Ukraiński reporter: Tutaj życie jest warte 10 tys. dolarów. Bogate dzieciaki mogą zabić i są bezkarne

- Do moich przyjaciół przyjechał kiedyś znajomy z zagranicy. Kiedy czegoś nie umieli mu wyjaśnić, mówili: "To ukraińska tradycja". Za kolejnym razem odpowiedział: "Wasza tradycja wygląda zupełnie jak korupcja". O ukraińskich tradycjach, mażorach, którzy są całkowicie bezkarni i prezydencie zarabiającym więcej niż Obama opowiada Ołeh Krysztopa, ukraiński reporter, dziennikarz śledczy i pisarz.
Anna Pawłowska, Gazeta.pl: - Co można na Ukrainie kupić za 10 tysięcy dolarów?

Ołeh Krysztopa*: - Zależy gdzie. W małym miasteczku można kupić jednopokojowe mieszkanie. Można kupić dom i kawałeczek ziemi na wsi gdzieś na prowincji. Ale to na takiej naprawdę głębokiej prowincji, gdzie możesz zajmować się tylko swoim gospodarstwem, bo tam nie ma absolutnie żadnej innej pracy. W dużym mieście, takim jak Kijów, to naprawdę niewiele. Niektórzy tyle wydadzą na zabawę w klubach i nawet nie zauważą.

Tyle kosztuje też życie człowieka...

- Rzeczywiście, dokładnie taka kwota pojawiła się w dwóch historiach, którymi się zajmowałem. W jednej z nich takie odszkodowanie dostała po długiej walce wdowa po marynarzu z Dniepropietrowska. Rzucili jej te pieniądze, żeby wreszcie przestała pytać, dlaczego jej mąż był na statku, choć stan zdrowia nie pozwalał, gdzie zginęły wszystkie jego rzeczy, skąd nagle pojawiały się dokumenty ze sfałszowanymi datami. Żeby już nie pytała, na co właściwie zmarł i dlaczego, kiedy wreszcie oddali jej ciało, nie było w nim serca... Było dosłownie wyrwane... Zresztą ta historia zakończyła się w zaskakujący sposób. Rozmawiałem z tą kobietą dosłownie przed kilkoma dniami. Wpłaciła te pieniądze do banku. Okazało się, że bank zbankrutował i z tych pieniędzy, które dostała, prawie nic nie zostało. Dostanie tylko jedną trzecią wkładu, bo tyle jest gwarantowane przez państwo w takich sytuacjach.

Kiedyś pisałem beletrystykę, ale w pewnym momencie miałem dość fikcji. Pomyślałem, że jest tyle ciekawych, prawdziwych historii, że po co siedzieć i wysnuwać jakieś opowieści z głowy. Przecież tego, co się wydarzyło w Dniepropietrowsku, nie dałoby się wymyślić!

A ta druga historia z 10 tysiącami dolarów?

- To była niestety historia bardzo typowa dla Ukrainy. Jeden z mażorów wracał rano z klubu ze swoją dziewczyną. Było jak zwykle: alkohol, świetny samochód i ogromna prędkość. Zabił śmieciarza, który pracował przy drodze. Był tam z nastoletnim synem, ten syn widział, jak ojciec umiera. Myślisz, że sprawca się tym przejął? On tylko spojrzał na rozbity samochód i zapytał: "I kto za to, kurwa, zapłaci". Oczywiście zapłacili rodzice, którzy kupili mu jeszcze lepszy samochód. A chłopak w ogóle za wypadek nie odpowiedział. Do rodziny zabitego przyjechali adwokaci, zaproponowali 10 tysięcy dolarów, kazali podpisać papiery i już. Koniec sprawy.

"Mażory" to jedno z tych słów, których nie da się trafnie przetłumaczyć na polski. Kim oni właściwie są?

- To bogate i bezkarne dzieciaki. Najbardziej widoczni byli kilka lat temu, teraz już trochę mniej, choć problem nadal jest. Mają jakieś dwadzieścia kilka lat, urodzili się na początku lat 90. Ich rodzice zajmowali się wtedy tym, na czym robiło się fortuny: biznesem, przestępczością, albo połączeniem biznesu i przestępczości. Nie mieli czasu, ale mieli kasę na zaspokajanie wszystkich zachcianek dzieci. Dzieciak wyrastał w takim środowisku, że nie miał kompletnie poczucia rzeczywistości i jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co robi. Niezależnie, co zrobi, to ojciec przyjdzie i załatwi, żeby nie było żadnych konsekwencji. I wtedy nie ma już żadnej granicy między tym, co można i czego nie można.

Głośna była sprawa Oksany Makar, którą zbiorowo zgwałcili i próbowali spalić synowie miejscowej elity. To właśnie mażory?

- To był jeden z najdrastyczniejszych przypadków, tam akurat media i społeczeństwo nie odpuściły, chociaż były próby zatuszowania sprawy. Jak zawsze. Robiłem reportaż o mażorach. Ten chłopak, który zabił śmieciarza, w ogóle za to nie odpowiedział, rodzice zapewnili mu karierę. Pamiętam też taką historię, kiedy w wypadku w Charkowie zginął młody i bardzo utalentowany student fizyki. Za kierownicą siedział niepełnoletni chłopak, bez prawa jazdy, samochód należał do jego ojca. To był syn deputowanego rady miejskiej. Robiłem reportaż i szukałem kogoś z tego środowiska. Jeden zgodził się na rozmowę. Mówił, że dojrzał, dorósł, już nie jest mażorem, ale trudno w to było uwierzyć. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o tym zabitym studencie. On znał sprawcę. Mówił, że mu współczuje, że to dla niego bardzo dobra lekcja, bo przecież grozi mu nawet więzienie...

Ale ofierze i jej rodzinie już nie współczuł?

- Dla nich dramatem jest, jak komuś grozi więzienie, a nie to, że zginął człowiek. Oni wyrastali w takim środowisku, że są kompletnie infantylni i bez poczucia rzeczywistości. Nawet między sobą nie potrafią się normalnie komunikować. Dla nich życie jest jak gra komputerowa. A o wypadku mówią "śmiertelny", tylko jak zginie ktoś "od nich". Reszta to nie ludzie...

Twoje reportaże o mażorach wpłynęły jakoś na sytuację? Ktoś zainteresował się sprawą, udało się doprowadzić do sprawiedliwego procesu?

- Nie. Takie reportaże były emitowane i na tym się kończyło. To jest bardzo trudna sytuacja dla reportera. Przede wszystkim psychicznie trudna. Czasem zainteresowanie mediów nie tylko nie pomaga, ale nawet szkodzi. Kilka lat temu w Charkowie zająłem się tematem jubilera. Urzędnik żądał od niego łapówek i to nie pieniędzy, ale chciał po prostu przejąć połowę biznesu. Jubiler nagrał na wideo rozmowę z urzędnikiem i zgłosił się na milicję. I zamiast urzędnikiem, zajęli się jubilerem. Znaleźli rzekomo jakieś zaległości podatkowe, zaczęli go kontrolować. Robiłem o tym reportaż i kiedy już miał być emitowany, to jubiler trafił za kratki. Zadzwonił do mnie w dzień planowanej emisji jego adwokat i prosił, żeby nie puszczać materiału, bo jego klienta wykończą w więzieniu. Zrobiliśmy przedmowę do programu, prowadzący powiedział, jaka jest sytuacja. Wszystko zakończyło się tak, że jubilera wypuścili, ale on zamknął swój biznes i uciekł z miasta. Stracił ogromne pieniądze, ale wołał już odpuścić. Później w ramach powtórek różnych reportaży telewizja puściła ten odcinek. I kolejny raz zadzwonił adwokat i pytał: "Czego chcecie, on nie ma pieniędzy, żeby zapłacić za skasowanie programu". Błagał, żeby tego już więcej nie emitować...

Jeśli tak to wygląda, to po co w ogóle zajmować się dziennikarstwem śledczym?

- Tego dziennikarstwa śledczego jest coraz mniej, media nie chcą takich materiałów. Oczywiście pojawiają się reportaże, ale wyraźnie widać, że to materiały robione na zamówienie, kompletnie niewiarygodne. Zmieniła się polityka redakcyjna. Nie ma takiej bezpośredniej cenzury, żeby kazali mówić nieprawdę. Po prostu nie mówi się o pewnych sprawach. Główne tematy to sensacje i celebryci. A o tym, co ważne - cisza. A właśnie teraz dziennikarstwo śledcze jest najbardziej potrzebne. Bo fasada naszego państwa wygląda całkiem nieźle. Ale jak zajrzeć, co kryje się za nią, to jest to po prostu straszne. Choć czasem też śmieszne.

A co się tam kryje?

- Ot, choćby książki prezydenta, które nie istnieją. A za które dostał 2 miliony dolarów honorarium.

Jak to?

- Prezydent jest zobowiązany co roku przedstawiać oświadczenie majątkowe. Od dwóch lat znakomicie zarabia, deklaruje ogromne kwoty z tytułu honorariów za prawa autorskie. Tyle że to są prawa do książek, których nie ma. Znaleźliśmy nawet wydawnictwo, które rzekomo je wydało. I to w ogóle nie jest wydawnictwo! To po prostu drukarnia i w ogóle nie ma prawa do wydawania książek, może tylko realizować zamówienia wydawnicze i drukować książki. Ta cała sprawa jest po prostu kuriozalna. Śmiejemy się, że mamy lepszego prezydenta niż Amerykanie, bo Obama ma jednak trochę niższe honoraria. A jak już rzeczywiście Janukowycz napisał jedną książkę i wydał ją w Niemczech, to okazała się paskudnym plagiatem, zlepkiem fragmentów artykułów innych osób.

I oczywiście to tajemnica poliszynela, a reakcji żadnej na to nie ma?

- Oczywiście, że wszyscy wiedzą, że to nie żadne "honoraria", tylko próba ukrycia innych źródeł dochodów. Ale u nas tak jest, to się utrwaliło przez dziesięciolecia. Kiedyś do moich przyjaciół przyjechał znajomy z Francji. Jak mieli trudności, żeby wyjaśnić mu niektóre ukraińskie realia, mówili po prostu: "To nasza tradycja". I za którymś razem odpowiedział: "Te wasze tradycje wyglądają całkiem jak korupcja".

"Tradycją" jest też płacenie za zdanie egzaminu na studiach i za samo dostanie się na uczelnię. "Tradycją" jest niemożliwość kupienia biletu w dworcowej kasie. Łatwo to krytykować, ale przecież każdy będzie wolał dać konduktorowi łapówkę i pojechać na wakacje niż zostać z plecakiem na dworcu.

- I tak to właśnie działa. Tworzy się system, w którym nikt nie jest do końca uczciwy, więc nie będzie walczył z nieuczciwością innych. Weźmy taką sytuację: jechałem ostatnio do Polski, wysiadłem w czasie postoju, bo chciałem zapalić. Szukałem miejsca, gdzie można palić, rozglądałem się. Nigdzie nie było tabliczki, choć powinny być na każdym dworcu. Odszedłem na bok, zapaliłem i od razu zza pleców wybiegło mi dwóch milicjantów. Okazało się, że wyznaczone miejsce było niedaleko, ale schowane za rogiem i zasłonięte krzakami, bez żadnych znaków, gdzie iść.

Mogłeś po prostu zapłacić mandat.

- Jasne. Ale milicjanci doskonale wiedzieli, że właśnie wysiadłem z pociągu. Od razu zaznaczyli, że spisanie protokołu zajmie 10 minut, albo i więcej. Wiadomo - pociąg czekać na mnie nie będzie. Szybko zaproponowali inne rozwiązanie; "A może kawę nam kupisz i już". Z formalnego punktu widzenia wszystko było w porządku; paliłem w niedozwolonym miejscu, mieli prawo kazać mi wysiąść, spisać protokół i wystawić mandat. Ale wiadomo było, że wolę im kupić tę kawę i dojechać na miejsce.

System jest tak skonstruowany, żeby obywatela skłonić do naruszania przepisów i zrobić wszystko, żeby chciał dać łapówkę. Przecież gdyby była tabliczka, zapaliłbym tam, gdzie wolno. Ale to się nikomu nie opłaca. Tak samo znaki drogowe są rozstawiane, żeby trudno było jechać zgodnie z przepisami. Często też przepisy są tak głupie i bezmyślne, że po prostu z góry wiadomo, że nikt nie będzie ich przestrzegał. Ale ukarać zawsze można. A to zwykle uruchamia mechanizm korupcji. Wszyscy jesteśmy zakładnikami tej sytuacji.

Wychodzi na to, że na Ukrainie wszystko jest źle. A może ty po prostu nie lubisz swojego kraju?

- To nie tak. Gdybym nie żył na Ukrainie i nie był w środku tego wszystkiego, to ten kraj wydawałby mi się bardzo ciekawy. Choć nawet jak tam żyję, to ciągle mnie to interesuje, jest ciekawie. Tam się bardzo interesująco żyje. Gdziekolwiek pojedziesz, znajdziesz mnóstwo ciekawych historii, czasem smutnych, czasem śmiesznych, często po prostu strasznych. To kraj, który jest bardzo żywy, który ciągle się rozwija. Ten rozwój nie zawsze ma dobry bieg, ale cały czas coś się dzieje.

To jest wymarzona sytuacja dla reportera. Reporterzy z krajów, w których od dawna jest stabilna sytuacja, mogą ci zazdrościć tych wszystkich tematów leżących na ulicy.

- Te tematy są, ale trzeba chcieć je zobaczyć, nie ograniczać się do fikcyjnego życia, które toczy się w studiach telewizyjnych, z celebrytami i politykami. Właśnie o takim prawdziwym życiu jest ten zbiór reportaży "Ukraina w skali 1 do 1".

Co to znaczy?

- Pamiętam, jak podczas realizacji jednego z reportaży szukałem jednej z małych wsi. I jej po prostu nie było na żadnej z map. W końcu trzeba było kupić taki wielki atlas z bardzo dużą skalą. I wtedy zażartowałem, że to mapa ze skalą 1 do 1. Potem pomyślałem, że to byłby bardzo dobry projekt dla Ukrainy, żeby zajrzeć do tych wsi, tych małych miasteczek, których nie ma na mapach. W te wszystkie miejsca, o jakich nie mówią ukraińscy dziennikarze. Po to, żeby zobaczyć realne życie realnych ludzi, którzy żyją daleko od tego całego informacyjnego szumu tworzonego przez telewizję i prasę. Bo prawdziwe życie dzieje się zupełnie gdzie indziej. I żeby to prawdziwe życie zobaczyć, potrzeba jest właśnie ta skala 1 do 1.



* Ołeh Krysztopa jest ukraińskim pisarzem, dziennikarzem śledczym i reporterem. Był m.in. twórcą telewizyjnego programu śledczego "Strefa zamknięta". Wkrótce na Ukrainie ukaże się jego zbiór reportaży "Ukraina w skali 1:1". Publikacja jest nagrodą za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie reportażu literackiego "Samowydec".

Więcej o:
Komentarze (146)
Ukraiński reporter: Tutaj życie jest warte 10 tys. dolarów. Bogate dzieciaki mogą zabić i są bezkarne
Zaloguj się
  • maciek-2013

    0

    Tak samo znaki drogowe są rozstawiane, żeby trudno było jechać zgodnie z przepisami. Często też przepisy są tak głupie i bezmyślne, że po prostu z góry wiadomo, że nikt nie będzie ich przestrzegał. Ale ukarać zawsze można.

    To akurat tak jak w Polsce ! I jeszcze budowanie blokowisk i biurowisk bez miejsc parkingowych, aby chłopaki ze Straży Miejskiej mieli stały dopływ łatwej kasy.
    .

  • 0

    Jak czytam komentarze ludzi, którzy uparcie twierdzą, że w Polsce jest o niebo lepiej pod tym względem, to przerażenie mnie bierze jak skuteczne są socjotechniki i jak otumanione jest nasze społeczeństwo. Ukraińcy przynajmniej potrafili się zjednoczyć i przeciwstawić, czym zawstydzili zadufanych w sobie Polaków z ich wiecznie wystawianym na piedestał stanem wojennym, solidarnością i obaleniem komuny, co była już w dawno minionej epoce. Obecnie w Polsce jest podobny bajzel jak u nich, ale nikt nie wyjdzie na ulice, bo wyszedłby sam i jeszcze zostałby zbesztany z błotem i wyśmiany na forach internetowych przez frustratów, bo tak skłócone i oślepione jest polskie społeczeństwo.

  • californian-legit

    0

    W Stanach zabicie przez bogatego bachora nic rodzicow nie kosztuje - co najwyzej honorarium prawnika - a nazywa sie afluenza

  • krystin9

    0

    Coście się tak nagle tego Janukwycza przyczepili? A Złodziejka i morderczyni Tymoszenko to niby jest lepsza?

  • marekwarsaw

    Oceniono 3 razy 3

    W Posce za to samo trzeba zaplacic od 50,000..

  • mi3tek

    Oceniono 5 razy 5

    Momentami czyta się zupełnie jak opis polskiej rzeczywistości: "Główne tematy to sensacje i celebryci. A o tym, co ważne - cisza." albo "Tak samo znaki drogowe są rozstawiane, żeby trudno było jechać zgodnie z przepisami. Często też przepisy są tak głupie i bezmyślne, że po prostu z góry wiadomo, że nikt nie będzie ich przestrzegał." Nie trzeba dalekich podróży żeby doświadczyć tej specyficznej "egzotyki" ;]

  • abhaod

    Oceniono 3 razy 1

    Gdy Partii Oszustów razem z ryżym nie odsuniemy od władzy to będzie u nas tak samo.
    fbcdn-sphotos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/21103_611374275540776_1728824288_n.jpg

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX