Rostysław Szaposznikow: To nie jest wybór między Rosją i UE. To jest wybór między życiem i śmiercią [WYWIAD]

- Jak tylko przekroczę granicę, to mnie aresztują. W najlepszym wypadku. Bo mogą mnie też pobić, albo i coś gorszego... - mówi w rozmowie z Gazeta.pl ukraiński dziennikarz Rostysław Szaposznikow. Od kilkunastu dni jest w Polsce, gdzie uciekł przed represjami. Od tego czasu już dwie dziennikarki poruszające tematy niewygodne dla władz zostały pobite.
Anna Pawłowska, Gazeta.pl: - Przed czym pan ucieka?

Rostysław Szaposznikow* - W tej chwili na Ukrainie po prostu nie jest bezpiecznie. Ani dla mnie, ani dla projektu, który prowadzę, czyli Kontroli Drogowej. Wiem, że chcą zniszczyć naszą organizację, a na to są dwa sposoby. Pierwszy to po prostu likwidacja fizyczna - pobicia naszych ludzi, próby zastraszania. A drugi to walka w sądzie, stawianie nam kolejnych zarzutów kryminalnych. Z tym że w ukraińskim sądzie nie da się wygrać. Więc wiem, że jeśli wrócę, to trafię za kratki. Jak tylko przekroczę granicę, to mnie aresztują. W najlepszym wypadku. Bo mogą mnie też pobić, albo i coś gorszego... Zresztą aresztowania naszych działaczy zaczęły się zanim jeszcze wyjechałem.

Jakie mają zarzuty?

- Andrij Dzyndze, dziennikarz Kontroli Drogowej, był koordynatorem euromajdanu już od pierwszego dnia. Nie chodzi o zgromadzenie politycznego, ale o obywatelskie. Cały czas był na miejscu, nagrywał materiały, które publikowaliśmy na naszej stronie. 30 listopada w nocy Berkut rozbił Majdan, zaatakowali, kiedy był tam spokój, część ludzi spała. Następnego dnia zaczęły się zamieszki przed siedzibą prezydenta. Przyszło dużo ludzi, część zaatakowała milicję. Andrij też tam był.

Pojawiły się opinie, że to była prowokacja władz, żeby skompromitować manifestujących i uzasadnić interwencję siłową.

- To nie do końca tak. Akcja protestacyjna podzieliła się na dwie części. Ci, którzy wyszli na Majdan, i ci, którzy stoją na czele obecnych tam partii, są, można tak to określić, ukierunkowani liberalnie. Ale mamy też na Ukrainie prawicowych radykałów.

Ma pan na myśli partię Swoboda?

- Absolutnie nie. Swoboda to tacy prawicowi pseudoradykałowie. Są sponsorowani przez oligarchów i trzymają się dość blisko władzy. To opozycja parlamentarna, ale poza nimi są też ludzie, którzy są naprawdę przeciwko wszystkim rządzącym partiom. Szczerze nienawidzą władzy, przede wszystkim Janukowycza. Byłem pod siedzibą prezydenta i rozmawiałem z nimi. Tłumaczyli, że wyszli 1 grudnia, żeby zemścić się za pobicie ludzi w nocy. Ale to jest niewygodne dla opozycji, więc nazwali ich prowokatorami.

Czyli żadnej prowokacji nie było?

- Jestem przekonany, że na miejscu byli pracownicy SBU po cywilnemu. Trzeba się wczuć w sytuację: wychodzi młody człowiek, radykalny. Jest wściekły na władzę, na milicjantów, którzy w nocy bili bezbronnych ludzi. I ktoś za jego plecami krzyczy: dawaj, naprzód, atakujemy. I wtedy ten człowiek rusza. Możliwe, że nie doszłoby do zamieszek, gdyby tych ludzi w taki sposób nie podburzali. W tym sensie to mogła być prowokacja. Ale ci, którzy atakowali milicję, nie są zwolennikami władzy, jak to podawały media.

Andrij Dzyndze jest oskarżony o atak na funkcjonariuszy?

- Oficjalnie jest oskarżony o "organizację grupy przestępczej w celu przyprowadzenia pod administrację prezydenta buldożera". Rzecz w tym, że on rzeczywiście był blisko tego buldożera. Wszedł na buldożer, stamtąd filmował, co się dzieje. Trudno uwierzyć, że człowiek, który zamierza popełnić przestępstwo, dokumentuje w ten sposób wszystkie swoje poczynania. Zresztą na buldożer wspiął się też opozycyjny deputowany Poroszenko. Dlaczego więc jemu nie postawiono zarzutów? Za kraty trafili nie ci, którzy kogoś atakowali, tylko dziennikarze i działacze społeczni. Zresztą ostatecznie podstawy zatrzymania Andrija były kuriozalne! Trafił za kratki, bo nie odebrał telefonu.

Jak to?

- Śledczy zadzwonił do niego na komórkę. Dzyndze nie odebrał i milicja uznała to za ukrywanie się przed wymiarem sprawiedliwości. A przecież on przez cały czas był na Majdanie, w centrum wydarzeń. To jest jakiś kompletny absurd. Dzyndze nawet nie wiedział, że ma jakiekolwiek zarzuty, że w ogóle jest prowadzone śledztwo w jego sprawie, to przed czym miał się ukrywać? A do tego do jego zatrzymania potrzebowali aż 10 funkcjonariuszy. Skuli go, pobili, potem przez dobę trzymali w izolatce. Później sąd zdecydował, że ma na dwa miesiące trafić do aresztu śledczego. A krótko po procesie aresztowano Wiktora Smolja, naszego adwokata, który go bronił.

To aresztowanie miało równie wątłe podstawy, jak w przypadku Andrija Dzyndze?

- Tak, to kolejna sprawa, w której zarzuty są zupełnie absurdalne. Kiedy sąd ogłosił, że Dzyndze nie może być zwolniony za kaucją i odrzucił poręczenia deputowanych, na sali zaczęła się awantura i przepychanki z milicją. Następnego dnia sędzia oświadczył, że porwali mu togę. I dlatego postawił adwokatowi zarzut próby zabójstwa lub spowodowania obrażeń ciała podczas procesu. I w ciągu 48 godzin Wiktor Smolja został zatrzymany. I podobnie jak Dzyndze trafił na dwa miesiące do aresztu.

To wtedy zdecydował się pan wyjechać z kraju?

- Jak tylko dowiedziałem się, że przeciwko Wiktorowi Smolja jest prowadzone postępowanie, zadzwoniłem do niego. - Witia, musisz zniknąć, bo cię zamkną - przekonywałem. On powiedział: Będę walczył. Do końca nie wierzył, że rzeczywiście go aresztują. Wiedział, że ma jakieś zarzuty, ale nie sądził, że trafi za kratki. Ja nie miałem takich złudzeń. Wiedziałem, że będę następny.

Skąd pan to wiedział? To przecieki ze śledztwa?

- Oczywiście nie mogę podać dokładnego źródła. Mamy swoich informatorów. Nasza praca jest bardzo specyficzna . W ramach tego systemu są ludzie, którzy rozumieją, co robimy i pomagają nam, przekazując różne informacje. Wcześniej informowali, że będzie aresztowany Wiktor Smolja i to się sprawdziło. Więc nie miałem powodu, żeby w to nie wierzyć. Szczególnie, że ostrzeżenia o aresztowaniu dotarły do mnie z dwóch niezależnych źródeł.

O co ma być pan oskarżony?

- Nie wiadomo. Nie brałem udziału w żadnych zamieszkach, nie atakowałem nikogo. Ale byłem na przykład, kiedy zatrzymywali Andrija Dzyndze, a tam były przepychanki z milicją. Byłem też w sądzie, kiedy była szarpanina. Więc mogą mnie na przykład oskarżyć o współudział w próbie zabójstwa sędziego. Byłem na demonstracjach, więc to może być też organizacja przewrotu państwowego. To może być właściwie cokolwiek. Szczególnie, że sprawą zajmowała się nie milicja, a pracownicy Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.

Wspomniał pan, że mogłoby nie skończyć się na aresztowaniu. Te obawy też wynikają z przecieków z milicji?

- To wynika przede wszystkim z doświadczenia. Wiem, jak działają nasze służby. 16 grudnia, ja byłem już wtedy w Polsce, napadli na naszą dziennikarkę Swietłanę Malicką. Czekali na nią pod domem, potem weszli za nią do windy. Jeden z mężczyzn od razu ją zaatakował. Zaczął ją bić i dusić. Wyzywali ją od drogowych k..., to aluzja do naszej Kontroli Drogowej. Na szczęście spłoszył ich jakiś lokator. Wezwali karetkę, Swietłana trafiła do szpitala. Oczywiście wezwali też milicję, jest prowadzone śledztwo, ale pewnie nie znajdą sprawców, tak jak w moim przypadku.



Rostysław Szaposznikow po pobiciu. Wideo zostało nakręcone pod Kijowem, gdzie doszło do zdarzenia.

Pana też zaatakowali w związku z działalnością Kontroli Drogowej?

- To było 24 marca zeszłego roku, w sobotę. Wyszedłem rano z domu i szedłem do swojego samochodu. Wtedy do mnie podeszli. Po prostu na ulicy, była już 11, dookoła ludzie. Wykręcili mi ręce i wrzucili mnie do samochodu. W sumie było ich czterech. Jeszcze w samochodzie zaczęli mnie bić po głowie. Za każde odezwanie się był cios. Potem nałożyli mi na głowę plastikową torbę i zaczęli zaciskać. Dobrze, że był w niej mały otwór i dochodziła odrobina powietrza. Przeszukali mi kieszenie, zabrali kamerę, dyktafon i wszystkie dokumenty, jakie miałem.

A potem wyjechaliśmy do lasu pod Kijowem. Wyciągnęli mnie z samochodu i rzucili na ziemię. Dalej bili i kopali. Mówili, że czas na spłacenie długów. Zagrozili, że zabiją mnie, jeśli spróbuję skontaktować się z milicją. Uratowało mnie to, że w pewnym momencie na drodze pojawili się ludzie na rowerach. To spłoszyło napastników.

Skąd pan wie, że chodziło o działalność Kontroli Drogowej? Przecież mówili coś o długach...

- Nie miałem żadnych długów. Myślę, że to było po prostu, żeby wprowadzić mnie w błąd. Wcześniej, jeszcze w samochodzie zapytałem, o co chodzi, dlaczego mnie biją. Powiedzieli, że nie mają do mnie żadnych osobistych pretensji, tylko wykonują zlecenie. Potem dotarły do mnie informacje, że to było zlecenie od lokalnej, kijowskiej władzy. Wiem, że szukali bandytów, zwracali się do różnych grup przestępczych, ale nikt się nie zgodził. Ale w końcu ktoś się znalazł. Myślę, że to byli pracownicy milicji, może już zwolnieni ze służby.

Skąd takie przypuszczenie?

- Zaraz po tym, jak wepchnęli mnie do samochodu, myślałem, że jestem zatrzymany przez milicję. To było profesjonalne, nie wyglądali i nie zachowywali się jak bandyci. Zresztą kiedy Dzyndze i inni aktywiści opowiadali o swoich zatrzymaniach, to myślałem: tak właśnie było, dokładnie tak się zachowywali. Oni też mieli wykręcane ręce, worki na głowach i za każde słowo byli bici.

Czy rzeczywiście Drogowa Kontrola jest dla władz tak niebezpieczna, że sięgają po przestępcze metody, żeby was zlikwidować? Przecież powstaliście, kiedy na Ukrainie rządzili zupełnie inni ludzie, liderzy Pomarańczowej Rewolucji.

- My dopiero teraz zaangażowaliśmy się politycznie. Byliśmy po prostu obywatelską inicjatywą jednoczącą kierowców. Jasno mówiliśmy, że nie walczymy z żadną partią, tylko z urzędnikami. Rzeczywiście, kiedy zaczynaliśmy działać w 2008 roku, prezydentem był Juszczenko, głową parlamentu Jaceniuk, a premierem - Tymoszenko. I po zmianie władzy kontynuowaliśmy naszą pracę, jak wcześniej.

Co takiego wydarzyło się w 2008 roku, że postanowiliście zacząć walkę z korupcją na ukraińskich drogach. Ten problem wydawał się nierozwiązywalny.

- W 2008 roku Jaceniuk jako głowa parlamentu zdecydował o podniesieniu mandatów ponad 10 razy i dał inspektorom drogówki prawo określania, czy doszło do wykroczenia, czy do przestępstwa. Mogli też samodzielnie określać wysokość mandatów. Można sobie wyobrazić, co zaczęło się dziać. Wymuszenia łapówek stały się codziennością. Ja wtedy pracowałem jako dziennikarz i zrobiłem na ten temat kilka materiałów.

Ale przecież codzienne media nie mogą pisać tylko o korupcji. Dlatego zdecydowałem się zarejestrować własną stronę i tam umieszczać materiały i wyniki moich dziennikarskich śledztw. Moje materiały zaczęły przedrukowywać inne media, zainteresowała się telewizja. I udało się rozkręcić ten temat tak, że nabrał państwowego znaczenia. I tak powoli zaczęła tworzyć się wokół tego organizacja. Dzisiaj to jest struktura, która jest znana nie tylko na Ukrainie, ale i za granicą.

To od początku musiał być niewygodny temat. Nagle zaczęliście przeszkadzać władzom?

- Rok temu rozpoczęliśmy dziennikarskie śledztwo w sprawie prywatnych "karnych parkingów". Tak naprawdę pracowaliśmy nad tym jakieś 2-3 lata, ale wtedy ruszyliśmy ze zdwojoną siłą. Ten biznes był zbudowany przy aprobacie Azarowa i ma przynosić dochody Zacharczenkowi (szef MSW). Nie będę się wdawał w szczegóły, bo to dość skomplikowana sprawa, ale powiem tylko, że idzie tu o setki milionów hrywien. I wtedy się zaczęło. Oskarżyli nas o chuligaństwo, choć to naszych dziennikarzy pobili bandyci. Naszego aktywistę z Doniecka bardzo brutalnie pobili. W ogóle rok temu zrozumieliśmy, że prawo w naszym kraju w ogóle nie działa. Choć te zmiany zaczęły się wcześniej.

Wcześniej, czyli po dojściu do władzy Wiktora Janukowycza? Z tego co pan mówi wynika, że "pomarańczowi" też niewiele robili, żeby rozprawić się z korupcją.

- Janukowycz zaczął wszystkie kluczowe stanowiska w państwie obsadzać ludźmi z Doniecka. Przede wszystkim chodzi o prokuraturę, sądy i MSW. Wszystkich sędziów rejonowych mianował sędziami sądu konstytucyjnego. Mamy sądy rejonowe, apelacyjne, kasacyjne, jest sąd najwyższy i sąd konstytucyjny. I proszę sobie wyobrazić, że ktoś przechodzi od razu z rejonowego do konstytucyjnego. Można zrozumieć, co to są za ludzie. Mamy kompletny upadek wymiaru sprawiedliwości.

Co ciekawe, ci sędziowie, o których wcześniej pisałem, że są skorumpowani i zasądzają niesprawiedliwe kary dla kierowców, dziś wydają wyroki w związku z aresztowaniami na Majdanie. Sędziowie są po prostu na smyczy u władzy, nie są niezależni. To jest oczywiste - jak raz złamali prawo, to nie mają problemu, żeby później znów to robić. Dzisiaj nie mamy niezależnych sądów, potwierdzi to każdy praktykujący na Ukrainie adwokat.

Przeciętny obywatel jednak rzadko chodzi do sądu. Pewnie większości ludzi to nie dotyka.

- To, co dotyka przeciętnych ludzi, to przede wszystkim bezkarność i brutalność milicji. W normalnym kraju takie rzeczy jak u nas są nie do wyobrażenia. Pół roku temu był brutalny gwałt we Wradijiwce, kilku milicjantów zgwałciło i pobiło dziewczynę. O tym było głośno, ale przecież nie tylko ją to spotkało. Gdyby tak dokładnie śledzić wiadomości z Ukrainy, to w zasadzie w każdym tygodniu, ciągle jest sytuacja, że pijany milicjant spowodował wypadek na drodze albo po prostu zabił kogoś. I tych ludzi nie spotyka żadna kara. Pobicie manifestantów na Majdanie było już ostatnią kroplą, która przelała czarę. Ludzie mają już dość. Dlatego wyszli na ulice, dlatego stoją na Majdanie.

Przeciwko komu jest ta manifestacja? Wygląda na to, że już nie chodzi tylko o to, żeby podpisać umowę stowarzyszeniową z UE.

- Dla nas Majdan to przede wszystkim okazja, żeby usunąć władzę, która jest przeżarta korupcją. Tu nawet nie chodzi o Janukowycza personalnie, choć rzeczywiście ludzie go po prostu nienawidzą. To wystąpienie przeciwko państwowej maszynie zła. Ludzie wyszli na Majdan przeciwko systemowi. Już nie wierzą politykom, nawet tym z opozycji. Oczywiście ci politycy są na Majdanie, ale nie dla nich tam przychodzimy.

Nam jest wszystko jedno, kto jest u władzy. Chodzi o to, żeby być na wolności, móc pracować. Różnica między Janukowyczem a nawet opozycją, choć wiele można jej zarzucić, jest w tym, że przy nich będziemy żywi i na wolności. A jeśli chodzi o budowę demokratycznego prawa, w którym przestrzega się praw człowieka, to my to zrobimy sami, tylko potrzeba lat. Trzeba zrozumieć, że teraz nie chodzi o wybór między Rosją a Unią Europejską. My mamy wybór między wolnością a więzieniem, między życiem a śmiercią.

*Rostysław Szaposznikow jest ukraińskim dziennikarzem i aktywistą społecznym. Jest założycielem i kierownikiem organizacji "Dorożnij Kontrol" - Kontrola Drogowa, której celem jest walka z nadużyciami milicji i korupcją na drogach. Na swojej stronie publikują materiały wideo dokumentujące działania milicji i urzędników państwowych. Oferują też pomoc prawną osobom, które padły ofiarą skorumpowanych władz.

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację za granicą? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Tutaj znajdziesz wersję na telefony z Androidem >>> A tutaj wersję na Windows Phone >>>

Więcej o:
Komentarze (145)
Rostysław Szaposznikow: To nie jest wybór między Rosją i UE. To jest wybór między życiem i śmiercią [WYWIAD]
Zaloguj się
  • polskicham

    Oceniono 4 razy -2

    przyjmowanie i dawanie Azylu bandytom Ukrainskim to szczyt glupoty polskich politykow.

  • polskicham

    Oceniono 8 razy -2

    Twoje zdjecie z pobitym pyskiem wcale na mnie nie dziala.
    jesli chcesz wysle tobie zdjecia Polakow pomordowanych przez wasze banderowskie bandy w 1944 roku.

  • hubkulik

    Oceniono 10 razy -2

    Zaczynają się uchodźcy z Ukrainy. Niedługo problem demograficzny Polski zostanie rozwiązany.

  • monika_g8

    Oceniono 5 razy 1

    "Jestem przekonany, że gdyby do tego konfliktu doszło bez zewnętrznego kontekstu i wpływu Rosji, to Ukraińcy szybko znaleźliby wspólny język. Zostawieni sami sobie prędzej czy później doszlibyśmy do kompromisu. Niestety, tak nie jest"

    Polecam komentarz Jarosława Hrycaka w sprawie Ukrainy, który jakiś czas temu został opublikowany w Znaku: www.miesiecznik.znak.com.pl/14575/kijow-to-jest-dzisiaj-europa

  • ireksz

    Oceniono 5 razy -5

    z deszczu pod rynne, chyba nie wie co robi, polska to jest kraj dla emigrantow((

  • szpon

    Oceniono 9 razy -3

    USA niesie demokrację Ukrainie.

    I nie mówię, że rząd Ukrainy jest dobry. Nie jest lepszy niż to co tutaj mamy (skorumpowaną bandę dziwek korporacyjnych). Cała sprawa śmierdzi z daleka, tym bardziej, że zajmuje się nią, "dogłębnie", gazeta wielokrotnie złapana na manipulacji i kłamstwach.

    I co robią politycy z USA i UE (w tym z Polski), na protestach na Ukrainie? W Syrii się nie udało wojny wywołać, to w środku europy spróbują "zmiany reżimu" wg podręcznika CIA?

    www.youtube.com/watch?v=jLcHkBv_Umw
    Cała sprawa ŚMIERDZI z daleka!

  • jan_sobczak1

    Oceniono 7 razy -3

    W Polsce ludzi którzy tak cię potraktowali GW nazywa "ludźmi honoru".

  • zanimmnieznowzbanuja

    Oceniono 21 razy -3

    W Polsce protestujacy przeciwko wladzy nazywani sa kibolami. wystepujacy przeciwko legalnej wladzy na ukrainie sa meczennikami, a przeciez rzad w Polsce praktycznie wcale nie rozni sie od tego na Ukrainie ............ no moze z ta roznica ze rzad ukrainski wlazi w dupe tylko rosjanom za co otrzymuje wymierne korzysci (chociby cena gazu) a rzad polski lize dupe brukseli i amerykanom do czego jeszcze doplaca.

  • abw12300

    Oceniono 16 razy -6

    'Za każde słowo był cios. Potem nałożyli mi na głowę plastikową torbę.... Tak bili tego H..... i NIC. Popatrzcie: ANI ŚLADU ! ! ! ! ... Ale H.... twardy..... A może Cud?......

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX