"Jechałem z kolegą. To był polonez. Wypadliśmy z drogi, ja wyleciałem przez okno. Sekunda i..." - rozmowa z głównym inspektorem GITD

- Fotoradary? System prawny w Polsce jest kompletnie niewydolny - mówi gen. Tomasz Połeć. Z Głównym Inspektorem Transportu Drogowego (GITD) rozmawiamy o nabijaniu kasy do budżetu, "polowaniu na kierowców" i różnicach między Polską a Zachodem. - W przeciwieństwie do całej Europy mamy fotoradary oznakowane: żółta skrzynka, antenka. W innych krajach wychodzą z założenia, że kierowca ma jechać zgodnie z przepisami i koniec.
Milena Bryła, Gazeta.pl: W 1991 roku miał pan wypadek samochodowy. Przyczyną była nadmierna prędkość. Pan jechał wtedy jako pasażer. Co dokładnie się stało?

Generał Tomasz Połeć, Główny Inspektor Transportu Drogowego: - Jechałem z kolegą. W pewnym momencie samochód - polonez - stracił przyczepność i wypadł z drogi. W trakcie koziołkowania wyleciałem przez boczne okno. Miałem złamany kręgosłup, udo, kolano. Było podejrzenie, że nie będę chodzić. Zacząłem dopiero po roku. Od tamtego czasu miałem dwie operacje kolana. I nadal mam kłopoty z kolanem. Ten wypadek... To był ułamek sekundy, a moje życie całkowicie się zmieniło.

Łukasz Warzecha, kiedy dowiedział się o pańskim wypadku, napisał: "Ta historia jest całkowicie dyskwalifikująca dla generała jako szefa instytucji mającej kontrolować kierowców. A już szczególnie mającej ich karać właściwie wyłącznie za przekraczanie prędkości. Dlaczego? Tu mamy do czynienia z człowiekiem z misją, kimś w rodzaju agresywnego neofity". Ma pan poczucie misji?

- To jest jakieś demonizowanie. Ten wypadek na pewno nauczył mnie pokory, jeżeli chodzi o jazdę samochodem. I sprawił, że do dzisiaj boję się jeździć jako pasażer. Po takim doświadczeniu niechętnie powierza się komuś życie.

Od momentu wejścia w życie programu Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego i rozsiania po Polsce fotoradarów nie należy pan do ulubieńców i prasy, i kierowców. Minister Sławomir Nowak przyznał, że paparazzi jeżdżą za nim i czekają, aż popełni jakieś wykroczenie na drodze. Za panem też jeżdżą?

- Oczywiście, że tak. Fotoreporterzy nie tylko za mną jeżdżą, zdarzało się, że czatowali w krzakach przed moim domem. To nie jest normalna sytuacja, tylko duże uderzenie w prywatność. W moim domu, w ogrodzie, z dziećmi, jestem osobą prywatną. W biurze, w Sejmie, na konferencjach, spotkaniach jestem funkcjonariuszem publicznym - wtedy jestem do dyspozycji mediów.

A dostał pan kiedyś mandat za przekroczenie prędkości?

- Tak, kiedyś dostałem. Ale już wiem, do czego pani nawiązuje - do tego artykułu...

Nie nawiązuję, pytałam z ciekawości.

- Był artykuł w jednym z tabloidów, którego dziennikarze mnie śledzili. Dziennikarze napisali, że przekroczyłem dopuszczalną prędkość. Ale tu rodzi się pytanie: jak oni tę prędkość zmierzyli? Jadąc za mną? Mam stosowne ekspertyzy potwierdzające, że dokonane pomiary prędkości były wysoce nieprecyzyjne i niekoniecznie dotyczyły mojego auta. Jeżeli wykroczenie zarejestrowałaby policja lub fotoradar, to wtedy oczywiście przyznałbym się, że jechałem za szybko i zapłaciłbym mandat. Ale takich artykułów nie będę komentował.

Podobno zaczęły przychodzić do pana pogróżki od kierowców...

- Pogróżki to chyba za mocne słowo. Ja bym nazwał to bardzo ekspresyjnymi wypowiedziami sfrustrowanych osób. To pochodna tego, że internet daje poczucie fałszywej anonimowości, a przez to i bezkarności.

Zresztą te wypowiedzi nie trafiają bezpośrednio do mnie - bo na szczęście mój prywatny adres e-mail nie jest ogólnodostępny - tylko bezpośrednio do urzędu, którym kieruję. I nie dotykają one tylko mnie, ale i pracowników Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym i kierujących nim osób.

Domyślam się, że w korespondencji jest sporo krytyki obecnego systemu. Tej samej, którą słyszymy na ulicach, w mediach, o której czytamy w internecie...

- No dobrze, ale co tak naprawdę krytykujemy?

Na pewno pan słyszał co. Pierwszy zarzut: program BRD ma służyć nabijaniu kasy do budżetu.

- Zapewne chodzi pani o kwotę 1,5 mld zł prognozowanych wpływów do budżetu z mandatów. Już wyjaśniam - to były naprawdę nieskomplikowane wyliczenia. Przy projektowaniu budżetu zawsze są excelowskie założenia: "winien - ma". Kiedy uruchomiliśmy system fotoradarowy w połowie 2011 r., nasze urządzenia wykonywały średnio 65 zdjęć na dobę - niestety, kierowcy tak nagminnie łamali przepisy ruchu drogowego. Mogliśmy więc łatwo wyliczyć: 65 zdjęć na dobę razy liczba fotoradarów, razy średnia wysokość mandatu, razy 365 dni w roku, minus jakiś procent niewyraźnych zdjęć, napraw urządzeń, przeglądów itp... I stąd ta magiczna kwota 1,5 mld. Podobnie prognozuje się wpływy z akcyzy za papierosy czy alkohol. Tylko przy tym nikt nie protestuje.

Przez lata było tak, że wszyscy kierowcy trochę udawali, że przestrzegają przepisów prawa, a organa państwa trochę udawały, że potrafią ich skutecznie skontrolować. "Czy pan jeździ zgodnie z przepisami? Ależ oczywiście!" - odpowiadali wszyscy. Bo mieliśmy 1200 szarych skrzynek (obudów fotoradarów), które w zdecydowanej większości nie działały i działać nie mogły - bo były puste! Fotoradarów w gestii policji było około setki. Wtedy zostać złapanym przez fotoradar to było jak wygrana w totolotka.

I nagle, gdy powstają techniczne i prawne możliwości, żeby zweryfikować przestrzeganie przepisów przez kierowców, wszyscy czują się obrażeni, mówią, że się "łapie kierowców". Jeśli jest ograniczenie do 60 km/godz. i kierowca się do niego stosuje, to przecież nie dostanie żadnego mandatu! I nie będzie "nabijał kasy do budżetu". Jeśli będziemy jeździli zgodnie z przepisami, to żaden fotoradar nam zdjęcia nie wykona.

"Polowanie na kierowców" to kolejny element krytyki, związany z umiejscowieniem fotoradarów. Zarzuca się wam, że stawiacie je w miejscach, w których są niepotrzebne, ale za to łatwo tam "złapać" kierowcę.

- No, to krytykujmy konkretnie. Niech osoba niezadowolona przyjdzie i powie: "Moim zdaniem w tym miejscu fotoradar stoi bez sensu" i wyjaśni dlaczego. Wtedy będziemy rozmawiać. Zresztą mamy uruchomioną stronę internetową - można oceniać program BRD i zgłaszać swoje sugestie co do zasadności lokalizacji urządzeń. Cały czas weryfikujemy miejsca, w których stoją fotoradary. A mogę zapewnić, że wszystkie nowe urządzenia stawiane są w miejscach, w których w przeszłości dochodziło do tragicznych wypadków.

Należy pamiętać o jednej zasadzie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mamy małą miejscowość, wioskę, przez którą przebiega droga krajowa. Kiedyś ta droga dawała miastu życie, dzisiaj jeździ nią kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy samochodów na dobę. Dochodzi do wypadków, mieszkańcy boją się puścić dzieci do szkoły położonej po drugiej stronie ulicy. Niby to obszar zabudowany, jest ograniczenie do 50 km/godz. Ale czy to ma znaczenie dla kierowcy, który jedzie z jednego końca Polski na drugi i ma przed sobą jeszcze 300 km? I nagle stawiamy tam fotoradar. Kierowcy pomstują, złoszczą się, że muszą jechać 50 km/godz. - a przypominam, że de facto z taką prędkością powinni poruszać się w obszarze zabudowanym! Ich nie obchodzi, że od momentu postawienia urządzenia liczba wypadków, rannych, zabitych spadła do zera. Dla nich ten fotoradar tam stanął, żeby na biednych kierowców "polować".

Ale gdy zapyta się pani mieszkańców tej miejscowości, czy pozwolą na zdemontowanie fotoradaru, to przecież by panią zlinczowali. Dla mieszkańców to urządzenie jest gwarantem bezpieczeństwa.

Większości chyba przeszkadzają...

- Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. I powiem więcej: Marcin Flieger, szef naszej "komórki fotoradarowej", czyli Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, ma cały segregator pism, w których mieszkańcy proszą o montaż fotoradaru. Ale od razu zaznaczam: jeśli analiza stanu bezpieczeństwa, wykonana przez miejscową policję, nie potwierdzi, że w danej miejscowości dochodzi do wypadków, to tam urządzenia nie postawimy. I często kończy się to kłótnią i awanturą. Tak było chociażby we wsi Jutrzenka w gminie Borzytuchom, gdzie mieszkańcy blokowali drogę wojewódzką 209, domagając się postawienia fotoradaru.

Jak poprawić bezpieczeństwo na drodze? [INFOGRAFIKA] >>
Kliknij, by obejrzeć galerię

Wróćmy do zarzutów. "GITD została powołana do życia, aby zwiększać bezpieczeństwo na drogach poprzez kontrolę ruchu ciężarowego. Z biegiem czasu wynaturzyła się i dziś ta funkcja wydaje się najmniej istotną w jej działaniu" - to słowa byłego ministra transportu, obecnie posła PiS, Jerzego Polaczka. Zarzuca wam, że teraz zajmujecie się głównie fotoradarami.

- Pan poseł Polaczek, dyżurny krytyk działań Inspekcji, często wypacza to, czym się zajmujemy. Jeżeli ktoś mówi, że zajmujemy się tylko działalnością fotoradarową, to albo nie ma wiedzy na temat naszych działań, albo po prostu zdecydowanie mija się z prawdą.

Ponad 500 osób z Inspekcji zajmuje się kontrolą transportu ciężkiego, 86 osób - działaniem fotoradarów. Do tego jest ponad 100 osób w administracji. Kiedyś mieliśmy w Polsce 75 fotoradarów, które były obsługiwane przez 500 policjantów ruchu drogowego. Dlatego postanowiliśmy zbudować, dzięki środkom unijnym, system, który będzie zautomatyzowany na tyle, że bez względu na liczbę fotoradarów będzie obsługiwany przez nie więcej niż 300 osób.

System jednak jest dziurawy.

- Nie działa idealnie, ale też nie z naszej winy. Cały CANARD zakładał maksimum pracy komputerów i minimum działań człowieka. System przypomina skomplikowany zegarek, złożony z dziesiątek trybików i kółek zębatych. To są fotoradary, samochody z wideorejestratorami, w niedalekiej przyszłości również systemy do odcinkowego pomiaru prędkości i rejestratory przejazdu na czerwonym świetle, a także elektroniczny przesył danych z radarów do centrali, systemy, które same odczytują numery rejestracyjne pojazdów, system informatyczny, który jest w stanie przerobić te kosmiczne ilości danych. Do tego dochodzi kwestia umów na setki milionów złotych z zewnętrznymi operatorami na tzw. druk masowy. I do dzisiaj mechanizm tego zegarka działa nie do końca dobrze, bo brakuje "trybiku prawnego". Mimo że mówiliśmy o tym od samego początku.

I dlatego kierowcy mogą tak łatwo uniknąć płacenia mandatu?

- Wyjaśnię to na przykładzie: ktoś przekracza prędkość, fotoradar robi mu zdjęcie, wysyła do centrali, system informatyczny odczytuje ze zdjęcia numer rejestracyjny pojazdu, inny komponent systemu informatycznego zadaje zapytanie do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, ta odpowiada, kto jest właścicielem auta. No, i tu zaczyna się problem.

System prawny w Polsce, który powstał w latach 70. XX wieku, mówi o odpowiedzialności kierującego pojazdem, a nie jego właściciela czy posiadacza. A ten system powstał w czasach, kiedy policjant drogówki osobiście zatrzymywał jadącego samochodem Kowalskiego. Funkcjonariusz miał na miejscu kontroli dane sprawcy wykroczenia, pojazd oraz zarejestrowaną na ręcznym radarze prędkość pojazdu. Nakładał więc mandat i temat był zamknięty. Obecnie nie wiadomo do końca, kogo ukarać. Wysyłamy do właściciela pojazdu oświadczenie do wypełnienia, ale nie wiemy, czy to on był kierującym.

Ten system prawny jest kompletnie niewydolny. Bo albo właściciel nie odpowiada, albo uruchamia taki "łańcuszek św. Antoniego", polegający na wskazywaniu kolejnych osób, które jakoby kierowały pojazdem. W ten sposób można "bawić się" w nieskończoność.

Skala problemu jest ogromna...

- Skala problemu jest ogromna i wywołuje u ludzi zaangażowanych w ten projekt duże poczucie frustracji. Od samego początku przewidywaliśmy, że pojawią się problemy. Dostaliśmy - używając motoryzacyjnych porównań - auto, którego nie da się prowadzić, bo nie ma kierownicy. I tak się o nią dopominamy od 2009 roku.

To dlaczego nadal jej nie macie?

- Nie udało się do tej pory zmienić przepisów prawa z trybu wykroczeniowego na tryb odpowiedzialności administracyjnej posiadacza pojazdu. Mam nadzieję, że zostanie to w końcu uregulowane. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze permanentne kwestionowanie uprawnień Inspekcji Transportu Drogowego przez prokuratora generalnego. Zaczęło się od fotoradarów, teraz kwestionuje się też uprawnienia transportowe, które posiadamy od 12 lat.

Zdaniem Andrzeja Seremeta karanie grzywną właścicieli aut, którzy wbrew obowiązkowi nie wskazali kierowcy siedzącego za kółkiem, jest bezprawne oraz moralnie wątpliwe, bo nakłania do "denuncjacji sprawcy wykroczenia, którym często jest członek rodziny".

- To absurdalna sytuacja! Prokurator generalny, zamiast wspomagać działania służb kontrolnych, dążyć do ukarania sprawców przestępstw czy wykroczeń, de facto usiłuje nam związać ręce.

W zdecydowanej większości spraw, w których właściciel samochodu odmówił wskazania kierowcy i sprawa została skierowana do sądu, wymiar sprawiedliwości orzekał: Inspekcja ma prawo karać za niewskazanie kierowcy. Prokurator generalny oparł się akurat na tych nielicznych, niekorzystnych dla nas wyrokach i skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego.

I tu nasuwa się pytanie. Nawet gdyby TK orzekł, hipotetycznie, że prokurator generalny ma rację, to co przez to osiągniemy? Czy to, że wszystkie sprawy będziemy musieli przekazywać policji? I policjanci, którzy powinni dbać o bezpieczeństwo na drogach, będą wykonywali za nas papierkową pracę. Dlaczego? Bo policja ma prawo karać i chodzić do sądów w charakterze oskarżyciela, a my nie mamy. Jaki to ma sens? Uważam, że takie działania prokuratora generalnego do niczego dobrego nie doprowadzą.

Jak w takim razie wyobraża sobie pan prawo, które będzie skuteczne? Od razu karać właściciela auta, nie pytając, czy to on prowadził?

- Powiem pani, jak to działa w innych europejskich krajach, np. w Austrii. Mamy przykładowy mandat dla osoby z Polski, która przekroczyła tam prędkość. Strona austriacka ustaliła, gdzie mieszka właściciel pojazdu, wysłano do niego mandat (karę administracyjną) napisany po polsku, z informacją, że grzywna wynosi w tym konkretnym przypadku 45 euro.

W piśmie możemy przeczytać: "W przypadku nieuiszczenia grzywny mandat zostanie anulowany po upływie 4 tygodni. Ale podjęte zostaną czynności w celu ustalenia osoby kierującej, złożony zostanie wniosek o wszczęcie postępowania sądowego. Co więcej: w ramach postępowania sądowego wzrośnie wysokość kar pieniężnych. (...) Ewentualny wyrok prawomocny spowoduje dokonanie adnotacji w aktach. W ramach postępowania mandatowego nie przysługują żadne środki prawne, jak na przykład odwołanie czy żądanie unieważnienia decyzji. Dopiero w ramach postępowania sądowego, które mogłoby być wszczęte po upływie terminu, mogą być zastosowane środki prawne".

I jak pani myśli, co zrobi osoba, która coś takiego przeczyta? Zapewne szybko wykona przelew, żeby mieć to z głowy. Kierowca musi być przekonany, że kara jest nieuchronna.

Pan by chciał, żeby nie było w tym przypadku żadnej zasady domniemania niewinności? Taki jest standard w Europie?

- We Włoszech, Francji, na Węgrzech, w Austrii, Wielkiej Brytanii, Holandii, w niemal wszystkich europejskich krajach jest tak, że komplet korespondencji dostaje właściciel samochodu. I od razu tam jest druk mandatu, kwota i numer rachunku, na który trzeba wpłacić pieniądze. Co, jeśli to nie właściciel prowadził samochód? Wysyła oświadczenie podpisane przez rzeczywistego sprawcę wykroczenia. Sam tego sprawcę musi ustalić, bo przecież wie, komu auto pożyczył.

Dużo jeżdżę po Europie i zaobserwowałem bardzo ciekawe zjawisko. Ci sami Polacy, którzy u nas tak bardzo protestują przeciwko ograniczeniom prędkości, kiedy tylko przekraczają granicę, nieważne czy z Czechami, Litwą czy Niemcami, nagle zaczynają się stosować do przepisów. Owszem, są w Niemczech odcinki autostrad, gdzie nie ma ograniczenia prędkości, ale jak jest obszar zabudowany i ograniczenie do 50 km/godz., to Polak jedzie zgodnie z przepisami i nie protestuje. Potem wraca do Polski, tylko przekroczy granicę, i już mu wyrastają husarskie skrzydła.

Czy się komuś podoba czy nie - te fotoradary są i nie znikną. Jesteśmy ostatnim dużym krajem w Europie, który buduje tego typu system. Te systemy w innych krajach powstały lata temu. We Włoszech np. na danym odcinku drogi pojazd jest fotografowany, zapisywany jest czas i kontrolowana jest prędkość średnia. To, co mnie zszokowało, bo akurat dużo jeżdżę i Włochy obserwuję od lat, to fakt, że na autostradach pomiar odcinkowy jest średnio co 6 km i to nikomu nie przeszkadza.

Kilkanaście lat temu, jak człowiek jechał 130 km/godz. na autostradzie we Włoszech, to miał wrażenie, że wyprzedzi go wszystko, łącznie z motorynkami. Teraz wszyscy mają ustawione tempomaty na 130, bo tego systemu nie da się oszukać. Jeszcze to tak ładnie nazwano: Safety Tutor - nauczymy cię bezpieczeństwa. Oczywiście na początku wszyscy protestowali, ale po roku, gdy odnotowano spadek śmiertelności na autostradach o ponad 50 procent, wszyscy zrozumieli, że ten system przynosi już efekty.

Radary w liczbach [INFOGRAFIKA] >>
Kliknij, by obejrzeć galerię

Zatrzymajmy się na chwilę przy autostradach. Wielu uważa, że to nie fotoradary, ale dobre drogi poprawiają bezpieczeństwo i przyczyniają się do spadku liczby wypadków.

- Prawda jest taka, że to zestaw naczyń połączonych. Dobrym przykładem są tutaj Francuzi, którzy najpierw wybudowali wspaniałą sieć autostrad, a później mieli 8 tys. zabitych na drogach każdego roku. Tak więc same autostrady stały się wręcz zachętą, by jeździć szybciej, niebezpieczniej. W związku z tym zdecydowano się na montaż 1200 fotoradarów, których zresztą Francuzi też nie pokochali, bo tylko w pierwszym roku zniszczyli ich prawie 50 proc.

Na szczęście u nas też widzimy już światełko w tunelu. Choć do sukcesu, w związku z opisanymi wcześniej problemami, jeszcze daleko. Mniej zabitych na drogach, mniej wypadków i mniej rannych to zasługa zarówno fotoradarów, działających 24 godzinę na dobę w najbardziej niebezpiecznych miejscach, jak i zmodernizowanych tras i zupełnie nowych dróg. My odpowiadamy za to pierwsze i widzimy znaczne zmiany w zachowaniu kierowców. Jeszcze rok temu jeden fotoradar rejestrował średnio na dobę ponad 60 kierowców przekraczających dopuszczalną prędkość, podczas gdy teraz około 20. Oznacza to, że w miejscach, gdzie zainstalowane zostały fotoradary, spadła liczba kierowców naruszających przepisy ruchu drogowego, a co za tym idzie, poprawił się poziom bezpieczeństwa.

Do tego, co chciałbym zaznaczyć, w przeciwieństwie do całej Europy mamy fotoradary oznakowane. Przed każdym urządzeniem jest umieszczony znak informacyjny D 51. Jest też żółta skrzynka z antenką, widać ją z daleka. W innych krajach wychodzą z założenia, że kierowca ma jechać zgodnie z przepisami i koniec. I to nie jest ich problem, jak panią złapie fotoradar, a pani go nie widziała.

Sposoby pomiaru prędkości na drogach w Polsce [INFOGRAFIKA] >>
Kliknij, by obejrzeć galerię

Chcesz na bieżąco otrzymywać najważniejsze informacje związane z bezpieczeństwem na drogach? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!

Więcej o:
Komentarze (481)
"Jechałem z kolegą. To był polonez. Wypadliśmy z drogi, ja wyleciałem przez okno. Sekunda i..." - rozmowa z głównym inspektorem GITD
Zaloguj się
  • Juliusz Grzechnik

    0

    kto ma znajomosci lub kase nawet po smiertelnym wypadku wymiar sprawiedliwosci dostanie zeza

  • ergosumek

    Oceniono 3 razy 1

    Jechałem z kolegą. W pewnym momencie samochód - polonez - stracił przyczepność i wypadł z drogi. W trakcie koziołkowania wyleciałem przez boczne okno.
    +++++++++++++++++++++++++++
    "Stracił przyczepność", hehehe!
    Co za eufemizm!
    Zawsze, jak jedziesz za szybko i dachujesz, to dlatego, ze tracisz przyczepność.
    A jak sie pasów nie zapnie, to i udo pęknie, i kręgosłup, a co sie w baniaku dzieje, to lepiej nie mowic.
    No, chyba że jest pusty.
    Człowieku, nie masz moralnego prawa pracować w tej branży i pouczać o dozwolonej prędości.
    Twoja wiarygodność wynosi 0%.
    Idź do domu.

  • refk1

    0

    kfd.pl/s/cala-prawda-o-marihuanie

  • hamerykano

    Oceniono 5 razy 3

    tomasz p. to przywódca drogowych rzezimieszków
    rabujących podróżnych na drodze,
    dzielący się zrabowanymi dobrami
    z księciem-panem,
    przymykającym oko na jego zbójeckie wyczyny
    i stanowiacym zbójeckie prawa
    aby im żyło się lepiej. ;-)

  • tijeras66

    Oceniono 3 razy 1

    " W przeciwieństwie do całej Europy mamy fotoradary oznakowane: żółta skrzynka, antenka. W innych krajach wychodzą z założenia, że kierowca ma jechać zgodnie z przepisami i koniec." - he? Jakos ja widywalem same oznakowane, ale moze mi sie w oczach mienilo.

  • szczurzec1

    Oceniono 5 razy 3

    Echchch, zerwać by mu te generalskie epolety i pociągnąć za samochodem po polskiej drodze... Niech będzie że stosując się do ograniczeń prędkości...

  • panrysio

    Oceniono 5 razy -1

    Jak zwykle ktoś coś zakneblował. A kasa na cały system idzie w piach, bo kryminaliści na drogach nie mogą być ukarani. Życzę każdemu debilowi, któremu nie chce się we wiosce zwolnić do 50 km/h, żeby zamieszkał w takiej wiosce i inny debil budził go codziennie o 6 rano swoim starym bmw, gdy pędzi 120 km/h - bo mi się spieszy.

  • pleszak_easy

    Oceniono 4 razy 2

    Panie Połeć, jak był Pan na zagranicznej wycieczce to nie patrzył Pan czy radary na zachodzie są oznakowane, tylko klepałeś się po plecach z lokalnymi władzami i prowadziłeś dysputy oderwany od rzeczywistości, patrząc na ruch drogowy w Polce przez pryzmat immunitetu i służbowego samochodu, wiedziony słusznością swych nędznych przekonań o bezpieczeństwie drogowym.

  • plastikpiokio

    Oceniono 6 razy 4

    tomus nie potrafisz dobierac sobie kolegow - to raz a dwa pasy sie urwały ?????

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX