Dla PRL szpieg USA, teraz ambasador i gwiazda Twittera. Stephen Mull o Iranie, Ukrainie, "House of Cards" i nauce polskiego [WYWIAD]

19.12.2013 09:38
Ambasador USA Stephen Mull (z prawej) podczas wywiadu dla Gazeta.pl

Ambasador USA Stephen Mull (z prawej) podczas wywiadu dla Gazeta.pl (Fot. US Embassy Poland)

W 1986 r. władze PRL oskarżyły go o szpiegostwo. - Myślałem: koniec kariery. Charge d'affaires powiedziała: Pakuj się - opowiada. W 2012 r. wrócił do Polski jako ambasador USA. W rozmowie z portalem Gazeta.pl Stephen D. Mull porównuje polską i amerykańską "kuchnię" polityczną, przyznaje, że rozumie problem Polaków z wizami do USA i opowiada o początkach nauki polskiego. - Wracałem do domu i mówiłem żonie, że moje zęby, moje usta... wszystko boli!
Po polsku mówi z przepysznym amerykańskim akcentem. Podczas rozmowy gestykuluje jak południowiec. Mówi kwieciście, barwnie, nie stroni od żartów. Po kilku minutach rozmówca ma wrażenie, że spotkał się ze starym znajomym. Ale to po prostu dobry sposób uprawiania dyplomacji, gdzie do sukcesu kluczowe jest skuteczne pozyskanie rozmówcy do swoich racji.

W październiku minął rok, odkąd ambasador USA Stephen D. Mull przyjechał do Polski. Szybko dobył uznanie wśród dziennikarzy i PR-owców otwartym stylem bycia i skutecznym wykorzystaniem nowych mediów - w tym Twittera - do komunikacji z Polakami. Odpowiada na prawie każde pytanie, niezależnie, czy pisze do niego znany polityk, czy anonimowy internauta. Filmy z pracownikami ambasady uczącymi się języka polskiego i próbującymi tradycyjnej polskiej kuchni są hitami na YouTube.

Ale równocześnie Stephen Mull reprezentuje w Polsce supermocarstwo i gdy mowa jest o interesach Waszyngtonu, natychmiast poważnieje. Zręcznym dyplomatycznym wywodem unika bezpośrednich odpowiedzi na niektóre pytania. Waży słowa, czasem dwa razy pomyśli, zanim nic nie powie. Ale udało nam się porozmawiać o stosunkach polsko-amerykańskich, sytuacji na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, a ambasador pozwolił sobie nawet na subtelny "prztyczek" w nos Izraela.

Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: Po polsku czy po angielsku, panie ambasadorze?

Stephen D. Mull, ambasador USA w Polsce*: Po polsku. Niestety, będę robił dużo błędów gramatycznych, ale jeżeli pan będzie cierpliwy, to jestem za polskim.

Co czuje młody dyplomata na jednej ze swoich pierwszych misji zagranicznych, gdy widzi w telewizji swoją twarz z podpisem "szpieg"?

- (śmiech) Myślałem, że to koniec mojej kariery - jak dyplomata jest oskarżony o szpiegostwo, to dla niego koniec.

Komunistyczne władze PRL oskarżyły pana o szpiegostwo - za kontakty z opozycją. Śledziło pana SB, wyjechał pan w 1986 r. z Polski i myślał, że już tu nie wróci.

- To był piątek wieczorem. Charge d'affaires ambasady powiedziała wówczas: No, będziesz wyrzucony, zacznij się pakować. Ale w poniedziałek nic się nie wydarzyło, choć sytuacja była napięta. Mój wyjazd i tak był planowany na sześć tygodni później. Powiedziałem szefowi, że chcę zostać do końca. I zostałem, Polska mnie nie wyrzuciła.

24 października minął rok od pańskiej nominacji na stanowisko ambasadora w Polsce. Co udało się w tym czasie osiągnąć, a nad czym trzeba jeszcze popracować?

- Ogólnie - jestem raczej zadowolony. Zaplanowałem, że w ciągu tego roku odwiedzę wszystkie województwa. W październiku musieliśmy odwołać wyjazdy do woj. podlaskiego i lubuskiego przez "shutdown" rządu USA. Ale w listopadzie się udało. Zobaczyłem, co się zmieniło w Polsce przez 15 lat, jakie minęły od mojego ostatniego pobytu. To bardzo imponujące.

Bardzo chciałem prowadzić dyplomację w nieco inny niż tradycyjny sposób. Stąd moje zaangażowanie w social media - wcześniej praktycznie nie używałem Facebooka czy Twittera. Ale koledzy, i sama Hillary Clinton, przekonywali, że "jak będziesz w Polsce, to musisz w to wejść, bo to skuteczny sposób komunikacji nie tylko z dyplomatami, ale ze zwykłymi ludźmi". I jak spróbowałem, to już po pierwszym tygodniu wiedziałem - to jest cudowna rzecz! Odpowiadam na każde pytanie i dostaję odpowiedzi. To dla mnie świetny warsztat.

Filmy, na których pracownicy ambasady próbują mówić po polsku, robią furorę na YouTube. Czy "dyplomacja na wesoło" to jest pana styl pracy?

- Dla mnie, jako "menedżera" ambasady, to tworzy atmosferę, ducha zespołu, drużyny, poczucie, że nie musimy być cały czas poważni, możemy się troszkę zabawić w pracy. Ale ważne jest jeszcze coś. Czasami ludzie mówią o Ameryce: "Supermocarstwo, chce zdominować świat". Naprawdę... (śmiech) nie chcemy dominować świata. Chcemy dzielić ten świat z naszymi partnerami. Próbujemy udowodnić, że nie mamy zamiaru kontrolowania wszystkiego, że możemy mieć do siebie trochę dystansu.

Ważne jest też pokazanie, że bardzo chcemy nauczyć się polskiego. Oczywiście jest to straszne wyzwanie (śmiech), bo robimy wiele błędów gramatycznych, ale mam wrażenie, że Polacy te starania doceniają.

Uważamy nasz język za bardzo trudny i doceniamy, gdy ktoś uczy się go z własnej woli. Ile pan się uczył przed pierwszym przyjazdem?

- Pięć miesięcy. Codziennie uczyłem się polskiego.

Ciężko było?

- Bardzo. Przez pierwszy miesiąc wracałem do domu i mówiłem do żony, że moje zęby, moje usta... wszystko boli! (śmiech).

Co sprawiło, że po latach chciał pan wrócić do Polski? Wiele razy dawał pan dowody sympatii dla polskiej kultury, polskiego jedzenia... Dlaczego akurat ta Polska?

- Trudno powiedzieć. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, w latach 80., gospodarka była w strasznym stanie, trudno było nawet kupić coś do jedzenia, a klimat polityczny był okropny. Ale mimo to Polacy byli niezwykle gościnni. Poczucie humoru - niezależnie od warunków życia - was nie opuszczało... Dzięki temu, mimo fatalnych stosunków dyplomatycznych, na szczeblu osobistym zawsze czuliśmy się tutaj jak u siebie w domu.

Od wstąpienia Polski do NATO, od czasu, gdy współpracujemy przy wspólnych projektach, czy to na rzecz demokracji na Ukrainie i w Gruzji, czy wojskowo w Afganistanie, mam osobiste przekonanie, że Polak to jest taki facet, którego dobrze mieć po swojej stronie w czasie konfliktu, w trudnych czasach. Uważam, że Polacy są bardzo dobrymi przyjaciółmi Amerykanów. A zawsze wolę przebywać wśród ludzi, którzy traktują mnie jak przyjaciela.

W Polsce dużą popularnością cieszy się amerykański serial "House of Cards", który pokazuje ciemną, brudną stronę gry politycznej w USA. Czy pana zdaniem polscy politycy powielają taki model, czy daleko nam do tego poziomu?

- (śmiech) Ten serial to oczywiście fikcja, jest w nim sporo przesady - aby był większy dramatyzm...

Ale jakby pan jednak tę polską i amerykańską polityczną kuchnię porównał...

- Nie ma dużej różnicy. I w Polsce, i w USA zdarzają się w ludzie o - powiedzmy - ekstremalnym podejściu do polityki. I to wywołuje problemy w wielu demokratycznych krajach. Jednak tajemnicą sukcesu każdej demokracji jest kompromis. Zwykle najwięcej sukcesów odnoszą te rządy, których polityka lokuje się pośrodku poglądów społeczeństwa. Ale jeżeli trafią się ekstremiści, którzy nie chcą kompromisów, rządzenie krajem staje się trudne. Wyzwaniem każdej demokracji jest poszerzyć tę przestrzeń środka.

Amerykańscy politycy zawsze mówią o Polakach jako o "sojusznikach" i "przyjaciołach", sekretarz stanu John Kerry odwiedził niedawno Polskę, a równocześnie ustawa, zawierająca korzystne dla Polski zapisy dotyczące wiz do USA dla Polaków, utknęła w Kongresie. Jakie jest obecnie miejsce Polski w polityce zagranicznej USA?

- Ludzie myślą, że wymaganie wizy do USA jest skierowane bezpośrednio w Polskę. Tymczasem amerykańskie prawo nie traktuje wyjątkowo żadnego kraju. I dokładnie określa, kto może uczestniczyć w programie bezwizowym. W oczach urzędników stosujących prawo nie ma znaczenia, o który kraj chodzi. Oczywiście ja, mieszkając tutaj, wiem, że dla Polaków ma to wielkie znaczenie.

Prezydent Obama od wizyty Bronisława Komorowskiego w 2010 r. też zdaje sobie z tego sprawę. Prezydent Komorowski bardzo elokwentnie to wyraził: W Afganistanie Polacy służą razem z Amerykanami, a jak polski weteran chce spotkać się z amerykańskimi kolegami, musi stanąć w kolejce po wizę. Prezydent Obama odparł: Jeżeli Polska w myśl tych przepisów nie kwalifikuje się do programu bezwizowego, to może czas zmienić te przepisy. Od tego czasu pracuje z Kongresem, aby zliberalizować te przepisy...

Tylko że prezydent Obama ma problem z Kongresem...

- (śmiech) No właśnie, wracamy do tego, jak trudno jest czasami w demokracjach. Senat uchwalił ten projekt, jednak sprawa utknęła w Izbie Reprezentantów, kontrolowanej przez Republikanów. Miesiąc temu informowali, że do końca roku nie zamierzają nic robić w tej sprawie. Ale prywatnie wielu z nich mówi, że jest możliwość zaakceptowania części zapisów tego projektu. Wczoraj dostałem wiadomość o porozumieniu w sprawie budżetu. Myślę, że to dobry znak na nowy rok, że są szanse na więcej kompromisów. Nie mogę powiedzieć, kiedy dokładnie Polska będzie w tym programie, ale jestem przekonany, że taki dzień nastąpi.

A co z tarczą antyrakietową. Mamy kilkunastu amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi. Będzie ich więcej?

- Taki jest plan. W Polsce było już kilka zespołów technicznych, które sprawdziły teren w Redzikowie, gdzie ma powstać instalacja tarczy.

Sekretarz Kerry nieprzypadkowo odwiedził jednostkę w Łasku...

- Oczywiście. To zapowiedź naszej przyszłej współpracy. Trwają cały czas rozmowy z polskim Ministerstwem Obrony Narodowej...

A jak pan ocenia współpracę z MON?

- Fantastycznie. Bardzo często spotykam się z ministrem Tomaszem Siemoniakiem. Jesteśmy zaangażowani na każdym szczeblu ministerialnym i wojskowym.

W 2008 r. koordynował pan działania dyplomatyczne Stanów Zjednoczonych w Iranie. Jak ocenia pan porozumienie zawarte w Genewie?

- Bardzo pozytywnie. Wiem, jak trudne to były negocjacje, uczestniczyłem w nich od 2009 r. Postęp, który osiągnęliśmy wraz z naszymi partnerami europejskimi i Chinami, umożliwi zatrzymanie rozwoju programu atomowego Iranu i sprawi, że Teheran będzie dalej niż bliżej skonstruowania broni nuklearnej. Oczywiście jest taki jeden kraj w sąsiedztwie, którego premier, Benjamin Netanjahu, wyraził niepokój. Ale z tą umową region będzie bezpieczniejszy niż bez niej.

Sekretarz Kerry odwołał wizytę na Ukrainie i pojechał do Mołdawii, żeby pokazać, że Stany Zjednoczone "nagrodzą" współpracą te kraje, które postawią na współpracę z UE. Potępił też w ostrej nocie działania prezydenta Wiktora Janukowycza, ambasador USA w Kijowie przekazał jego słowa o poparciu Waszyngtonu dla narodu ukraińskiego. Czy to oznacza jakiś zwrot w polityce USA wobec Ukrainy? Jakich kolejnych kroków możemy się spodziewać?

- Uważamy, że stosowne miejsce dla Ukrainy jest w Europie. Mamy wrażenie, że takie jest też dążenie większości Ukraińców. Zgadzamy się z naszymi polskimi przyjaciółmi, że gdy Ukraina będzie związana z Europą, to Europa będzie bezpieczniejsza. Natomiast rząd ukraiński, zamiast zbliżenia, próbuje budować bariery. I to jest bardzo złe, szczególnie gdy dzieje się coś takiego jak kilka dni temu - ludzi uczestniczących w pokojowej manifestacji aresztowano, użyto wobec nich broni.

Tylko czy John Kerry nie dokonał złego wyboru, jadąc do Mołdawii, zamiast - jak Catherine Ashton - na Ukrainę, na Majdan?

- Sekretarz Kerry pojechał do Mołdawii właśnie dlatego, że rząd w Kiszyniowie pokazał chęć pracy na rzecz wstąpienia Mołdawii do UE. Jeśli rząd ukraiński wysyła sygnał, że nie chce podpisać umowy stowarzyszeniowej, to niespecjalnie jest o czym rozmawiać. Inicjatywa, pierwszy krok, musi wyjść od rządu Ukrainy.

Jesteśmy gotowi na zaangażowanie na szczeblu roboczym, dlatego też Victoria Nuland, podsekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich, była na Majdanie, rozdawała jedzenie protestującym, spotkała się z też prezydentem Janukowyczem. Ale sekretarz Kerry raczej się tam nie pojawi dopóty, dopóki rząd ukraiński nie zacznie przejawiać prawdziwej chęci działania w celu podpisania umowy stowarzyszeniowej.



*Stephen D. Mull - ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce od 24 października 2012 r. Urodzony w 1958 r. Mull jest zawodowym dyplomatą, członkiem Służby Zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Karierę zaczął w 1982 r. W przeszłości pracował na placówkach m.in. w Indonezji, na Bahamach, w Afryce Południowej oraz - dwukrotnie - w Polsce. Podczas pierwszego pobytu kontaktował się opozycją - władze PRL uznały go za szpiega. Po zmianie ustroju Polski wrócił nad Wisłę - w latach 1993-1997 jako radca polityczny ambasady USA koordynował dwustronne prace mające przygotować Polskę do członkostwa w NATO. Od sierpnia 2008 jako starszy doradca podsekretarza stanu ds. politycznych koordynował działania dyplomatyczne USA w Iranie, zarządzał działaniami kryzysowymi Departamentu Stanu w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 oraz prowadził negocjacje w kwestiach obrony narodowej USA.



Chcesz na bieżąco śledzić sytuację za granicą? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Tutaj znajdziesz wersję na telefony z Androidem >>> A tutaj wersję na Windows Phone >>>

Zobacz także
Komentarze (157)
Zaloguj się
  • 3miastoorg

    Oceniono 379 razy 245

    Co roku ambasada USA zamawia w niektórych mediach serię artykułów mających na celu ocieplić wizerunek Stanów Zjednoczonych w Polsce. Polacy niegdyś zakochani w Ameryce, dziś mają ten kraj w głębokim poważaniu.

  • o.666

    Oceniono 119 razy 61

    beda od nas brac mieso armatnie a w zamian bedziemy im dawac bazy wojskowe

  • nazwa_niepoprawna

    Oceniono 118 razy 58

    "Po polsku mówi z przepysznym amerykańskim akcentem. Podczas rozmowy gestykuluje jak południowiec. Mówi kwieciście, barwnie, nie stroni od żartów" - no nie da się mieć dobrego zdania o pracownikach warsztatów pracy zleconej, tylko przez pomyłkę zwanych redakcją.

    Czy ambasador gestykuluje jak południowiec z południa Stanów, czy może jak południowiec europejski? Niestety, redachtór Gostkiewicz tego nie wyjaśnia.

    Gostkiewicz takie pytania to może zadać komentatorowi CNN, a nie dyplomacie, bo z góry wiadomo, że odpowie... dyplomatycznie.

    Ja jednak uwielbiam to nowoczesne dziennikarstwo Gazety - pełne bzdetów zupełnie o niczym, pozbawione jakiegokolwiek podłoża merytorycznego, ale za to pełne również młodzieńczego zapału :)

  • nosorozecwlochaty

    Oceniono 99 razy 51

    Ciekawe dlaczego nie padło pytanie: A był pan tym szpiegiem czy nie? :)

  • kwiecien45

    Oceniono 188 razy 42

    W polityce nie liczy się czy ktoś jest miłą, wręcz czarującą osobą, tylko czyje realizuje interesy.
    Skoro mamy wspólne interesy z USA to fajnie, że przysłały takiego symatycznego ambasadora, a nie jakiegoś nabrzdyczonego buca.
    Nie sądzę aby sam Ambasador za nami nie przepadał, skoro nauczył się języka polskiego i promuje naszą kulturę, kuchnię itd.
    Szkoda, że efekt dorego wywiadu zepsuły tutaj wpisy rosyjskiej agentury wpływu bardzo aktywniej na tym forum od pewnego czasu.
    Ona chcą wywołać wrażenie, że sam Ambasador i USA nie cieszą się sympatią Polaków, a to oczywista nieprawda.
    Może miłość do USA już nam przeszła ale symatia pozostała.
    Pogodnych i Rodzinnych Świąt życzę.

  • sasquatch-junior

    Oceniono 74 razy 34

    How f*****g sweet.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX