"Usłyszałam, że mam zaprosić całą klasę na lody. Słowem: syn się nie wkupi, to nie będzie lubiany" [LIST CZYTELNIKA]

25.09.2013 11:18
Jak znaleźć ciekawy zawód w oparciu o kompetencje cyfrowe? Młodzi ludzie poznają już odpowiedzi na te pytania.

Jak znaleźć ciekawy zawód w oparciu o kompetencje cyfrowe? Młodzi ludzie poznają już odpowiedzi na te pytania. (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Nagle kilku nauczycieli kluczowych przedmiotów poszło na długoterminowe zwolnienia lekarskie. Lekcje się w tym czasie nie odbywały. Uczniów sadzano w świetlicy przed komputerami, by grali w gierki. A program nauczania? Kto by się nim przejmował! - pisze do nas o państwowej podstawówce Czytelniczka, dołączając do naszej dyskusji na temat edukacji prywatnej i publicznej. Według niej nie można generalizować, gdy mówi się o złych szkołach społecznych i dobrych państwowych.
"Po przeczytaniu listu Pana Andrzeja: "Na rozmowie kwalifikacyjnej do szkoły społecznej dowiedziałem się, że mój syn jest małym troglodytą", ja także chciałabym się podzielić swoimi doświadczeniami - z dwóch szkół: niepublicznej i publicznej. Tak się złożyło, iż mój syn przez 4,5 roku uczęszczał do społecznej podstawówki, a przez 1,5 roku do szkoły publicznej. Mamy zatem porównanie. Zmiana szkoły podyktowana była wyłącznie zmianą miejsca zamieszkania.

A więc po kolei.

SZKOŁA NR 1: szkoła społeczna

Prowadzona przez STO, w średniej wielkości mieście powiatowym (pewnie to ma znaczenie; z pewnością taka szkoła różni się od szkół społecznych/prywatnych w dużych miastach, a zwłaszcza w stolicy). Czesne niewygórowane, być może ze względu na miejsce położenia szkoły. Kwota, na jaką spokojnie może sobie pozwolić rodzina, w której dwie osoby pracują i zarabiają mniej więcej na poziomie średniej krajowej. I dzieci z takich właśnie rodzin, nie superzamożnych, były w szkole większością. Klasy małe, maksymalnie 16-osobowe, cała szkoła kameralna, nauczyciele znają wszystkich uczniów. W szkole obowiązywały mundurki, więc nie było rewii mody.

1. Uczniowie

Całkowicie "normalne" dzieci, absolutnie nie żadne "rozwydrzone nowobogackie bachory" ani "maminsynki chowane pod kloszem". Nie było ani nadmiernego bratania się, ani nadmiernych konfliktów - najzupełniej normalne relacje, typowe dla grupy rówieśniczej. Przy tym: żadnego epatowania bogactwem. Ważne: co roku do klasy syna dołączała nowa osoba (zaczynali jako klasa 13-osobowa) i za każdym razem taka osoba miękko wchodziła w grupę, szybko się aklimatyzowała i integrowała z klasą. Nie było "szaleństwa urodzinowego" - każdy zapraszał, kogo chciał, nie całą klasę; urodziny urządzano w domach, nie w lokalach czy salach zabaw.

2. Rodzice

Akurat w naszej klasie nie było "krezusów", wśród rodziców byli np. nauczyciele, pracownicy różnych szczebli i stanowisk w przedsiębiorstwach, parę osób prowadzących własną działalność. Fakt, w większości byli to ludzie wykształceni, wykonujący pracę umysłową. Nie brataliśmy się ze sobą jakoś szczególnie, ale zdarzało nam się spotykać na szkolnych imprezach integracyjnych organizowanych dla uczniów i ich rodziców - i było sympatycznie. Co nas łączyło, to świadomość, że szkoła jest dla naszych dzieci, a nie odwrotnie i jeżeli pojawiały się jakieś nieprawidłowości (w jakiejkolwiek dziedzinie: podejście nauczycieli, relacje/konflikty między dziećmi, kwestie organizacyjne), to otwarcie o tym rozmawialiśmy podczas zebrań, przekazywaliśmy nasze uwagi i były one uwzględniane. Ogólnie szkoła bardzo liczyła się ze zdaniem rodziców i wszystkie ważne decyzje były podejmowane w porozumieniu z nimi.

3. Nauczyciele

Bardzo chętni do współpracy, otwarci, w stałym kontakcie. Mieliśmy do nich adresy e-mail i numery telefonów; regularnie każdy rodzic dostawał od każdego nauczyciela informacje pisemne na temat postępów, mocnych i słabych stron, ocen itp. swojego dziecka, w zakresie wszystkich przedmiotów. Nie było też trudności, aby umówić się na indywidualne spotkania. Szkolny pedagog również był bardzo aktywny, angażował się w rozwiązywanie konfliktów między uczniami, jeżeli się one pojawiały (w naszej klasie miała miejsce jedna sytuacja z poważniejszym konfliktem, który udało się rozpracować m.in. dzięki czynnej pomocy pedagoga i - co równie ważne - współpracy wszystkich rodziców).

4. Poziom nauczania

Dobry. Wysoki. Nie "bardzo wysoki", ale wysoki. Nie na poziomie wyścigu szczurów. Ale wymagający od uczniów pracy, wysiłku. Nie było stawiania ocen za czesne, szóstki powyżej klas I-III były stawiane oszczędnie, trzeba było na nie naprawdę zasłużyć. Równocześnie nauczyciele potrafili dzieci pozytywnie motywować, zachęcać, wzmacniać. Na dobrym poziomie odbywała się nauka dwóch języków obcych. W ramach zajęć z muzyki dzieci uczyły się m.in. gry na keyboardzie i na gitarze. Bardzo twórczo wyglądały zajęcia z plastyki, po których czasami urządzano wystawę prac uczniów w miejscowym muzeum.

Niestety, w połowie V klasy przeprowadziliśmy się i dziecko musiało zmienić szkołę. Ponieważ nie było w pobliżu szkoły społecznej, syn od drugiego półrocza poszedł do szkoły rejonowej, na wsi, gdzie zamieszkaliśmy.

SZKOŁA NR 2 - publiczna szkoła rejonowa

We wsi, w dość bogatej gminie (pewnie to ma znaczenie; z pewnością taka szkoła różni się od szkół wiejskich na terenach uboższych, zwłaszcza np. popegeerowskich). Klasy małe, kilkunastoosobowe, cała szkoła kameralna, nauczyciele znają wszystkich uczniów. Pomyślałam sobie: fajnie, syn będzie miał warunki zbliżone do poprzedniej szkoły, w dodatku za darmo. Nic bardziej błędnego.

1. Uczniowie

Wszystkie dzieci oczywiście znały się od dawna; od pokoleń znały się też ich rodziny, a spora część była ze sobą bliżej lub dalej spokrewniona. Akurat w tej klasie sami "lokalsi", nie było żadnego dziecka z ludności "napływowej". Syn absolutnie nie został przyjęty ciepło; może nie było jawnej wrogości, ale dawano mu odczuć, że nie jest "jednym z nich". W sumie do końca VI klasy nie zintegrował się w pełni z tymi dziećmi (chociaż nie był wyraźnie odtrącony). Tymczasem jeździł wielokrotnie na kolonie, chodził na półkolonie, w nowe środowisko wszedł zarówno w I klasie społecznej podstawówki, jak i później w gimnazjum - i nigdzie nie miał takiego problemu jak w tej klasie - więc raczej nie chodzi o to, że z synem jest coś nie tak.

2. Rodzice

Podobnie jak dzieci - znali się od pokoleń. Mnie też niewerbalnie dano odczuć, że jestem "obca", na zebraniach patrzyli na mnie jak na raroga i w zasadzie nikt się do mnie nie odzywał. Natomiast wszyscy ślepo wykonywali wszystko, czego zażądała wychowawczyni, nawet gdy było to kompletnie absurdalne.

3. Finanse

Tu chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię. W szkole społecznej płaciliśmy czesne i wiadomo było, co jest z tego finansowane, a resztę uzgadnialiśmy wspólnie (np. wycieczki, wyjścia klasowe, kwiaty na Dzień Nauczyciela, mikołajki itp.) i naprawdę wszyscy (rodzice i wychowawczyni) rozsądnie podchodzili do kwestii finansowych i starali się wybierać warianty oszczędne, a z niektórych propozycji po prostu rezygnowano.

W szkole publicznej ciągle ktoś chciał jakąś kasę na coś i wydawało się, że w tym temacie nikt nad niczym nie panuje. Była składka na radę rodziców (w szkole STO nie było), ale oprócz tego ciągle trzeba było przynosić pieniądze dosłownie na wszystko - wycieczka, przejazd autobusem, zajęcia plastyczne - nie wystarczy, że dziecko ma przybory, trzeba się składać na jakieś wydumane materiały. Wycieczki półdniowe kosztowały tyle samo co 3-dniowy wyjazd w szkole społecznej. Wychowawczyni zarządzała zbiórkę i wszyscy bez szemrania płacili. Widać było w tym jakąś straszną niefrasobliwość, na zasadzie: "lekko jest wydawać cudze pieniądze".

Panie z trójki klasowej też miewały dziwne pomysły: otóż oprócz kwiatów na zakończenie roku i Dzień Nauczyciela organizowały zbiórkę na kwiaty i bombonierkę dla każdego nauczyciela z okazji imienin! I reszta rodziców, jak stado baranów, przynosiła pieniądze. Dla mnie to absurd: uważam, że z okazji Dnia Nauczyciela kwiaty jak najbardziej się należą, ale celebrowanie imienin nauczycieli przez uczniów to przesada, mieszanie życia zawodowego z prywatnym - zupełnie niepotrzebne, a wręcz szkodliwe.

4. Nauczyciele

Pomimo kameralności szkoły mocno niedostępni, kontakt tylko w wyznaczonych porach, godziny zupełnie niedostosowane do pracujących rodziców. Początkowo niechętnie nastawieni do syna. Przyszedł do szkoły z niezłymi ocenami, ale nauczyciele nie chcieli mu ich "uznać", uważając, że w szkole niepublicznej te oceny najpewniej sobie kupił. Usiłowali (nie wszyscy) deprecjonować jego wiedzę i zdolności. Wychowawczyni sama mi to przyznała w rozmowie, dodając, iż nauczyciele "przyzwyczaili się, że najlepszym uczniem od zawsze jest X i nie chcą przyznać, że Y (mój syn) nie jest gorszy od X". Pod koniec V klasy to się zmieniło, po tym jak syn zdobył trochę laurów dla szkoły w międzyszkolnych konkursach, zostawiając X daleko w tyle. Nie mając wyjścia, musieli go oceniać według tych samych kryteriów.

Ciekawostka: parę miesięcy po rozpoczęciu nauki przez syna w tej szkole wezwała mnie pani pedagog (akurat też miała dziecko w tej klasie) na rozmowę. Zaczęła ubolewać, że widzi, iż syn nie zintegrował się z klasą, nie jest zapraszany na urodziny, często trzyma się z boku na przerwach. Na moją nieśmiałą sugestię, że może rolą wychowawcy i pedagoga szkolnego jest pomóc synowi w aklimatyzacji, pani zaproponowała mi urządzenie w domu imprezy i zaproszenie całej klasy. Gdy zaoponowałam, twierdząc, iż nie mam warunków do goszczenia kilkunaściorga 11-12-latków, pani miała gotowe rozwiązanie: "jest dużo lokali w okolicy, można zarezerwować część sali i zaprosić całą klasę na lody". Słowem: syn się nie wkupił, więc nie będzie lubiany. Do tego była to kolejna propozycja z kategorii "wydawanie cudzej kasy".

5. Poziom nauczania

Mizerniutki. Syn, który nie jest żadnym wybitnym geniuszem, po tym jak nauczyciele w końcu się do niego przekonali, na świadectwie z V klasy, na półrocze w klasie VI i na świadectwie VI klasy miał niemalże same szóstki od góry do dołu (plus nieliczne piątki). Dla porównania: w społecznej (klasa IV i półrocze V): czwórki i piątki. Niestety, oduczyło go to systematyczności i "uczenia się", gdyż zorientował się, że przy minimalnym wysiłku uzyskuje najwyższe możliwe oceny. Uczył się tylko do międzyszkolnych konkursów. Na angielskim nudził się jak mops, ponieważ klasa przerabiała to, co on już dawno umiał. Ciekawostka: chciał wziąć udział w jednym ogólnopolskim (komercyjnym) konkursie z jęz. angielskiego. Nauczycielka odmówiła zgłoszenia go, tłumacząc, że nie zgłasza swoich uczniów do tego konkursu, bo raz tak zrobiła i okazało się, że dzieci nawet nie rozumiały pytań.

Apogeum nastąpiło w pierwszym półroczu szóstej klasy, gdy kilku nauczycieli kluczowych przedmiotów równocześnie poszło na długoterminowe zwolnienia lekarskie. Lekcje się w tym czasie nie odbywały. Uczniowie w ramach zastępstw byli sadzani w świetlicy przed komputerami i grali w gierki. A program nauczania? A kto by się nim przejmował! Wiadomo, że wszyscy i tak pójdą do rejonowego gimnazjum, które ma obowiązek ich przyjąć i najwyżej inni nauczyciele będą się martwić.

Po miesiącu takiej sytuacji nie wytrzymałam i poruszyłam tę kwestię na zebraniu, domagając się zastępstw i realizacji programu. Zaczęłam działać na tyle skutecznie, że zastępcy się znaleźli i udało się lekcje zorganizować. Jakiś czas później parę matek spontanicznie mi podziękowało (!), twierdząc, iż to tylko dzięki mnie zorganizowano zastępstwa i "wie pani, nam to też się nie podobało, ale każdy bał się odezwać, żeby nie zaszkodzić dzieciom". To, że brak lekcji zaszkodziłby im bardziej, nie przyszło im do głowy.

Podsumowując: po tych doświadczeniach syn, rzecz jasna, zdecydował się na gimnazjum niepubliczne. Wstaje wcześnie rano, musi dojeżdżać, ale wszyscy uważamy, iż to była dobra decyzja.

Z pewnością jest tak, że ja i moje dziecko trafiliśmy akurat na DOBRĄ szkołę społeczną i NIEZBYT DOBRĄ szkołę publiczną, ale jest to dowód, że nie można generalizować, jakie to szkoły prywatne są be, demoralizują i psują dzieci, a szkoły publiczne to sam miód i orzeszki".

Dane Czytelniczki do wiadomości Redakcji

Masz podobne doświadczenia, co pan Andrzej? A może uważasz, że szkoły publiczne są znacznie gorsze? Zabierz głos w dyskusji. Napisz do nas: olga.kolakowska@agora.pl.

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o kolejnych materiałach na temat polskiej edukacji? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!

Zobacz także
Komentarze (88)
Zaloguj się
  • mariarkad7

    Oceniono 212 razy 190

    Tak, niestety, bywa na wsi. Jest inaczej, gdy dyrektorem jest mądra osoba, ale... układy, znajomości, strach przed wójtem, zależności i inne czynniki wpływają na to, ze konkursy wygrywają protegowani wójta. Takie później są skutki niekompetentnego zarządzania szkołami. Etyka na wsi? ZAPOMNIEĆ I TO NATYCHMIAST!!! Dzienniki elektroniczne pod kontrolą dyrektora i wara napisać cokolwiek innego niż chce dyrektor (ka) !!! Od razu rodzic na dywanik i... (TO JEST KLASYCZNY I STOSOWANY MOBBING), więc rodzice bojąc się o swoje dzieci, MILCZĄ TAK, JAK CHCE DYREKTOR (ka) KURATORIA SŁUCHAJĄ DYREKTORÓW, NIE DZIECI I ICH RODZICÓW!!! Też norma. Tyle na temat.

  • leoncino

    Oceniono 201 razy 137

    sama prawda

  • czaarek56

    Oceniono 101 razy 85

    Ciekawy list, zainteresował mnie, ale dlaczego urwany w połowie , czy ktoś w redakcji znów zaspał ....

  • mariusz-boro

    Oceniono 108 razy 74

    To w końcu kto napisał ten list? W nagłówku, w kwadratowym nawiasie stoi: "list czytelnika", na końcu: "dane czytelniczki do wiad redakcji", potem piszecie: "Masz podobne doświadczenia co pan Andrzej...?" , a tekście autorka pisząc o sobie używa formy żeńskiej. Oj ktoś się porządnie zakręcił w tej waszej redakcji. Ps. Mam podobne doświadczenia co osoba z artykułu ale na poziomie miejskiego przedszkola, też stado baranów (raczej owiec) w lot chwyta wszystko co wyduma wychowawczyni, na zebaraniach ogólnych są oklaski jak w tamtej epoce, broń boże wyjśc z propozycją zmian utartego schematu, a ogólne wrażenia takie, że dzieci w tym wszystkim liczą się najmniej.

  • olena.s

    Oceniono 78 razy 58

    A przypomnijcie mi, jakie były argumenty przeciwko bonom edukacyjnym, czyli czekowi, którym rodzice płaciliby za szkoły?
    Bo w miarę czytania takich tekstów coraz bardziej mi się ten pomysł uśmiecha.

    katar1.blox.pl/html

  • kripkenstein

    Oceniono 62 razy 48

    Gdyby w Polsce szkoły powszechne byy dobre, nie byłoby problemu z tym, że 90% studentów nie posiada kompetencji do studiowania. Co wiecej, ten proces nastepował sukcesywnie od końca lat 90-tych. Diagnoza: fatalne nauczanie poczatkowe, co póxniej przenosi się na starsze klasy. Dzisiejsi nauczyciele sa absolwentami postmodernistycznej papki pedagogicznej na polskich uczelniach; polska pedagogika to jedna z najgorzej uprawianych dyscyplin naukowych w Polsce - profesorowie pedagogiki konkurowac mogą z profesorami biednych krajów afrykańskich. Nic się nie zmieni w polskiej szkole dopóki nie zostanie zmieniony paradygmat uprawiania pedagogiki; ale to wymaga likwidacji instytutów pedagogiki w dotychczasowym kształcie; wczesnoszkolny nauczyciel powinien być ksztalcony w zakresie psychologii poznawczej i nauk kognitywnych.
    blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/644020,katastrofalna-kondycja-polskiej-pedagogiki.html

    Polska, typowa szkoła wyższa jest lepsza w dziedzinie naukowego uprawiania pedagogiki jedynie od typowej szkoły wyższej w Gruzji, Rosji, Czarnogórze, na Białorusi, w Azerbejdżanie, Albanii, Mołdawii i na Ukrainie. W Izraelu na publikację tekstu pedagogicznego, który spełnia międzynarodowe standardy naukowości, trzeba przeciętnie czekać w losowo wybranej szkole jedynie 116 dni, podczas gdy w Polsce ponad 45 lat. Jeden polski „pedagog-naukowiec” pisze pracę spełniającą międzynarodowe standardy akademickie w ciągu prawie 395 lat.

    blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/644373,pedagogika-polska-na-tle-afryki.html
    31-sze miejsce zajmowane przez Polskę w afrykańskim rankingu osiągnięć naukowych szkół wyższych w dyscyplinach pedagogicznych jest ze względów oczywistych skandalem. Wynik ten zawdzięczamy rozdrobnieniu ilościowemu szkół wyższych w Polsce. Ale nawet redukcja połowy z tych szkół poprawiłaby naszą pozycję jedynie do 25-go miejsca w Afryce. Nadal bylibyśmy gorsi od Etiopii (kraju targanego suszami i głodem), Sierra Leone (jeden z najbiedniejszych krajów świata), Rwandy (potarganej nie tak dawno krwawą rzezią domową) czy pustynnej Namibii.

  • cool77

    Oceniono 65 razy 35

    Mam podobne odczucia co do szkoły państwowej . Miasto wojewódzkie na wschodzie 350tys , przez 2 lata właściwie brak angielskiego ,jeden rok pani w pażdziernika dała nogę na zwolnienie zastepstwa - pani wożna , panie świetlicowe , wychowawczyni, rok drugi zatrudniono na jeden rok zastępczynie - dzieci oglądały filmy a lekcje trwały po 30m , ten rok -powrót anglistki na 3 tyg. i znowu czmych na zwolnienie . U dyrekcji sprawa sie wałkuje przez cały czas i nic - wczoraj stwierdzenie na radzie że przecież nic z łego sie nie dzieje .Fakt ale dobrego też nie. Spróbujemy napisać petycje do dyrektora i kuratorium ale ponieważ kilka lat wcześniej inne klasy też coś tam próbowały więc zapewne ma plery i nic nie tąpnie.

  • iremus

    Oceniono 31 razy 15

    Polecam zdjęcie powyżej pt : "szkoła" (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)
    ___________________________________________________________________________
    Zagadka: Co to za przedmiot, że na każdym monitorze uczniowie mają inny obraz???Matematyka?

  • komix1

    Oceniono 118 razy 8

    Przykład z tego tygodnia. Ósme miasto w PL, duże gimnazjum rejonowe, wg rankingu zdawalności egzaminu na koniec gimnazjum - w czołówce.
    Brak zajęć 11 października - chyba popijawa z okazji Dnia Nauczyciela, 14 października - Dzień Nauczyciela, 3 stycznia (leczenie kaca z okazji Nowego Roku - 2 stycznia oczywiście ustawowo wolny), 2 maja - wiadomo, 20 czerwca - piątek po Bożym Ciele i tak z reguły czerwiec jest na pół gwizdka, więc lenistwo usprawiedliwione.
    Oczywiście inne dni ustawowo wolne - dwa tygodnie - przerwa bożonarodzeniowa, dwa tygodnie ferii, tydzień - Wielkanoc, rekolekcje, itd.

    Dwa pierwsze dni tego tygodnia (czwarty od rozpoczęcia roku szkolnego)- wg planu córka powinna mieć 14 godzin, wypadło już 5 (!) - 3 w PN, 2 we WT. Ciekawe, ile będzie okienek do końca tygodnia...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje