Rozprawa o najwyższe odszkodowanie za błędy medyczne ponownie odroczona. "Nie dali mi dojść do głosu" [116 DNI NA BANACHA]

Grażyna Garboś-Jędral jako radca
prawny szpitala na Banacha broniła lekarzy przed roszczeniami pacjentów. Zawał serca sprawił,
że nagle znalazła się po drugiej
stronie barykady. O mało nie
przypłaciła tego życiem

Grażyna Garboś-Jędral jako radca prawny szpitala na Banacha broniła lekarzy przed roszczeniami pacjentów. Zawał serca sprawił, że nagle znalazła się po drugiej stronie barykady. O mało nie przypłaciła tego życiem (Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Grażyna Garboś-Jędral walczy z warszawskim szpitalem przy ul. Banacha o 5 milionów złotych. Zdaniem sądu I instancji pieniądze te w pełni się jej należą jako zadośćuczynienie za błędy i zaniedbania pracowników szpitala, które doprowadziły do kalectwa kobiety. Wyrok nie jest prawomocny. Szpital złożył apelację, a dziś sąd po raz kolejny zadecydował o odroczeniu rozprawy. I to bezterminowo. - Chcą się pozbyć dziennikarzy - komentuje pani Grażyna.
W listopadzie ubiegłego roku w sprawie pani Grażyny Garboś-Jędral zapadł wyrok w sądzie I instancji. Wyrok korzystny dla powódki nie jest jednak prawomocny, ponieważ pozwany - Samodzielny Publiczny Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha w Warszawie (SPCSK) - złożył apelację. Rozprawa w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie miała odbyć się 21 listopada ubiegłego roku.

Została przełożona o miesiąc. Następnie termin znów został przesunięty - na dzisiaj. A dziś sąd po raz kolejny zadecydował o odroczeniu rozprawy.

Sąd już po raz trzeci odracza rozprawę

Za pierwszym razem termin został przełożony, ponieważ wnioskował o to pozwany szpital. Tłumaczył, że ponieważ mec. Rafał Dębowski wymówił SPCSK pełnomocnictwo (na trzy tygodnie przed terminem rozprawy), placówka potrzebuje czasu, aby znaleźć sobie nowego pełnomocnika. Najwyraźniej szpitalowi nie wystarcza kompleksowa obsługa prawna stale zapewniana mu przez zatrudnianą od dawna kancelarię prawną.

Pełnomocnik się znalazł, ale w grudniu pojawiła się nowa niespodzianka. Do sprawy włączył się interwenient uboczny - ubezpieczyciel szpitala, firma CIGNA STU (obecnie funkcjonująca pod nazwą InterRisk Towarzystwo Ubezpieczeń SA). Teoretycznie to właśnie na CIGN-ę - w razie uprawomocnienia się wyroku - powinien spaść obowiązek wypłaty odszkodowania Grażynie Garboś-Jędral. Firma przez 8 lat trzymała się na uboczu, nie włączając do sprawy. Pojawiła się dopiero teraz - po tym jak zapadł korzystny dla powódki wyrok sądu I instancji.

Interwenient złożył kilkadziesiąt wniosków dowodowych, z którymi pani Grażyna musiała się zapoznać. Dziś odpowiedziała na interwencję firmy InterRisk. W związku z tym pełnomocnik interwenienta poprosił o kolejne odroczenie rozprawy, by mógł zapoznać się z odpowiedzią Grażyny Garboś-Jędral. Termin kolejnej rozprawy na razie nie jest znany.

Pani Grażyna: To, co dzisiaj działo się na sali rozpraw, to skandal

Grażyna Garboś-Jędral, która o odszkodowanie walczy już ponad 8 lat, jest rozżalona działaniem sądu. Przyznaje się, że kolejnego odroczenia sprawy się spodziewała - w końcu złożyła wielostronicowe pismo procesowe. Jednak ma inne zastrzeżenia do przebiegu dzisiejszej rozprawy.

- To, co dzisiaj działo się na sali rozpraw, to skandal - stwierdziła. - Sąd nie dawał mi dojść do głosu. Przyjęto wobec mnie technikę, że gdy proszę o głos, to mi się go udziela, a gdy wypowiem dwa wyrazy, przerywa mi się. I sąd twierdzi, że to ja przerywam - dodała.

Panią Grażynę zaskoczył także fakt, że rozprawa została odroczono bezterminowo. Jej zdaniem sąd podjął taką decyzję, bo zależy mu na tym, by rozprawom nie przyglądali się dziennikarze. - Sędzia odroczyła sprawę bez terminu, żeby pozbyć się dziennikarzy. To skandal! - powiedziała.

"Nigdy się z czymś takim nie spotkałam"

- Nigdy nie spotkałam się z tym, że sąd w referacie pomija tyle istotnych szczegółów - powiedziała Grażyna Garboś-Jędral. Miała na myśli następujące na początku rozprawy sprawozdanie sądu z dotychczasowego przebiegu sprawy. Jej zdaniem sędzia nie uwzględniła w nim wielu ważnych elementów.

- Pominięto m.in. dwa zakażenia bakteriami i co najmniej trzy operacje - powiedziała. - Sędzia świadomie złożyła niepełne sprawozdanie. Opuściła wątki sprawy, które były przedmiotem pozwu. Nie miała do tego prawa! Nie wolno jej było tego zrobić! - podkreśliła.

***

116 dni i I grupa inwalidzka

Grażyna Garboś-Jędral po tym, jak przez kilka lat pracowała w szpitalu na Banacha jako radca prawny - broniąc tamtejszych lekarzy w sprawach o błędy medyczne - w 2004 r. trafiła do niego jako pacjenta z zawałem serca. Z zawałem uporano się szybko i skutecznie, a mimo to kobieta opuściła szpital po 116 dniach jako kaleka, z I grupą inwalidzką, niezdolna do prowadzenia samodzielnej egzystencji.

Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł w uzasadnieniu ciągle nieprawomocnego wyroku, że niepełnosprawność pani Grażyny jest wynikiem działań - albo braku działań - lekarzy szpitala na Banacha. Pobyt w tamtejszej placówce według sędzi zakończył się dla kobiety uszkodzeniem kręgosłupa, niedowładem kończyn, nieoperacyjną przepukliną, nieuleczalnymi problemami z trawieniem i wydalaniem oraz utratą funkcji seksualnych.

Szpital nie przyjmuje winy swoich lekarzy, tłumacząc, że sąd I instancji nie uznał opinii biegłych, które były dla SPCSK korzystne. Jak tłumaczył nam mec. Rafał Dębowski - kiedy jeszcze był pełnomocnikiem szpitala - choć "niezaprzeczalne jest, że pani Grażyna Garboś-Jędral miała poważne kłopoty zdrowotne, to w sprawie są uzasadnione wątpliwości, by winni im byli lekarze".



Zobacz także

Najnowsze informacje