"Na rozmowie kwalifikacyjnej do szkoły społecznej dowiedziałem się, że mój syn jest małym troglodytą" [LIST CZYTELNIKA]

Jakie są największe zalety szkół społecznych? Ich entuzjaści wymieniają bez wahania: klasy są małe, zajęć dodatkowych cały wachlarz, a w dodatku wszyscy znają się ze wszystkimi. Jednak czasem te zalety mogą okazać się... największymi wadami szkoły. O tym właśnie napisał do nas pan Andrzej.
Chciałbym podzielić się swoimi doświadczeniami z bycia "klientem" szkoły niepublicznej. Mamy dwoje dzieci - córkę, która właśnie kończy studia magisterskie na SGH, pracuje, realizuje swoje pasje, i 14-letniego syna (już gimnazjalistę), którego po pierwszej klasie szkoły podstawowej przenieśliśmy do szkoły społecznej. Zdecydowaliśmy się na to, bo pięć dni przed rozpoczęciem drugiej klasy okazało się, że dzieciaki będą chodziły do szkoły na trzy zmiany. Ustalono jakieś szalone godziny, które całkowicie dezorganizowały życie dziecka i rodziny. Ja i żona pracujemy, babcie co prawda mieszkają w Warszawie, ale w innych dzielnicach. Organizacja dojazdów zakończyłaby się klęską.

Zaatakowaliśmy zatem pobliską szkołę społeczną i okazało się, że Pani dyrektor jest fantastyczną osobą, chętną do pomocy i otwartą. Czesne było przystępne, a szkoła cieszyła się dobrą opinią.

"Wychowawczyni uznała, że 12 dzieci zamiast 11 dezorganizuje pracę"

Niestety, nie wszystko wyglądało tak różowo. Okazało się bowiem, że syn musi przejść rozmowę kwalifikacyjną z panią psycholog i z wychowawczynią klasy. Psycholog nie robiła żadnych problemów, ale wychowawczyni... Od początku była nastawiona negatywnie, gdyż z powodu naszego syna liczba dzieci w klasie zwiększyłaby się z 11 do 12. A to jej zdaniem absolutnie zdezorganizowałoby jej pracę.

Do tego uznała, że syn ma we wszystkim braki, a w porównaniu z jej uczniami - których wychowuje już od zerówki - to zasadniczo mały troglodyta. No i w takich warunkach to "ona sobie nie może pozwolić na nadganianie". Małżonka się załamała, ja się zagotowałem, ale spokojnie poszedłem do pani dyrektor wyjaśnić sprawę. Dyrektor wykazała zrozumienie i powiedziała, że owszem, wychowawczyni jest doskonałym pedagogiem, ale to nie ona decyduje, kto do szkoły jest przyjęty lub nie.

"Skoro syn nie chce biegać przebrany za misia, to my go nie zmusimy"

Syn trafił do mocno zintegrowanej grupy dzieci, które razem się uczyły, bawiły, spały, jadły, spędzały weekendy, wakacje, chodziły razem do łazienki i diabli wiedzą, gdzie jeszcze. W tej integracji ochoczo brali udział również rodzice, którzy wraz z wychowawczynią tworzyli towarzystwo wzajemnej adoracji, bez zachowania jakiegokolwiek dystansu. Jednym słowem sielanka. Sam program dydaktyczny i metody nauczania były w porządku. Szczególnie podobało mi się podejście do nauczania języków. Syn wiele zyskał w tym zakresie. Nauczyciele zawsze mieli czas i chęci.

Z drugiej strony miałem wrażenie, że zawsze byliśmy wraz z synem na cenzurowanym, bo nie chcieliśmy się tak ściśle integrować.

Syn nie miał problemów z kontaktami z innymi dziećmi, ale w niektórych imprezach po prostu nie miał ochoty brać udziału. Jasno przekazałem wychowawczyni, że skoro nasze dziecko nie chce np. biegać na balu przebrane za misia, to my go do tego nie zamierzamy zmuszać.

Usłyszałem wtedy, że syn pozuje na doroślejszego niż inni uczniowie i dlatego się tak zachowuje. Odpowiedziałem, że nie ma w tym nic dziwnego, bo wychowywał się ze starszym rodzeństwem i kuzynostwem, a poza tym zawsze był traktowany jako osoba, a nie jak maluch w pieluszce.

"Dzieci zaczęły dorastać. No i wybuchł granat..."

Syn był przeszczęśliwy, kiedy w czwartej klasie zmieniła się wychowawczyni i pojawili się nowi nauczyciele, nowe przedmioty, jakiś ruch w interesie. Pozostali nie wykazywali entuzjazmu, bo już nie stanowili zamkniętej grupki. Oczywiście zaczęły się kwasy i próby wpływania na nauczycieli, dyrekcję etc. Bo pan od angielskiego nie taki, pani od matematyki jest be, a my chcemy Pana Mietka, a nie Pana Kazka...

Gdy dzieci w klasie kiszą się przez lata w swoim własnym sosie, a wszyscy rodzice spijają sobie z dzióbków, to każdy konflikt wybucha z siłą granatu wrzuconego do toalety.

Tak się stało i tu. Rodzice nie zauważyli, że ich dzieci nie mają już po sześć lat, tylko dwanaście, i zaczynają im rosnąć rogi. Kiedy zatem zaczęło się dokuczanie, solówki po lekcjach i wybieranie sobie kolegów, a nie sztuczne narzucanie jedności, rodzice doznali szoku i za wszystko zaczęli obwiniać nową wychowawczynię. 

Do tego zarzucano, że to skutek zbytniego rozluźnienia dyscypliny, że wcześniej dzieci miały lekcje, po lekcjach aikido, po treningu angielski, plastykę i kółko teatralno-biologiczno-chemiczne i już o 19.30 były w domu, a teraz to się nudzą. Skandal!

"Z wielkich planów wyszło wielkie g..."

Poza tym pani dyrektor podjęła karkołomne przedsięwzięcie rozbudowy szkoły - wynajęcia kolejnego budynku, remontów itd., co spowodowało znaczne podniesienie czesnego. Budżet się nie spinał, klasy i rodzice stanowili odrębne partie polityczne, więc nie było mowy o zachowaniu podstaw działania STO, gdzie uczestnictwo i współpraca jest podstawą. No i z wielkich planów wyszło wielkie g...

Zaczęły się wzajemne pretensje, wycieczki personalne, również wobec dzieci. Rodzice jednych chcieli wskazywać innym jedynie słuszną drogę w wychowaniu nie swoich pociech, "bo przecież tyle lat się znają, że nie ma się co oburzać". Cyrk.

Co rozsądniejsi opuścili mury szkoły, mój syn powiedział jasno, że on chce iść do NORMALNEGO gimnazjum, gdzie są inne dzieci i kogoś nowego pozna. Dzisiaj utrzymuje kontakt z banitami ze starej szkoły, jest bardzo zadowolony z państwowego gimnazjum, a 32 osoby w klasie wcale nie przeszkadzają w nauce. Uczniowie mocno się integrują - i to sami z siebie. Przy okazji - na testach w podstawówce okazało się, że mój syn jednak nie jest troglodytą i w ocenie niezależnych komisji i testów wypadał bardzo dobrze i lepiej w porównaniu z wychowankami poprzedniej Superwychowawczyni.

Masz podobne doświadczenia, co pan Andrzej? A może uważasz, że szkoły publiczne są znacznie gorsze. Zabierz głos w dyskusji. Napisz do nas: olga.kolakowska@agora.pl

Więcej o:
Komentarze (99)
"Na rozmowie kwalifikacyjnej do szkoły społecznej dowiedziałem się, że mój syn jest małym troglodytą" [LIST CZYTELNIKA]
Zaloguj się
  • alfalfa

    Oceniono 2 razy -2

    Przeczytałeś statut tej szkoły zanim postanowiłeś do niej zapisać dziecko? Założę się, że w nim było o tej strasznej "integracji". Nie nadajesz się do społecznych szkół bo nie wiesz o co w nich chodzi i potraktowałeś tę konkretną jak jeszcze jedną rejonówkę. Twój błąd.
    A.

  • ppo

    Oceniono 9 razy 5

    "Razem śpicie, razem palicie, razem sracie, razem odpowiadacie!"
    A nauczycielka jest idiotką. Parzysta liczba jest lepsza, bo nikt nie siedzi sam i nie ma problemów z "czarną owcą".

  • zgred_stiopa

    Oceniono 4 razy 2

    @freya
    - gdy dotrzesz do gimnazjum - wtedy zaczniesz rozumieć wyrażenie funkcjonujące w żywym języku... spokojnie, cierpliwości... i nie napinaj się, bo buractwo wtedy zaczyna być widoczne

  • freya

    Oceniono 10 razy 4

    Proszę o przetłumaczenie na język polski frazy: "Na rozmowie do szkoły".

  • jerzysm42

    Oceniono 12 razy -2

    Jeszcze jeden z wiecznie niezadowolonych.
    Po co obnosi zie ze swoimi problemami?
    A może to on jet troglodytą i chłopak to ma po tatusiu?

  • trollingstones

    Oceniono 17 razy 3

    Czy ten mękoła nie ma własnego życia, pracy, kolegów? Syn już dawno skończył podstawówkę a gość pisze zażalenia do gazet, właściwie nie wiadomo o co. Największym problemem tego dzieciaka jest jego ojciec..

  • suicide_note

    Oceniono 8 razy 4

    Ufff.... Dzięki! Nareszcie jakiś list, którego nie wymyśliliście w gabinecie z kolegami z redakcji i to widać.

  • kokeshi_0

    Oceniono 13 razy 11

    nie rozumiem po co zapisywać dziecko do szkoły, w której postrzegane jest jako "troglodyta". Ja po rozmowie z dyrekcją w szkole sto stwierdziłam, że to miejsce nie dla nas. Nawet nie miało dla mnie specjalnego znaczenia to, ze w szkole nie ma sali gimnastycznej, stołówki czy świetlicy, że obiad dzieci jedzą w szkolnych ławkach. Nie podobało mi się segregowanie przez dyrektorkę uczniów na "zwykłych czyli normalnych" i na uczniów "nadzwyczajnych, którym udało się zostać uczniami sto". Ponadto dla dyrekcji celem nadrzędnym było osiąganie coraz wyższych not w rankingach szkół, niewiele mówiła o równomiernym rozwoju, dbałości o dzieci itd. A już kompletnym nadużyciem było tworzenie przez ich "psychologa" profilu osobowości dziecka na podstawie rysunku "Moje ulubione zajęcia w wolnym czasie". jednym słowem głupota do kwadratu. Oczywiści są rodzice, dla których ta szkoła stanowi cel i wyzwanie, dla mnie to spotkanie było potwierdzeniem, żeby tego typu placówki omijać szerokim łukiem.

  • krakow_biezanow_drozdzownia

    Oceniono 12 razy 2

    Czy rzeczywiście czternastolatkowi należy "organizować dojazdy" - czyli - jak rozumiem - odwozić i przywozić autem? Czy sam nie może dojeżdżać komunikacją miejską/ rowerem/ chodzić pieszo? A może boi się zostawać w domu sam?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX