościom wybronili mnie.

Postanowiłem, że za rok jeszcze raz spróbuję się dostać do szkoły. Żeby przeczekać ten rok, zahaczyłem się w jednym z teatrów. Miałem tam status "adepta sztuki aktorskiej", tzn. takiego aktorskiego czeladnika. Dostawałem normalną pensję. Tam zagrałem swoją pierwszą zawodową rolę.

I tam już regularnie piłem: po premierach, w trakcie pracy, po pracy, na wyjazdach.

Sam?

- Nie, sam wyskakiwałem tylko na jakieś piwko. Wódkę jednak piłem ze starszymi kolegami (byłem tam najmłodszy). Charakterystyczne, że już się nie upijałem. Podniosła się moja tolerancja na alkohol. Piłem tyle samo, co oni, albo nawet więcej, ale oni byli pijani, a ja nie. (...).

Pamiętam jednak, że była tam pewna starsza ode mnie aktorka, która była uzależniona. Już nie żyje - niedawno popełniła samobójstwo. Już wtedy nie przychodziła na próby albo przychodziła pijana. Bywało, że pojawiała się w teatrze pijana przed spektaklem i trzeba było odwoływać przedstawienie. Zwróciłem na nią uwagę. Podświadomie byłem wyczulony na alkoholików. Zauważałem ich.

Po roku drugi raz próbowałem się dostać do szkoły aktorskiej i drugi raz mi się nie udało. Ponieważ w międzyczasie teatr, w którym pracowałem, rozpadł się, poszedłem do pracy jako rekwizytor w jednym z dobrych warszawskich teatrów. Właśnie tam zacząłem pić wódkę szklankami. Z zespołem technicznych.

Wszyscy w tym teatrze wiedzieli, że będę zdawał do szkoły aktorskiej, więc jako statyście pozwalano mi wychodzić na scenę, dawano mi nawet mówione epizody. I właśnie tego samego dnia, gdy wieczorem miałem wyjść na scenę w takim epizodzie, dostałem pierwszą wypłatę. Poszedłem sam do knajpy, żeby się napić. Upiłem się tak, że nie byłem w stanie zagrać. Gdy wróciłem kompletnie zamroczony, elektrycy mnie ukryli. Inspicjent latał po teatrze i szukał mnie, bo wiedział, że gdzieś tam jestem.

No i co?

- Obudziłem się w środku nocy i poszedłem do domu. Na drugi dzień przyszedłem normalnie do pracy i chowałem się po kątach. Ale nikt z dyrekcji nie powiedział mi złego słowa.

W tym teatrze spędziłeś rok.

- Za trzecim razem udało mi się wreszcie dostać do szkoły aktorskiej, którą ukończyłem. Było to poza Warszawą, mieszkałem w akademiku. Wszyscy mnie chwalili, jaki to jestem pracowity. Istotnie, codziennie harowałem, uczyłem się, ćwiczyłem. A nocami piłem. Prawie codziennie przez cztery lata.

Jak to wytrzymałeś?

Sam się dziwię. Młody byłem, miałem silny organizm, ale żeby wytrzymać aż tyle... To już było picie na poważnie. Tolerancja organizmu na alkohol jeszcze bardziej mi się zwiększyła, więc mogłem wypić jakieś monstrualne ilości. Piłem sam i w towarzystwie.

Bywało, że film mi się urywał, a potem budziłem się nie wiadomo gdzie, w jakimś lesie. Błąkałem się po mieście nocą taksówkami, zgubiłem psa, którego kiedyś przygarnąłem (na szczęście potem go znalazłem). Cud, że w ogóle skończyłem tę szkołę i że nie spotkało mnie żadne nieszczęście, jak mojego kolegę od kieliszka, który wylądował kiedyś w szpitalu, bo po pijaku przewrócił się i uderzył głową w kaloryfer.

Z czego wtedy żyłeś? Miałeś stypendium?

- Dostawałem stypendium i rodzice mi pomagali. Ale wszystko szło na alkohol. Tydzień po pierwszym już byłem bez grosza i żywiłem się chlebem ze smalcem.

A gdy odwiedzałeś rodziców w domu, to jak żyłeś?

- Rodzice nic nie wiedzieli, więc najspokojniej w świecie pili ze mną alkohol. Byli święcie przekonani, że z ich synem wszystko jest w porządku, bo przecież otrzymywali same dobre sygnały: dobrze się uczy, chwalą go za pracowitość, nawet przygarnął pieska. Przyjeżdżałem więc do domu, siadaliśmy wspólnie do kolacji, na stole lądowała półlitrówka, z której większość wypijałem ja.

I nikt z twojego otoczenia nie zauważył w tamtym okresie, że coś z tobą jest nie tak?

- Moja ówczesna dziewczyna. Zerwała ze mną właśnie dlatego, że zauważyła, jak piję. Gdy byłem pijany, po prostu się mnie bała. Nie tego, że coś jej zrobię, ale idąc ulicą, potrafiłem np. ni stąd, ni zowąd z całej siły walnąć pięścią w latarnię. Oczywiście były też inne przyczyny naszego rozstania, ale w gruncie rzeczy miały one drugorzędne znaczenie.

I co sobie wtedy pomyślałeś? Jaki wpływ wywarło na ciebie to rozstanie?

- Kompletnie żadnego. Spłynęło po mnie jak woda po kaczce, bo absolutnie nie czułem się winny i uważałem, że wszystko ze mną jest w porządku. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że ginę. A to, że jestem uzależniony, nawet mi przez myśl nie przemknęło. Taki był stan mojej świadomości przez cały okres studiów.

A ile miałeś wtedy lat?

- No, już dwadzieścia kilka. Gdy kończyłem studia, byłem jednym ze starszych na swoim roku - miałem dokładnie dwadzieścia sześć lat.

Poszedłem do pracy w teatrze w jednym z dawnych miast wojewódzkich. Spodobałem się tamtejszemu dyrektorowi, który wypatrzył mnie jeszcze w czasie, gdy studiowałem. Wydzwaniał do mnie, zapraszał, namawiał, kusił. No i skusił, poszedłem do niego. Miałem status młodego, zdolnego i bardzo obiecującego. W dzień pracowałem, a nocami uczyłem się roli i piłem. I nie nawalałem, z rzadka byłem na kacu. Przynajmniej na początku.

Po roku pobytu w tym mieście ożeniłem się. Dziewczyna zaszła w ciążę, a ja sobie pomyślałem, że skoro mam już dwadzieścia siedem lat, to najwyższa pora stać się dojrzałym. Więc wzięliśmy ślub.

Twojej żonie nie przeszkadzało picie?

- Jeszcze przed ślubem wytłumaczyłem jej, że jestem artystą, a artyści muszą pić. Ona przytaknęła, że rozumie i akceptuje. Oboje byliśmy niedojrzali. Chyba jej imponowało, że jej mąż robi za młodą gwiazdę w tutejszym teatrze.

Ale chyba musiała ci coś sygnalizować, skoro czułeś się w obowiązku tłumaczyć przed nią?

- Nie, to ja sam już czułem, że bardzo dużo piję. Rodzice też mi zaczęli dawać takie sygnały, gdy mnie odwiedzali. Mówili mi: "Synu, z tobą coś się dzieje, za dużo tego alkoholu". Pamiętam taki moment, kiedy mama przyjechała z Warszawy i zobaczyła, jak mi się ręce trzęsą i w ogóle całego mnie telepie. "Synu, co ty z siebie robisz?" - zapytała, a ja jej odparłem, że nie wiem, o co jej chodzi, przecież wszystko świetnie mi się układa. (...).

Coraz częściej grałem pijany. Z widowni tego nie było widać, bo mobilizowałem w sobie wszystkie siły, ale gdy schodziłem ze sceny, jedyne, co mogłem robić, to pić dalej. (...).

Rodzinie nie chciałeś się pokazać, ale przecież koledzy w teatrze musieli cię widzieć w takim stanie.

- Wszystkiego próbowałem, żeby to zatuszować: kropli do oczu, listków bobkowych, różnych specyfików. Dyrektor zaś milczał, jakby wszystko było w porządku, mimo że generalnie był surowy. Gdy było trzeba, wzywał aktorów na dywanik, ganił ich, karał. Myślę, że musiał zdawać sobie sprawę z mojego stanu, tylko też nie chciał się do tego przyznać. Przynajmniej dopóki nie nawalałem w pracy. (...).

W tamtym teatrze był pewien aktor, dziś nie żyje, chyba się zapił. Wtedy już był w takim stanie, że bez przerwy od niego cuchnęło, i to nie jakimiś normalnymi trunkami, lecz niespożywczymi alkoholami. Chwilami myślałem, że nie będę w stanie grać z nim dalej, bo na scenie robiło mi się niedobrze.

Pamiętam, jak kiedyś wracaliśmy razem po przedstawieniu, a on pił piwo. Ukrywał to, bez przerwy gdzieś wyskakiwał na bok, że niby coś musi załatwić, a ja i tak dobrze wiedziałem, że idzie kupić i szybko wypić kolejną butelkę. Jak ja nim wtedy pogardzałem! Myślałem, że ja sam nigdy się tak nie stoczę. A tymczasem minęło zaledwie kilka lat i byłem już w tym samym miejscu. Gdy dowiedziałem się, że umarł, serce waliło mi jak młotem. Ja sam już wtedy nie piłem.

A jak ci się w tamtym czasie układała sytuacja rodzinna?

- Fatalnie. Z żoną bez przerwy się kłóciliśmy, o wszystko miałem do niej pretensje: że nie tak prowadzi dom, że jest nie dość czuła, że to, że tamto.

A ona miała pretensje, że pijesz?

- Musiała mieć, ale - o dziwo - nie artykułowała tego. Tak, jakby nie to było między nami głównym problemem. (...).

Pewnego razu, gdzieś pod koniec lat 80., pojechaliśmy z dwoma przedstawieniami do Warszawy. Wtedy podjąłem decyzję, że zmienię pracę i wrócę do stolicy. Przyjęto mnie do jednego z tutejszych teatrów. Mieszkanie zostawiłem żonie, a sam wróciłem do rodziców po dziesięciu latach nieobecności. Mój pokój wciąż jeszcze na mnie czekał. (...).

No i co było dalej? Przyszedłeś tu i...

- I piłem. Dostawałem role i podobno nawet nieźle grałem, ale nie bardzo to pamiętam. Po kilka dni nie wracałem do domu, piłem z technicznymi, nocowałem w teatrze, budziłem się tam i szedłem grać. To już była męka.

A w dodatku miałem bardzo złe relacje z żoną, utrudniała mi kontakty z dzieckiem. Więc wreszcie miałem uzasadnienie dla picia. Teraz już wiedziałem, dlaczego piję. Zwłaszcza, że miałem takich kumpli, którym w czasie popijaw żaliłem się na żonę, a oni mnie utwierdzali: "Ty to rzeczywiście masz przechlapane. W twojej sytuacji też byśmy chlali".

A rodzice? Jak szybko się zorientowali, co się z tobą dzieje?

Bardzo szybko. Właściwie to wiedzieli już wcześniej, a tu tylko na własne oczy zobaczyli, jak to wygląda na co dzień. Przecież nie mogłem ukryć tego, że budzę się gdzieś, powiedzmy, o trzeciej w nocy i lecę po alkohol, że siedzę i piję z jakimiś lumpami z bazaru czy kanalarzami. Wtedy było mi już wszystko jedno, z kim piję. Nocowałem w teatrze, na klatkach schodowych i w windach, uciekałem od rodziców, którzy płakali, widząc, co się ze mną dzieje. Ja byłem zapuchnięty od alkoholu, a matka od płaczu.

Ojciec wydzwaniał do teatru, żeby się dowiedzieć, co się ze mną dzieje, a ja mu mówiłem, że do późna pracowałem i spałem w teatrze, ale dziś na pewno już wrócę do domu. I oczywiście nie wracałem, bo piłem dalej. (...).

To już było kompletne dno. Piłem niespożywcze alkohole, w knajpach żebrałem o darmowe kolejki, podkradałem pieniądze rodzicom. Po prostu ginąłem - psychicznie i fizycznie. Miałem rozwalone wszystkie wnętrzności, nie wiedziałem już nawet, od czego wymiotuję. Nie umiałem rano wstać bez alkoholu. Kiedy raz przyjechała do mnie prywatna pomoc na odtrucie, zaraz po ich wyjściu wyciągnąłem spod wanny denaturat i go wypiłem.

I wciąż jeszcze pracowałeś?

- Próbowałem. Resztkami sił. Dyrektor postawił mi warunek, że jeśli czegoś z sobą nie zrobię, to wylecę. Zaszyłem się.

Już wiedziałeś, że sam, bez straszaka, sobie nie poradzisz?

- Nic nie wiedziałem. W ogóle miałem zerową wiedzę o chorobie alkoholowej. Wiedziałem tylko tyle, że jak ktoś pije, to się mu wszywa esperal. Więc pod presją szefa kazałem go sobie wszyć - i tyle. A potem go zapiłem. Później jeszcze raz esperal - i znowu zapicie.

I do samego końca próbowałem jeszcze pracować, aż wreszcie któregoś dnia 1991 r. matka zadzwoniła do dyrektora teatru z informacją, że nie przyjdę na próbę, bo po prostu nie jestem w stanie. Trafiłem na odtrucie do szpitala psychiatrycznego, na oddział depresyjny. Błagałem rodzinę i znajomego lekarza, żeby mnie tam zamknęli, bo myślałem, że się zabiję. Miałem żal do całego świata - do byłej żony, że mi zmarnowała życie, do teatru, że nie robię kariery, do rodziców, że coś tam.

W żaden sposób nie mogłem przestać pić: jeszcze idąc do szpitala, zdążyłem rano wypić setkę wódki. Powiedziałem: "Dajcie mi kielicha, bo inaczej nie dam rady pójść". Do dzisiejszego dnia to była ostatnia wódka, jaką wypiłem. Było to 23 września 1991 r. - miałem wówczas 33 lata - od 24 września 1991 r. jestem suchy.

Więc dojrzałeś do leczenia?

- A gdzie tam! Chodziło mi tylko o to, żeby mnie zamknęli, bo bałem się, że sobie coś zrobię. A poza tym miałem tyle długów, że nie wiedziałem, jak się z nich wygrzebać. Koledzy żyrowali mi pożyczki bankowe, a ja ich nie spłacałem, więc oni musieli spłacać je za mnie. Na dzisiejsze pieniądze byłoby to jakieś kilkadziesiąt tysięcy złotych albo nawet więcej. Wierzyciele zaczęli mnie ścigać. Uznałem więc, że szpital psychiatryczny jest niezłym azylem. Błagałem ordynatora, by po odtruciu nie wypisywał mnie, tylko przeniósł na oddział odwykowy. Bałem się stamtąd wyjść. Że znowu zacznę pić, że znowu koledzy będą mnie ścigać za długi, że znowu życie mnie osaczy.

A tu byłem spokojniejszy, nie czułem się tak zagrożony, zwłaszcza że dostawałem środki, które mnie wyciszały. Pamiętam, jak raz przyszli do mnie koledzy, żeby zapytać, kiedy im oddam pieniądze, więc udawałem, że po tych lekach jestem kompletnie niekontaktowy, żeby tylko mnie zostawili w spokoju.

Była tam pani psycholog, która mi bardzo pomogła. Zobaczyłem, że ma do mnie bardzo ciepły stosunek. Wiedziała, dlaczego się tam znalazłem, wiedziała, że piję - a mimo to nie odrzuciła mnie. Byłem tym zdumiony. Mówiłem jej, że chciałbym pójść na odwyk, a ona na to, że jej zdaniem poradzę sobie i trzyma za mnie kciuki.

Ordynator oddziału depresyjnego też mi powiedział, że miał już wielu pacjentów, ale nie widział jeszcze tak zdeterminowanego. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziałem wtedy, co ma na myśli. Czy to, że tak bardzo boję się wyjść, czy tego, że tak desperacko walczę o życie, błagając go, by mnie skierował na odwyk.

W każdym razie te dwie osoby były dla mnie bardzo ważne. Dzięki nim poszedłem na odwyk. (...).

O samym leczeniu proponuję nie rozmawiać. Pogadajmy raczej o tym, co działo się z tobą potem.

- Ale tam wydarzyła się jedna rzecz, która była dla mnie niesłychanie ważna. Moja terapia trwała sześć tygodni i gdzieś około czwartego tygodnia nastąpił we mnie przełom. Nagle przestałem się buntować, przestałem krytykować terapeutów. Zrozumiałem, że przez ostatnie cztery tygodnie w gruncie rzeczy byłem bliski napicia się. Dotarło do mnie, że wszystko tu - i terapeuci, i program, i zajęcia - jest po to, żeby mi pomóc i że powinienem to z wdzięcznością zaakceptować. Gdy sobie to uświadomiłem, byłem jak porażony. W jednej chwili zobaczyłem siebie samego w innym świetle. Gdyby nie ten przełom, nie wiem, czy moje leczenie byłoby skuteczne.

Co działo się z tobą potem, gdy już wróciłeś do normalnego świata?

(...). Gdy wychodziłem z odwyku, akurat zbliżały się święta Bożego Narodzenia, w czasie których u mnie w domu zawsze był na stole alkohol. A zaraz potem Nowy Rok. Potwornie bałem się tych świąt. I miałem rację, bo nie radziłem sobie nawet z drobiazgami. Okazało się np., że w ogóle nie umiem składać życzeń, nawet takich rutynowych, w rodzaju: "Wszystkiego najlepszego, życzę wiele szczęścia". Nigdy tego nie umiałem, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy. Po prostu alkohol pomagał mi zagłuszyć poczucie lęku czy skrępowania. Nie umiałem z rodzicami spędzać czasu, siedzieć z nimi, wszystko mi wtedy przeszkadzało.

Okazało się, że muszę od podstaw zdobywać elementarne umiejętności, jakie są niezbędne w codziennym funkcjonowaniu. Dawniej z takich rodzinnych uroczystości po prostu uciekałem do bazarowych meneli i piłem z nimi. Teraz musiałem przez to przebrnąć na trzeźwo. Od ucieczki powstrzymywał mnie strach, że znowu mogę wrócić do stanu agonii i degrengolady. Sylwestra spędziłem na oddziale odwykowym, bo nigdzie indziej nie odważyłem się pójść.

W dodatku zaraz od Nowego Roku rzuciłem palenie, choć terapeuci ostrzegali mnie, bym w czasie pierwszego roku nie dokonywał w swoim życiu żadnych raptownych zmian. Postąpiłem wbrew tym zaleceniom. To, że w tym okresie nie zapiłem, to po prostu cud.

Rzuciłem się w wir odrabiania strat finansowych. W dzień grałem przedstawienia dla dzieci, wieczorem dla dorosłych, w nocy jechałem 250 kilometrów od Warszawy, żeby nazajutrz w Kaliszu w trzech szkołach znowu grać bajki dla dzieci. I jeszcze tego samego dnia wracałem na wieczorne przedstawienie w Warszawie. Tak funkcjonowałem przez kilka miesięcy.

Czułem, że nie mam wyboru. Groził mi prokurator za niespłacanie kredytów, więc wybrałem się na rozmowę do dyrektorki banku i obiecałem jej, że będę harował i spłacę wszystko co do grosza. Goniłem więc za każdą chałturą. I rzeczywiście w ciągu roku spłaciłem wszystko.

(...). Przez cały czas regularnie chodziłem na mityngi AA i tam zawsze zabierałem głos uśmiechnięty i z zadowoloną miną. Tak mnie nauczyli terapeuci, którzy wbijali mi do głowy, by myśleć pozytywnie. W środku byłem zestresowany i przestraszony, ale na zewnątrz nie ośmieliłem się tego okazać.

Nikomu nie przyznałem się, że po nocach płaczę w poduszkę jak dziecko. Sam nie wiedziałem dlaczego. Czy coś mnie boli czy może za czymś tęsknię? Dziś już rozumiem, że po prostu odstawiłem najważniejsze dla mnie znieczulacze - alkohol i nikotynę - a gołe i chore emocje zostały.

Jak cię przyjęli z powrotem w pracy?

- Bardzo dobrze. Zresztą już wcześniej szef zachował się bardzo ładnie. Gdy byłem na terapii, pojawiły się propozycje, by znaleźć zastępstwo do ról, które grałem. Dyrektor odparł jednak, że tych sztuk teatr nie będzie grać, dopóki nie wrócę do pracy. Tyle że kiedy wróciłem, okazało się, że od nowa muszę uczyć się grać, bo dotąd zawsze robiłem to po alkoholu. Nie wiedziałem, jak się występuje na scenie na trzeźwo.

W ogóle nie wiedziałem, jak to jest, kiedy się żyje na trzeźwo. Np. odkryłem w sobie całą paletę różnych emocji, z których istnienia wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Bo dawniej wydawało mi się, że istnieje tylko wkurwienie i euforia. A tu nagle okazało się, że świat uczuć człowieka jest o wiele bardziej skomplikowany. Musiałem nauczyć się poruszać w tym emocjonalnym labiryncie.

Pominąwszy oczywisty fakt, że nie pijesz alkoholu, co się jeszcze zmieniło w twoim życiu?

- Minęło osiem lat, od kiedy nie miałem w ustach alkoholu i przez cały ten czas zmieniam się i ja sam, i moje życie. (...). Przede wszystkim regularnie chodzę na mityngi. Medytuję, zastanawiam się nad sobą, czytam książki, które pomagają mi spojrzeć z dystansu na swoje życie. Rozmawiam sam ze sobą, przeprowadzam obrachunek moralny i przyznaję się do błędów, które popełniam.

Co z twoim życiem rodzinnym?

- Po terapii poznałem dziewczynę, która dziś jest moją żoną. Byłem tak nawiedzony wizją nowego, trzeźwego życia, że zaraz przy pierwszym spotkaniu powiedziałem jej, kim jestem. Pewnie głupio zrobiłem. Nie dlatego, że w ogóle jej powiedziałem, bo przecież to jasne, że powinienem powiedzieć, tylko chyba nie należy tak od razu, bez ostrzeżenia, strzelać w drugiego człowieka takimi informacjami.

A co z dzieckiem z poprzedniego małżeństwa?

- Córka ma dziś 13 lat. Nasze relacje powoli normalnieją. Bardzo często przyjeżdża do mnie. Wcześniej zrobiłem jej dużą krzywdę, bo gdy mnie odwiedzała, ja wytrzymywałem bez picia góra trzy dni. Przez kolejne trzy dni moi rodzice ukrywali mnie przed nią, mówiąc, że tatusia głowa boli, aż wreszcie na kacu odwoziłem ją do matki. Trząsłem się, byłem rozdrażniony, więc potrafiłem krzyczeć na nią, niesłusznie ją karać, dawać klapsy.

Gdy skończyłem terapię, ona miała pięć lat. Pierwsze, co zrobiłem, to przeprosiłem ją za to, że ją biłem. Obiecałem jej, że już nigdy jej nie uderzę. Do dziś udało mi się dotrzymać słowa.

Nawiasem mówiąc, to chyba też ważne. Pytasz mnie, co się zmieniło w moim życiu. To, że dotrzymuję obietnic. Dziś znowu się zapożyczyłem, bo kupiłem mieszkanie. Spłacam te pożyczki dłużej, niż planowałem, ale spłacam je i nikogo nie zawiodłem. A ludzie znów mi ufają. To cholernie ważne.

Dlaczego?

- Bo dzięki temu nabrałem szacunku dla samego siebie. Po prostu się polubiłem.

Dziś żyję mniej więcej tak, jak zawsze chciałem żyć, choć nie umiałem. Teraz, w dziewiątym roku abstynencji, często czuję się szczęśliwym człowiekiem - i być może inni ze mną również. W ostatnim okresie mojego picia ludzie uciekali ode mnie, nie chcieli ze mną przebywać, dzisiaj to się zmieniło. (...).

Utrzymuję się z aktorstwa, co w moim zawodzie wcale nie jest takie oczywiste i częste. Mam tu sporo sukcesów, które ogromnie sobie cenię. To ciekawe i charakterystyczne, że dawniej, gdy jeszcze piłem, zdarzało mi się zbierać entuzjastyczne recenzje i pochwały - a mimo to czułem się głęboko nieszczęśliwy i nie umiałem tego unieść. Teraz cieszą mnie wszelkie osiągnięcia, nawet te mniej spektakularne, których mam sporo.

Mimo że zdarza mi się złościć i nie codziennie pamiętam o tym, gdzie byłem i gdzie teraz jestem, uważam, że jestem człowiekiem sukcesu, bardzo chce mi się żyć i życie ogromnie mnie ciekawi.

***

Po 14 latach

Wciąż nie pijesz?

- Wciąż. 22 lata.

I nadal chodzisz na mityngi AA?

- Rzadziej niż kiedyś. Sporo teraz pracuję, więc łatwiej mi oszukiwać samego siebie, że nie mam czasu. Ale przynajmniej raz w tygodniu staram się pójść. Mam też bliskich przyjaciół alkoholików, z którymi regularnie utrzymuję kontakt. Z jednym z nich rozmawiam co dwa-trzy dni, choć tylko przez telefon, bo mieszka w innej części Polski. Mam też swoich podopiecznych, którym pomagam w trzeźwieniu.

Wtedy mówiłeś, że zapożyczyłeś się na nowe mieszkanie. Spłaciłeś już ten kredyt?

- Nie. Jestem w spirali długów.

Co się stało?

- Rozpadło się moje drugie małżeństwo...

Dlaczego?

- Przez długi czas byłem przekonany, że to wina mojej żony, ale potem wielokrotnie mówiłem o tym na mityngach, zastanawiałem się i wreszcie uświadomiłem sobie, że sam muszę wziąć odpowiedzialność za ten stan rzeczy. To skutek moich własnych decyzji i wyborów. Co do partnerki również.

A przecież mówili mi na terapii, żeby w pierwszym roku zdrowienia nie dokonywać w życiu raptownych i dużych zmian. A ja nie posłuchałem i właśnie wtedy wszystko pozmieniałem: rzuciłem palenie, pochopnie wymyśliłem sobie, że ożenię się z kobietą, z którą byliśmy kompletnie niedobrani.

Ile lat byliście razem?

- Dziewięć. Gdy się rozstaliśmy, wziąłem na siebie większość naszych zobowiązań finansowych. Zgodziłem się też wyprowadzić z domu. Myślałem: nie piję, jestem zdrowy, silny, mam talent, więc na pewno sobie poradzę. To było z mojej strony naiwne i nierozsądne. Okazało się, że wcale nie jest tak różowo. Były okresy, kiedy nawet przez cztery miesiące pozostawałem bez pracy, a raty i inne zobowiązania trzeba było płacić.

Ile lat miała wasza córka, kiedy się rozstaliście?

- Sześć, właśnie poszła do zerówki. Bardzo ją kocham. Nawet po tym, jak się wyprowadziłem, bardzo często odbierałem ją ze szkoły, odrabiałem z nią lekcje, spędzaliśmy razem mnóstwo czasu.

Jakie są teraz relacje między tobą a córką?

- Bardzo dobre i bliskie. Widujemy się codziennie... No, może ostatnio trochę rzadziej, bo już jest dorosła i ma własne życie. Mam też świetny kontakt ze starszą córką z pierwszego małżeństwa. Dzięki niej zostałem dziadkiem. Bardzo kocham obie córki.

Co z twoimi rodzicami?

- Tata zmarł w 1999 r. Mama żyje, ma 83 lata i jest bardzo chora. Wymaga opieki, więc gdy wyjeżdżam z Warszawy, zawsze muszę być czujny. Dzwonię do niej kilka razy dziennie.

Co z pracą?

- Przez jakiś czas miałem etat w jednym z prestiżowych teatrów, ale go straciłem, gdy przyszedł nowy dyrektor i dał mi do zrozumienia, że musi zrobić miejsce dla swoich aktorów. Zrobiłem taki sam błąd, jak w przypadku wyprowadzenia się z domu. Zamiast walczyć o swoje prawa i interesy, odszedłem za porozumieniem stron, choć nie było żadnych merytorycznych powodów, bym przestał tam pracować. Gdybym się nie poddał, przetrzymałbym tego dyrektora, bo już go tam nie ma, i dziś prawdopodobnie pracowałbym na etacie w tym teatrze.

Kosztem starganych nerwów.

- Może. Ale miałbym w miarę ustabilizowaną sytuację finansową. Mam do siebie pretensje, że kilkakrotnie w życiu nie potrafiłem podjąć wyzwania i postawić się w sytuacjach, które wymagały konfrontacji z innymi ludźmi. Wybierałem spokój, ale nie wiedziałem, że za to też trzeba zapłacić. Gdy tylko czułem, że gdzieś mnie nie chcą, pakowałem węzełek i odchodziłem. A przecież teatr to nie prywatne poletko dyrektora, są jakieś zasady zatrudniania ludzi. Żeby z kimś rozwiązać umowę, trzeba mieć podstawy prawne.

Uważasz, że byłeś zbyt ustępliwy w stosunkach z tym dyrektorem?

- Oczywiście, że tak.

I z byłą żoną?

- ...

A co powinieneś był zrobić inaczej?

- ...

Z czego się utrzymujesz?

- Gram w teatrze, serialach, filmach, występuję, gdzie się da, wystawiam własne przedstawienia, czytam audiobooki, ale to nie wystarcza na spłatę zadłużenia, które wciąż narasta.

Te wszystkie zawirowania nie zagroziły twojej trzeźwości? Nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby się napić?

- W sytuacjach skrajnego stresu i napięcia alkohol niejednokrotnie pojawiał się u mnie z tyłu głowy, tak jak i papierosy. Ale wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby po nie nie sięgnąć. Jednak dzisiaj myślę, że to jakiś cud, że przez te wszystkie burze przeszedłem na trzeźwo. Jednocześnie wiem, że zawdzięczam to nie tylko cudowi, lecz także sobie samemu, bo ciężko na swoją trzeźwość pracowałem i pracuję.

Zdaję sobie sprawę, że nawet jeśli mam kłopoty finansowe, a wiele spraw w życiu mi się nie układa, to trzeźwość jest wielkim kapitałem, który daje mnóstwo profitów. Dzięki niemu wciąż żyję, układam plany na przyszłość i mam szansę wyjść na prostą. Dzięki niemu mam świetne relacje z córkami, które bardzo kocham. Dzięki niemu mogę opiekować się matką. Często dzięki niemu czuję się człowiekiem szczęśliwym, choć zdarzają się chwile zwątpień. Gdybym wrócił do picia, zaprzepaściłbym to wszystko.

Trzeźwość to wielki dar, wielka łaska i najważniejsza sprawa w moim życiu.

Gdy mój tata umierał, mijał siódmy rok mojej trzeźwości. Przed śmiercią powiedział mi, że jest ze mnie dumny... Nie, nigdy nie przyszło mi do głowy, że warto by było wrócić do picia.



Powyższa rozmowa jest skróconą wersją rozdziału książki Wojciecha Maziarskiego "Jak feniks z butelki", wyd. Waza, 2013.

Komentarze (96)
Alkoholik 14 lat później. Sławek, aktor: "Coraz częściej grałem pijany"
Zaloguj się
  • sharn1

    Oceniono 3 razy -1

    Nie bardzo wiem dla kogo jest ta książka. Alkoholicy i ich bliscy temat znają od podszewki, podobnych historyjek znają setki, więc nic nowego tu nie znajdą. Trzeźwi natomiast w większości podejdą do tego bez zrozumienia, albo z odrazą albo z obojetnością i ksiązka zwyczajnie ich zanudzi.

  • feta_minka

    Oceniono 6 razy -4

    Słuchajcie, o co kur.wa chodzi z tą prenumeratą? Jakieś 10 artykułów miesięcznie? Wczoraj chyba z 30 przeczytałem, więc o co kaman? Czyżbym już okradał żydów z Czerskiej? :D

  • gr_ub_y

    Oceniono 4 razy 0

    - Dzień dobry, poproszę dwie pryty.
    - Yyyy...co takiego?
    - No, dwie alpagi.
    - Yyyy...A co to takiego??
    - Tanie wina...jabole...taaaaam stoją.
    - Aaaa! Proszę.
    - I paczkę czarnych Davidoffów.

  • merdekferdek

    Oceniono 5 razy 3

    Trzezwy alkoholik to brzmi dumnie!!!!!!!!!!!

  • jar00s

    Oceniono 6 razy -4

    kurcze, czy jest trzezwy czy nie to musi nadawac swojemu zyciu jakis wiekszy sens niz zycie innych ludzi.
    jednak alkoholicy maja duzy problem z psychika.
    alkohol winny, zony winne, niedopasowanie winne wszystko ale nie ty chlopie? Bzdura! To ty jestes winien temu co sie w twoim zyciu dzieje. TY. Inni ludzie tez maja problemy, rachunki, kredyty, zony i biora odpowiedzialnosc za swoje zycie. Alkoholik zawsze bedzie innych obarczal odpowiedzialnoscia za wlasne zycie, trzezwy czy pijany

  • ciotka_ltd

    Oceniono 13 razy 3

    Wy, Polacy, to naprawde macie jakiegos ciezkiego zajoba na punkcie swojej polskosci.
    To jak ruskie rozdrapywanie ran albo inne slowianskie duszoszczypiatelne gowno, co od wiekow robi z was nieudacznikow i chodzace kupy nieszczescia.
    Ja, Bawarka (tez przeciez nie "sucha" nacja), w ogole nie odbieram tego tekstu w kategoriach narodowych. To uniwersalna historia niepijacych i pijacych alkoholikow. I o tym co nalog, powszechny nalog, robi z czlowieka, jak go ten pieprzony trunek kontroluje, niszczy, nie pozwala zyc...I - w domysle - ile panstwa na akcyzach na tym zarabiaja.;)
    I gdybym przeciwko tym tekstom cos miala, to to, ze sa kryptoreklama wydanej przeciez ksiazki. I ze wolalabym od tych wielce obszernych cytatow jakies swieze reportaze z zycia wziete, chocby z zycia Japonczykow (tez coraz czesciej maja problemy z uzaleznieniem alkoholowym) skoro Polacy tak sie wspominania o sobie boja.;)
    Ludzie, leczcie sie, bo naprawde cierpicie na jakas ogolnonarodowa schize...

  • bobbin_threadbare

    0

    Sławomir...

    Orzechowski?

  • Wanda Piotrowska

    Oceniono 6 razy 6

    Jestem żoną alkoholika. Już nie mam sił walczyć. Dzisiaj sam wylał butelkę wódki do zlewu, obiecał jutro pójść do przychodni. A potem nie wiem kiedy nie wiem jak i gdzie znów wypił. I już nie mogłam złapać z nim kontaktu. Niby nie jest pijany w sztok ale rozmawiać z nim jest trudno. I nie ważne, ze jestem ja , dzieci i kochane przez niego wnuczki. Miłóśc do wódki jest największa. Wiem, ze to ja powinnam się leczyć. I jutro idę szukać pomocy.

  • ciotka_ltd

    0

    @deejay444

    Pytasz, kto zacz?
    Zupelnie niezly aktor - chyba Orzechowski.
    ------------------------------------------------------
    @jkredman

    Tys pijany czy co? GDZIE ty tu jakikolwiek jad Maziarskiego widzisz, he?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX