"Lekarz dowcipkował, że wpierw włożyłam sobie palec z salmonellą do kręgosłupa, a potem zrobiłam sobie nim dziurę w d..." [116 DNI NA BANACHA]

Wiadomości >  Wiadomości dnia
Joanna Berendt, współpraca Dominik Tomaszczuk
14.11.2013 07:00
A A A Drukuj
- Mąż odszedł. Sytuacja go przerosła. Ale nie mam żalu. Miesiącami dzień w dzień bez słowa skargi mył mi tyłek, zmieniał pampersy i masował to porżnięte po operacjach ciało... On i córka przez dwa lata żyli z ropą, krwią i gównem. Dwa lata! Nie dziwię się, że nie wytrzymali. Nikt normalny by tego nie wytrzymał - opowiada nam Grażyna Garboś-Jędral, która padła ofiarą serii błędów lekarskich i wygrała najwyższe odszkodowanie w sprawie medycznej w kraju. Wyrok jest na razie nieprawomocny.
Grażyna Garboś-Jędral w listopadzie ub.r. wygrała w sądzie I instancji najwyższe odszkodowanie w kraju w sprawie o błędy medyczne. Jeżeli Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzyma poprzedni wyrok, Samodzielny Publiczny Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha będzie musiał swojej dawnej pacjentce - i pracownicy - wypłacić z odsetkami minimum 5 mln złotych. Do rozprawy dojdzie 21 listopada.

Szpital nie przyjmuje dziś zarzutów pani Grażyny. Faktom jednak ciężko zaprzeczyć: kobieta trafiła do szpitala z zawałem serca, z którym lekarze sprawnie się uporali, a wróciła do domu 116 dni później z I grupą inwalidzką i niezdolnością do prowadzenia samodzielnej egzystencji. I do wszystkich nieszczęść, które stały się jej udziałem, doszło w czasie, gdy znajdowała się pod ścisłą opieką lekarzy renomowanego szpitala.

W pierwszej części rozmowy opisaliśmy, jak Grażyna Garboś-Jędral po zawale serca doświadczała ogromnego bólu w klatce piersiowej - rezultat zapalenia nerwów międzyżebrowych - i jak założono jej trzy blokady przeciwbólowe. Lekarz wykonał je nie na sali zabiegowej, ale na zwykłym łóżku szpitalnym. W tym czasie na oddziale panowało zakażenie salmonellą i pani Grażynie wszczepiono do kręgosłupa bakterie salmonelli. W rezultacie na rdzeniu kręgowym powstał ropień, który doprowadził do sparaliżowania kobiety. W trybie pilnym przeprowadzono operację. Kobieta tylko cudem nie zmarła i nie straciła całkowicie władzy w nogach.

Na tym jej nieszczęścia się nie skończyły. Uraz kręgosłupa spowodował brak czucia w dolnej części ciała i niemożność samodzielnego wypróżnienia się. Zabieg lewatywy - jak uznali biegli i sąd - został jednak źle wykonany. Skutek? Uszkodzenie błony śluzowej jelita grubego. Pani Grażyna przez kilka tygodni doświadczała krwawienia z odbytu i ogromnego bólu. Diagnozy i odpowiednich badań brak - lekarze nie wykonali kolonoskopii. Miesiąc po zabiegu pacjentka trafiła na OION - Oddział Intensywnej Opieki Neurologicznej, gdzie - jak nam opowiada - "dopiero zaczął się horror...".

Pierwsza część rozmowy z panią Grażyną >>>

Joanna Berendt: Poprzednią rozmowę skończyłyśmy na tym, że przewieziono panią na OION. Co się stało?

Grażyna Garboś-Jędral: - Trzy dni przed tym zrobiła mi się przetoka. Miejsce uszkodzenia błony śluzowej mi zgniło i zrobiła mi się dziura między pochwą i jelitem. 25 sierpnia - czyli miesiąc po tym, jak mi źle wykonano tę lewatywę - kał zaczął mi się wylewać przez pochwę.

Pielęgniarki natychmiast zawołały lekarza urologa. Ale pan doktor przyszedł i najpierw się na nie wydarł, czemu mnie nie umyły, skoro "cała w gównie jestem" - użył dokładnie tych słów. A kiedy zorientował się, co się dzieje, to się roześmiał! I błyskotliwie zauważył: "Rzeczywiście, gówno jej pochwą wychodzi!".

Co takiego?!

- Tak! Powiedział to w obecności kilku innych osób. Wcześniej, kiedy zgłaszałam problemy z oddawaniem moczu - miałam ropomocz i krwiomocz... - to powiedział tylko: "Jak szczała, tak będzie szczać". Skutki tamtego zapalenia odczuwam do dziś. Przed dłuższym pobytem poza domem na wszelki wypadek nie piję przez dwa dni...

Ale wracając do pana doktora, to był z niego rzeczywiście przyjemniaczek. Jak pytałam o niego pielęgniarki, to mówiły, że on już tak ma.

W naszej poprzedniej rozmowie też opowiadała pani o wątpliwych zachowaniach lekarzy względem pani. Wobec innych pacjentów też się tak zachowywali?

- Nie mam pojęcia! Ale proszę sobie wyobrazić, że jeden z lekarzy - tego akurat dobrze znałam - chodził po szpitalu i dowcipkował, że wpierw włożyłam sobie palec z salmonellą do kręgosłupa, a potem ten sam palec włożyłam sobie do d... i zrobiłam sobie w nim dziurę...

Nie chce się wierzyć. Skąd pani wie, że tak mówił?

- Znajomi ze szpitala mi donosili. Przecież ja tam wcześniej pracowałam, pomogłam wielu osobom... I dlatego nie wiem, dlaczego lekarze tak się wobec mnie zachowywali. Może chodziło o to, że po tym, jak przez kilka lat broniłam ich w sądzie, to nagle znalazłam się po drugiej stronie barykady.

Lekarze dopiero, jak zrobiła się pani ta przetoka, zorientowali się, że lewatywa doprowadziła do uszkodzenia jelita grubego?

- To mnie zaczęło wtedy świtać, że ta przetoka to chyba przez tę lewatywę. Co do lekarzy - ciężko powiedzieć, bo do tej pory żaden tego nie przyznał, choć jedna z biegłych w sądzie stwierdziła, że nie ma co do tego wątpliwości.

Zobacz opinię biegłej dr Petryny-Sokołowskiej o lewatywie >>>

Zobacz opinię prof. F*. dla firmy ubezpieczeniowej >>>

To skąd według lekarzy wzięła się przetoka?

- Oni głównie zajmują się udowadnianiem, że przetoka nie była wynikiem źle przeprowadzonej lewatywy. Nie znajdują jednak żadnej innej wiarygodnej przyczyny. Tacy są mądrzy. Ale jakie to ma w gruncie rzeczy znaczenie? W końcu do tej przetoki i jej koszmarnych konsekwencji doszło mimo tego, że od dwóch miesięcy byłam non stop pod opieką lekarzy!

Zobacz opinię biegłego dr. Walczyńskiego o lewatywie >>>

Tak czy inaczej sąd przychylił się do racji moich i tej biegłej. W uzasadnieniu wyroku napisał, że przetoka pochwowo-odbytnicza była wynikiem źle wykonanej lewatywy. Zresztą dr G. przy opisie któregoś zabiegu chyba się pogubił, bo przypadkiem napisał, że podczas rektoskopii znaleziono miejsce, które "prawdopodobnie odpowiada miejscu przebicia odbytnicy w kierunku pochwy".

Opis badania dr. G. >>>

Gdy w trakcie rozprawy pytałam go, co to znaczy, odpowiadał, że trzeba o to zapytać biegłego. Powiedział, że nie będzie tłumaczył tego, co sam napisał. Całe jego zeznanie to żart. Odpowiadał albo że nie wie, albo że nie pamięta.

Zobacz fragment zeznania dr. G >>>

Może to nie jest takie znowu dziwne? W końcu minęło już kilka lat.

- Przecież on leczył mnie przez kilka miesięcy, a ja nie byłam zwykłą pacjentką, wcześniej razem pracowaliśmy...

A co się stało, jak już zrobiła się pani ta przetoka?

- Po trzech dniach byłam w takim stanie, że zaczęłam tracić przytomność. Po prostu umierałam. Lekarka, która była mi życzliwa, dosłownie płakała nade mną, pytając: "Co oni z panią zrobili?!".

Był piątek po południu i wszyscy albo już wyszli do domu, albo byli w blokach startowych. I mój mąż musiał biegać po całym szpitalu i robić awantury, bo nie było nikogo, kto by się mną zajął. W końcu sam zawiózł mnie na łóżku na OION. Dosłownie im mnie wepchnął na tym łóżku, kazał mnie przyjąć, mówiąc, że umieram. Łaskę mu zrobili, że mnie przyjęli. I tam to dopiero zaczął się horror...

"Dopiero"?

- Zapadła decyzja, by wyłonić mi stomię - czyli sztuczny odbyt na brzuchu - aby przetoka mogła się zagoić. Tomografia i USG nie wykazały niczego istotnego, więc w końcu zlecili mi kolonoskopię. Ale ponieważ miałam kompletnie zapchane jelita - w wyniku stanu zapalnego zamknęło mi się światło jelita - kierownik oddziału kazał kupić w szpitalnej aptece preparat X-Prep i wypić 6 litrów wody...

I się zaczęło. Cała ta zawartość jelit zaczęła mi się przez tę przetokę wylewać. Trwało to godzinami, aż odparzeń dostałam... Wyłam z bólu! Przez cały weekend musiała być ze mną córka albo mąż, by mnie obmywać. W końcu pielęgniarka zlitowała się i powiedziała córce, aby kupiła Sudocrem, żeby mi te bąble nie popękały. Trochę pomogło... Nie wiem, co by było, gdyby nie mąż i córka... Do badania ostatecznie i tak nie doszło, bo mimo tego, przez co przeszłam, uznano, że "źle było przygotowane jelito grube".

Czyli robi się pani przetoka, wyjątkowo paskudna. Nie wiadomo, skąd się wzięła, kolonoskopii zrobić nie można. Mają wyłonić pani stomię. I co się dzieje?

- Pani ginekolog, która była u mnie dwa razy na OION-ie i wiedziała o przetoce, zleciła konsultację u siebie na oddziale. Ja wtedy w ogóle nie chodziłam, miałam bezwładne nogi, ciągle traciłam przytomność.

Więc mąż z córką najpierw próbowali mnie przewieźć do pani ginekolog na łóżku, ale okazało się, że nie mieszczę się z nim do drzwi gabinetu. Przełożyli mnie więc na kozetkę - nikt im w tym nie pomagał. Dopiero do gabinetu pani doktor zawołano rehabilitantów, aby ułożyli mnie na łóżku ginekologicznym. Wszystko to trwało prawie godzinę.

Tymczasem przychodzi pani doktor i zaczyna krzyczeć, że nie będzie mnie badać, bo "tu wszędzie jest kał!". Że czemu ja jej to łóżko zabrudziłam i kto to teraz będzie sprzątać?! Nawet się do mnie nie zbliżyła. A ja tam leżałam naga, bezwładna, brudna...

To musiało być dla pani koszmarne.

- Było. Jakbym nie była już dość upokorzona. Po co więc mnie tam ciągnęła? To jest lekarz? To jest kobieta...?

Później przyszedł do nas na OION dr I. i przez dwie godziny opowiadał mi, córce i mężowi, że mam raka jelita grubego i trzeba mi będzie odbyt usunąć. A rozpoznania dokonał na podstawie badania palcem, które wykonał dzień wcześniej jego kolega. Ten kolega napisał zresztą w karcie o podejrzeniu nowotworu ze znakami zapytania.

Zobacz fragment historii choroby z zapisem o podejrzeniu nowotworu >>>

Żadnych innych badań nie było?

- Poza tomografią i USG było jeszcze jedno badanie palcem. Dr I. sam je wykonał i napisał w karcie: "Nie ma w zasięgu palca stwierdzenia zmiany guzowatej"... A mi mówił, że mam raka i trzeba mi odbyt usunąć.

Zapytany przez nas dr I. zaprzecza, by mówił pacjentce o nowotworze >>>

Ale najgorsze przypuszczenia się ostatecznie nie potwierdziły, prawda?

- To nie były przypuszczenia. Oni wiedzieli, że nie mam raka. Chcieli mnie okaleczyć na całe życie tylko po to, by zatuszować ślady swojego partactwa, które doprowadziło do powstania przetoki. Ale im się to nie udało, bo... im na stole umarłam! Rok po operacji dowiedziałam się od znajomego ze szpitala, że dostałam zapaści i dlatego tylko nie wykonali swojego planu. Zdążyli mi jednak rozerżnąć brzuch przez - jak to ujął biegły - "zwiadowcze otwarcie jamy brzusznej". Sąd napisał w wyroku, że moje rozumowanie "nie jest pozbawione logiki". A oni oficjalnie mówili, że operację przerwali przez zrosty...

Zobacz, co na ten temat twierdzi szpital i co sąd I instancji napisał w uzasadnieniu wyroku >>>

I od czasu operacji wyłonienia stomii - to było 1 września - nikt w ogóle nie wymówił przy mnie więcej słowa "rak". Kiedy zapytałam prof. J. z Kliniki Chirurgii, czy pobrali mi wycinki do badania histopatologicznego, on odpowiedział, że nie. Nikt nie zrobił żadnych badań, aby tego raka wykluczyć. To tylko dowodzi tego, że wiedzieli, że nie ma czego wykluczać.

Nie była pani zaniepokojona? Najpierw słyszy pani o nowotworze jelita grubego, a potem nagle cisza jak makiem zasiał, mimo że nikt żadnych badań nie zrobił?

- Zaniepokojona?! Ależ ja im jeszcze wtedy ufałam... Bo to byli moi dawni koledzy z pracy, ja byłam w "swoim szpitalu", u siebie! Poza tym to był mój czwarty miesiąc w szpitalu, byłam sparaliżowana, kondycja psychiczna zero, a po zawale, neuralgii, ropniu, salmonelli, przetoce jeszcze raka mi brakowało... Byłam wdzięczna, że nie słyszę już nic więcej o jakimś nowotworze. Niemal modliłam się, żeby znowu nie zaczęli o nim mówić... Wtedy jeszcze nie myślałam: "Nie mam raka? A więc skłamali!". Dopiero potem zaczęłam się wszystkiego domyślać.

Na dodatek miałam nowy kłopot - zakażenie rany pooperacyjnej bakteriami kałowymi. To był jakiś horror. Wszystko mi tam w środku ropiało, co się przewróciłam na bok, to mi się z tej rany po prostu wylewało... Wszystko było w tej ropie - opatrunki, piżama, pościel... Całe łóżko.

Pomogła mi instrumentariuszka, która bez wiedzy przełożonych założyła mi dren, przycięła szwy, pobrała próbkę na posiew i potem robiła mi płukanki z antybiotyków. Uratowała mi życie. Bardzo jej jestem wdzięczna.

To już koniec pani cierpień, prawda?

- Jeszcze tylko przepuklina pooperacyjna. Wykazało ją badanie tomografem zrobione dwa tygodnie po tej operacji z 1 września.

Zobacz opis badania tomografem >>>

Ale oficjalnie nikt mi nie przekazał wyników tego badania ani - z niezrozumiałych dla mnie powodów - nawet nie odnotował ich w karcie. Dopiero ktoś z personelu - nie mogę powiedzieć kto - przyszedł do mnie i powiedział, że lekarze ukrywają przede mną, że mam przepuklinę. Idę więc do dr. G. i pytam, o co chodzi. On zapewnia, że wszystko jest w porządku, tylko ktoś źle zinterpretował obraz stomii... Wtedy już przeszło mi przez myśl, że może kłamać, ale miałam nadzieję, że wszystko samo się ułoży. Ja już po prostu tak bardzo nie chciałam chorować... A do tego zaraz miałam się przenieść do szpitala na Sobieskiego na rehabilitację. Byłam skupiona na tym, aby ponownie nauczyć się chodzić.

W końcu stanęła pani na nogi?

- Dosłownie! Spotkałam tam wspaniałych ludzi. Przywrócili mi wiarę w siebie i dali nadzieję na przyszłość. To dzięki nim jestem dziś w dużym stopniu samodzielna. Potrafię pokonywać schody na trzy sposoby. Jak nie na nogach, to umiem wejść na czworakach, zejść na pupie... Umiem się ubrać przy użyciu jednej ręki, podnieść w najbardziej ekstremalnych warunkach...

Miała pani indywidualnego rehabilitanta?

- Tak, dostałam takiego fajnego dużego chłopaka, żebym czuła się bezpieczniej. Uczył mnie chodzić "na głowę". Nie mam w nogach prawie w ogóle czucia, nie mogę na nich polegać. Wytresowałam swoje nogi - jak się tresuje psa - żeby poruszały się tak, abym się nie wywracała. Dlatego nie mogę jednocześnie chodzić i mówić... Rehabilitacja poszła tak dobrze, że ostatniego dnia ten chłopak uczył mnie już tańczyć! A przywieźli mnie tam sześć tygodni wcześniej na łóżku, niechodzącą, w absolutnej depresji, nienadającą się do niczego... Wyszłam pod koniec listopada z nowymi siłami.

Ale zauważyłam też coś niepokojącego. Jak rozpoczęłam rehabilitację, to zaczął mi się powiększać brzuch. Puchł mi po prostu. I okazało się, że to ta przepuklina. Biegła napisała, że była wielka jak 9-miesięczna ciąża. A jak trafiłam w grudniu z powrotem na Banacha, to wszystkim lekarzom oczy z orbit wychodziły. I wtedy to po raz pierwszy naprawdę szlag mnie trafił!

Zobacz opinię biegłej o przepuklinie >>>

I co na to dr G., lekarz, który zapewniał panią, że przepukliny nie ma?

- Zrobiłam mu taką awanturę, że papierami rzucił i powiedział, że mnie nie będzie leczył. Napisałam więc list do prof. J. I on wtedy oddał mnie szpitalowi na Solcu. Mnie powiedział, że jadę tam na konsultację. Do szpitala napisał jednak formalne pismo, w którym poprosił ich, aby dokończyli moje leczenie. Sprzedał mnie.

List prof. J. do szpitala na Solcu >>>

Wylądowałam na Solcu i choć w ciągu kilkunastu miesięcy miałam tam trzy poważne operacje, na cześć tamtejszych lekarzy mogłabym peany pochwalne pisać! Dobrze posprzątali po tych z Banacha.

Tylko przepuklina okazała się nieoperacyjna... I postanowiłam jej nie odpuścić. W sądzie zapytałam potem prof. J., dlaczego w historii mojej choroby nie ma żadnej wzmianki o przepuklinie - i zapaleniu otrzewnej - skoro lekarka opisująca badania tomografem wyraźnie na nią wskazała. A on odpowiedział, rozkładając teatralnie ręce: "Nie ma, bo nie ma"!

Zobacz zeznanie prof. J. >>>

I tyle?

- Tak powiedział! Sędzia w wyroku napisała później: "Nie zasługują na wiarę zeznania J. w części dotyczącej niewiedzy świadka o braku w historii choroby informacji dotyczącej przepukliny pacjentki i zapalenia otrzewnej... Zdaniem Sądu Okręgowego pan profesor mijał się z prawdą, odpowiadając sprzecznie i unikając odpowiedzi na zadane pytania". Czy to nie dyskwalifikuje profesora medycyny, który naucza nowe pokolenia lekarzy?

Ile w sumie spędziła pani czasu w szpitalach, zanim pierwszy raz wypuszczono panią do domu?

- Pół roku ciurkiem. Jak trafiłam na Banacha w nocy z 1/2 czerwca, tak pierwszy raz wypuszczono mnie na przepustkę ze szpitala na Sobieskiego w listopadzie. I bałam się, że mi w dekiel wali. W kółko pytałam, czemu liście na drzewach takie żółte. "Jesień jest", odpowiadali mi.

Pamiętam, że mąż wyniósł mi fotel do ogrodu, postawił go przy stawie i ja w tym fotelu siedziałam i gapiłam się na te liście. Nie mogłam pojąć, że pół roku wypadło mi życiorysu.

A nie tylko pół roku życia pani straciła.

- Wie pani, w młodości byłam akrobatką, piramidy stacjonarne stawiałam. Przez całe dorosłe życie polowałam, doszłam do funkcji zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Polskiego Związku Łowieckiego... A dziś nie mam nawet pracy, którą uwielbiałam. Zostałam z nogami, które nie działają, z fatalną przemianą materii, złym krążeniem, przepukliną, brakującymi kilkoma metrami jelit i kilkoma innymi rzeczami, których albo nie mam, albo w ogóle nie działają...

Wydaje się jednak, że całkiem nieźle daje sobie pani radę.

- Ja sobie radę daję dużo lepiej, niż to wynika z moich papierów. Ale w większości przypadków jestem bezsilna. Jestem tu sama, nawet nie mogę wsiąść za kierownicę samochodu, bo nie mam czucia w nogach. Ostatnio upadłam i wybiłam sobie bark. Mogę zadzwonić po pogotowie, ale oni powiedzą mi, że ja się nie kwalifikuję do szpitala i że oni nie są po to, aby wozić mnie na rentgeny. I co mam zrobić? Wie pani, w Polsce nie przewidziano prawie żadnej pomocy dla osób niepełnosprawnych.

Wspominała pani o mężu. Co się z nim stało?

- Nie ma. Jak napisano w wyroku, "sytuacja go przerosła". Zostawił mnie. Ale nie mam żalu. Wyszłam za wspaniałego człowieka. Normalni faceci zostawiają żony, jak rodzi im się kalekie dziecko... A on miesiącami dzień w dzień bez słowa skargi mył mi - za przeproszeniem - tyłek, zmieniał pampersy i masował to porżnięte po operacjach ciało, z którego lała się ropa...

Tak samo moja córka. Po operacjach na Solcu miałam tak zniszczone powłoki skórne od tej przepukliny, że żadne szwy nie chciały się trzymać. Sklamrowali mnie więc. Wytworzyła się martwica, rana nie chciała się goić. Moja córka jeździła do szpitala, żeby się nauczyć, jak oczyszczać ranę i wycinać te martwe fragmenty, by się wszystko mogło zagoić. Dwa razy dziennie zmieniała mi opatrunki i wycinała te sczerniałe tkanki. Dzięki niej nie musiałam spędzać kolejnych tygodni w szpitalu, tylko w domu. Miała wtedy zaledwie 19 lat.

Córka i mąż przez dwa lata żyli z ropą, krwią i gównem. Dwa lata! Ja się nie dziwię, że nie wytrzymali. Nikt normalny nie byłby w stanie tego wytrzymać.

Została pani sama?

- Tak, córka i syn mieszkają daleko. Miałam więc okazję przekonać się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie... I odejście męża wyszło mi na dobre. Żyliśmy obok siebie bardzo długo, ale ponieważ był przy mnie, to nikt z moich znajomych nie sądził, że potrzebuję pomocy. A ja nie chciałam prosić. Dopiero jak go zabrakło, to zaczęli mi pomagać. Mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć.

Ale mieszka pani sama. I pani dom nadal robi wrażenie... Skąd ma pani środki na jego utrzymanie?

- Jestem zadłużona po uszy. Mam komorników na głowie. Od 4 lat usiłuję sprzedać dom w wielu agencjach nieruchomości i w internecie, co - jak widać - dotąd mi się nie udało, a długi rosną lawinowo...

To na to poszłoby odszkodowanie?

- Poszłoby na to, abym mogła żyć. I na zabezpieczenie mojej przyszłości, kiedy już w ogóle nie będę w stanie chodzić. Mam usunięte trzy łuki kręgowe i z wiekiem coraz mniej czuję nogi i ręce. Niedługo mogę stracić w nich czucie całkowicie. I co wtedy?

* Inicjały wszystkich lekarzy zostały zmienione na przypadkowe.

W następnych dniach opublikujemy kolejne materiały, w których przeanalizowaliśmy linię obrony szpitala i kwestię odpowiedzialności, tzn. kto na koniec ponosi konsekwencje za błędy lekarzy SPCSK.

Napisz do autorów: joanna.berendt@agora.pl; dominik.tomaszczuk@agora.pl

Tagi:

  • 21
  • 203
Komentarze (458)
Zaloguj się
  • malgorzata685

    0

    Nie rozumiem jednego, dlaczego jest przedawnienie....przecież przy takim czymś, to jest 10 lat przedawnienia bo to co najmniej występek, a teraz to juz nawet 20 lat...

  • 0

    Oczywiście czytając byłam coraz bardziej wstrząśnięta, jak wszyscy. Tylko nie w łapy naszej służby zdrowia! Ale kiedy doczytałam do ostatniego akapitu pomyślałam coś brzydkiego i nie mogłam się tej myśli pozbyć: teraz ta pani wie, jak czuje się śmiertelnie zranione zwierzę, czekające na dobicie przez śmiejącego się myśliwego. Ciekawe, czy jeszcze będzie cieszyć się polowaniem.

  • jedyny_twardziel

    0

    Lekarz się często myli.
    I właśnie dlatego,
    Wiarę należy przenieść:
    Na siebie samego.

  • slodkipapla

    Oceniono 2 razy 0

    Sprawa taka troche dyskusyjna, z jednej strony zal pani ktora dotknelo nieszczescie. Jest prawniczka wiec sobie w kasze dmuchac nie pozwala.
    A co gdyby nie byla prawniczka specjalizujaca sie w sprawach o odszkodowania medyczne.
    Gdy wybronila szpital przed odszkodowaniem za blad w sztuce. jak sama przyznala, z moralnego punktu widzenia odszkodowanie sie nalezalo, a z prawnego punktu widzenia niestety nie... To z moralnego punktu widzenia miala w dupie tragedie czlowieka, taka praca....
    rzadko sie zdarza, ze tragedia dotyka wlasciwego czlowieka... w jej przypadku nalezalo sie...
    Co to znaczy ze z moralnego punktu widzenia nalezaly sie a z prawnego nie,,, bo co poszkodywana osoba miala marnego prawnika albo za malo kasy zeby wygrac z instytucja...
    Ja juz ja sobie wyobrazam, od pierwszego dnia w szpitalu, w pierwszy dzien po zawale w karetce grozi sanitariuszowi prokuratorem jesli ja nie zawiezie do wskazanego szpitala, a pozniej co roz to kazdego straszy prorkuatorem...
    Ludzie byli zestreswani i popelnili lancuch bledow w sztuce,,, Jakby u mnie w pracy nademna stal klient ciagle patrzyl na rece i ciagle mi przypominal ze jak cos zepsuje to mam prokuratora nad soba, to by mi sie tak rece trzesly ze bym na pewno cos zepsul...
    Prawniczki mi nie zal, tak samio jak policjanta, z wyjatkami , polityka i zlodzieja...

  • felinecaline

    Oceniono 3 razy 1

    Czy moj komentarz sprzed paru minut byl niewygodny?
    Powtarzam: najwieksza przysluga, jaka lekarze z "Banacha" mogli wyswiadczyc tej pacjentce (i innyl) to przeprowadzenie zabiegu "blokady" na sali, w ktorej lezala, w "towarzystwie" swoich wlasnych, osobistych bakterii, z ktorymi zyla w pewnej symbiozie, jak wszyscy z nas, ktorzy jestesmy nosicielami roznych szczepow, ddla nas nie agresywnych.
    Zakazenia tzw "nosocomialne" natomiast powoduja szczepy "obce" np bytujace w innych salach na oddziale.

  • Oceniono 1 raz -1

    Myślałem, że przez 20 lat coś w służbie zdrowia drgnęło,tymczasem jesteśmy na poziomie Mozambiku a pacjent jest tylko statystyką do przemielenia przez system. Wszystko od czasu komuny zmieniło się na lepsze a pozostał jedynie strach przed dostaniem się w szpony służby zdrowia. Nie pomogą żadne Medicovery, LuxMedy czy inne namiastki prywatnej opieki bo z przypadkami trudnymi i tak trafi się do publicznego szpitala gdzie lekarze mają wszystko w głębokim poważaniu. Ten artykuł jest najlepszym argumentem dla oddania całej służby zdrowia w ręce prywatnych ubezpieczeczycieli i prywatnych szpitali a Państwo zostawić tylko jako kolekcjonera i redystrybutora składek

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX