Ekspert ds. rynku pracy: To pokolenie oszukane przez system i stereotyp [30-LATKOWIE]

- 30-latkowie chcieliby szybko się dorabiać, jak ich o kilka lat starsi koledzy. Ale studia już nie oznaczają awansu ani społecznego, ani ekonomicznego. I to budzi frustracje. Doskonale to rozumiem, sam skończyłem ekonomię. Ale 30-latkowie to jeszcze nic. Kolejne pokolenie - 20-latków - tu dopiero można spotkać skrajnie nieprzystające do rzeczywistości postawy! - mówi ekspert ds. rynku pracy Łukasz Komuda.
"Odeszłam z korpo i zobaczyłam, że są pory roku" - tak o pracy w korporacji opowiadają 30-latkowie. W odpowiedzi na nasz materiał dostaliśmy od Was mnóstwo listów. Niektórzy z was bronili swojej pracy: " Moja korpo jest OK. Kiedy dużo imprezowałam, mogłam zacząć pracę o 11" Z kolei inni zwracali uwagę na problemy tego pokolenia: "My wyjątkowo nie doceniamy rzetelnej pracy i rozwoju" - komentował Marek.

Czas podsumować odsłonę cyklu o 30-latkach poświęconą pracy w korporacjach. Prezentujemy rozmowę o tym, jak to pokolenie funkcjonuje na rynku pracy.

Agnieszka Wądołowska: 30-latkowie pracujący w korporacjach najczęściej mówią o frustracji i braku perspektyw. Jest aż tak fatalnie?

Łukasz Komuda, ekspert ds. rynku pracy w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych: - I tak, i nie. Badania dotyczące mobilności pracowników oraz preferencji pracodawców pokazują, że 30-latkowie są najbardziej poszukiwaną grupą na rynku pracy. Są jeszcze młodzi, elastyczni, z łatwością korzystają z wszelkich technik komputerowych. Ale mają przy tym pewną dojrzałość oraz jakiś bagaż zawodowych doświadczeń, bo już od pewnego czasu funkcjonują na rynku pracy. Tak to wygląda przynajmniej formalnie.

Tyle tylko, że 30-latkowie to także pokolenie wyżu demograficznego, co pociąga za sobą stałe zażarte konkurowanie z rówieśnikami. Tak jak musieli się ze sobą "ścigać" o miejsca w dobrych liceach czy na studiach, tak teraz rywalizują na rynku pracy. Warto też przypomnieć, że mówimy tu także o "pokoleniu X", czyli w dużej części o ludziach skupionych na indywidualnych potrzebach, karierze, rozwoju osobistym, trzymających się dość egoistycznych priorytetów, o potężnych ambicjach.

W praktyce więc wygląda to tak, że wielu 30-latków pracuje w korporacjach już około 10 lat i nierzadko czuje, że przez ten czas osiągnęli bardzo niewiele. Niemała grupa pracuje na tych samych stanowiskach - szeregowych, albo niższych kierowniczych. Często w dalszym ciągu na umowach śmieciowych.

Dzisiejszym 30-latkom rodzice kładli do głowy, że wystarczy skończyć studia, żeby mieć dobrą pracę i móc się realizować. Okazało się, że to nie takie proste, co budzi frustracje.

- 30-latkowie to pokolenie, o którym można powiedzieć, że zostało oszukane przez system edukacyjny i przez obowiązujący powszechnie stereotyp, że studia oznaczają automatyczny awans społeczny i ekonomiczny. Niestety, taki łatwy awans dzięki dyplomowi był możliwy, ale jedynie dla osób, które kończyły studia w końcu lat 80. i na początku lat 90. Po przemianach ustrojowych mieliśmy bowiem ogromny deficyt osób, które mogły zająć stanowiska kierownicze i specjalistyczne. Posiadanie dyplomu ukończenia np. warszawskiego SGPiS-u dawało na początku lat 90. ogromne możliwości na rynku pracy. Zachodnie koncerny wchodzące na nasz rynek po prostu potrzebowały kadry. A że nie było u nas właściwie ludzi z doświadczeniem w pracy w korporacjach, to tego rodzaju dyplom był bardzo silną kartą przetargową.

Tyle że za sprawą tych szybkich karier wszyscy poszli na ekonomię, zarządzanie i socjologię...

- Sam jestem ekonomistą i gdy zaczynałem studia w 1994 roku, nadzieje były ogromne. Wydawało się, że przede mną i moimi kolegami z roku same bajeczne kariery. Ale już na czwartym roku studiów wszyscy wiedzieliśmy, że na wymarzoną przez wielu pracę w sektorze finansowym raczej nie ma co liczyć - bo niełatwo będzie nawet wywalczyć stanowisko przy bankowym okienku. Dlatego też doskonale rozumiem tę frustrację 30-latków. Wielu z nich dodatkowymi studiami opóźniało moment wejścia na rynek pracy, odkładało decyzję o tym, żeby zacząć zarabiać na siebie. Inwestowali swój czas, wysiłek i pieniądze w wykształcenie. I ta inwestycja dla wielu okazała się nieopłacalna.

Pamiętajmy przy tym, że 30-latkowie urodzili się jeszcze w innym ustroju. Ich 5-10 lat starsi koledzy, którzy skończyli studia, wygrali los na loterii. A losy osób starszych o kolejną jedną lub dwie dekady były świadectwem, że nawet jeśli trudno mówić o wielkiej karierze, to studia przynajmniej dają sporą szansę na pracę w zawodzie. Tymczasem urodzeni w latach 70. i na początku lat 80. po raz pierwszy w tak dużej grupie musieli skonfrontować się z faktem, że ich zawód wyuczony i wykonywany mogą być zupełnie inne.

Mało tego, 30-latkowie to ostatnie pokolenie Polaków psychologicznie i społecznie ukształtowane w czasach, w którym różnice ekonomiczne nie były wielkie, a możliwości swobodnego wyboru pracodawcy - bardzo ograniczone, jeżeli nie żadne. Za to dużo większe było poczucie więzi społecznych i bezpieczeństwa.

Tak ulepieni trafili na rynek pracy, w którym roi się od przysłowiowych "kapitalistycznych rekinów". Są zdani sami na siebie, nie mają poczucia bezpieczeństwa, a nowa kapitalistyczna mitologia wbija im do głów, że los jest w ich rękach i wszystko od nich zależy. Przez co też porażka zawodowa, czy po prostu brak "kariery", od razu postrzegane są jako osobisty zawód. To generuje potworny stres i poczucie frustracji. Szczególnie jeżeli 30-latkowie widzą, że wystarczyło urodzić się kilka lat wcześniej, a ta sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Wielu naszych 30-letnich czytelników narzekało w listach, że w ich korporacyjnej pracy nie ma miejsca na kreatywność, że muszą dopasować się do formuł. Pisali:"Jak się idzie do korporacji, to wyłączenie mózgu jest podstawą". Samodzielne myślenie nie jest w cenie?

- To dość zabawne, bo słyszy się z różnych stron, że rynek pracy wymaga coraz większej kreatywności. Tymczasem w większości korporacji na większości stanowisk liczy się raczej stosowanie się do ustalonych norm, postępowanie zgodnie z procedurami i posłuszeństwo. A nie kwestionowanie zasad, planów i poleceń przełożonych czy też szukanie alternatywnych rozwiązań. Poniekąd taka jest ta nasza, polska kultura korporacyjna, bo w Wielkiej Brytanii czy w USA kreatywność i indywidualizm są nieco bardziej doceniane.

Wielkie, międzynarodowe koncerny, działają czasem trochę jak armie: mają swoje mundurki, rytuały, czasem nawet hymny i sztandary. I działają sprawnie tylko wtedy, gdy na wszystkich szczeblach ludzie zachowują dyscyplinę i wykonują "rozkazy". Ambitniejszym "szeregowcom" i "podoficerom", czyli często właśnie 30-latkom, ten sztywny porządek doskwiera, bo nikt nie jest zainteresowany ich pomysłami czy usprawnieniami. Czują się więc niespełnieni, niedowartościowani, niedostrzegani.

Wielu 30-latków przytłacza także rozrośnięta struktura hierarchiczna i ogromny dystans, jaki w korporacjach dzieli prezesa od szeregowego pracownika. Hierarchiczność ta odczuwalna jest na każdym kroku - nawet na poziomie symboli. Przykład? Nowo mianowany szef dużej grupy telekomunikacyjnej opowiadał mi, że jego pierwszym posunięciem było zlikwidowanie "windy prezesa" - wcześniej jedna z wind była do wyłącznej dyspozycji głowy firmy. Tymczasem w wielu korporacjach pielęgnuje się takie oznaki hierarchii i nie żałuje się na nich środków, co 30-latków, którzy utknęli na "niskich piętrach", drażni, bulwersuje i frustruje.

Ale są też inne korporacje. Kultury organizacji pracy są różne.

- Oczywiście, nie możemy ich wszystkich wrzucać do jednego worka. Są takie, w których ta hierarchia jest spłaszczona - to zdarza się dość często np. w firmach skandynawskich. Znam takie firmy, gdzie w open-space pracują razem prezesi i szeregowi pracownicy. Co więcej, prezesi pracują na samym środku, więcej jeżeli komuś przeszkadza hałas, to im najbardziej.

Na szczęście w Polsce nie ma jednej obowiązującej kultury korporacyjnej - za sprawą inwestorów zagranicznych formuły typowe dla Stanów Zjednoczonych, Francji, Skandynawii, a nawet Japonii, mieszają się z naszymi tradycyjnymi modelami, korzeniami sięgającymi w poprzednim ustroju.

Dlaczego to dobrze? Bo z jednej strony różne kultury ze sobą rywalizują, a z drugiej - pracownicy mają pewne możliwości manewru. Czasem warto zdecydować się na to, by zarabiać nawet ciut mniej, ale pracować w warunkach mniejszej presji, albo w miejscu, które rządzi się zasadami pasującymi do naszego charakteru i oczekiwań.

Skoro jest ten wybór i skoro 30-latkowie są tymi najbardziej poszukiwanymi na rynku pracy, to powinni czuć się na nim pewnie i nie obawiać się zmian. Tymczasem z ostatniego sondażu "Monitora Rynku Pracy" ośrodka badawczego Randstad, wynika, że tylko 11 proc. 30-latków w ostatnim półroczu zmieniło pracę, z czego niemal połowa ze względu na zwolnienia, a nie z powodu własnych ambicji czy potrzeby rozwoju.

- Ta gotowość do zmiany pracy nie jest oczywiście wysoka, ale istnieje, i to właśnie młodzi ludzie należą do grup najbardziej mobilnych. Z badań widać, że także oni najbardziej wierzą, że utraciwszy zatrudnienie, będą w stanie znaleźć kolejną pracę i są najbardziej skłonni do tego, żeby tego pracodawcę zmienić.

A że niewielu z własnej inicjatywy decyduje się na odejście i zmianę pracodawcy? Cóż, gdy mamy kryzys za kryzysem, to większość pracowników poszukuje etatu i chce się go trzymać. Warto przy tym podkreślić, że 30-latkowie nie są jeszcze na takim etapie, by zaczynanie jeszcze raz od zera u nowego pracodawcy, a nawet w nowym zawodzie, było trudne do wyobrażenia. Tyle że przy otwartych granicach wielu z nich, zmuszonych do budowania pozycji zawodowej od nowa, woli zaczynać od nowa... za granicą. Trudno ich winić o to, że myślą sobie: skoro mimo dyplomu i tak mam zacząć jeździć wózkiem widłowym, to wolę to robić za 3 tysiące funtów niż za 3 tysiące złotych.

Mówi pan o wynagrodzeniu. W wypowiedziach naszych czytelników pojawiły się komentarze, że pokolenie 30-latków jest bardzo roszczeniowe, że od razu oczekuje bardzo korzystnych warunków pracy, pensji pozwalającej na kredyt, samochód.

- Moim zdaniem wszystkie pokolenia mamy roszczeniowe. Mamy roszczeniowych 50-latków, którzy dużą część życia przepracowali w zupełnie innych warunkach, a teraz mają poczucie, że wszystko się im odbiera. Że tracą przywileje, bezpieczeństwo pracy - więc chcieliby wrócić do wcześniejszej sytuacji.

30-latkowie chcieliby dorabiać się tak szybko jak ich koledzy, którzy urodzili się kilka lat wcześniej. Ale to jeszcze nic. Kolejne pokolenie - dzisiejszych 20-latków - wychowane w świecie konsumpcji i nowych, indywidualnych wartości, ukształtowane przez reklamy i seriale telewizyjne, w których większość bohaterów prowadzi zamożne, kolorowe życie, specjalnie się nie przepracowując - tu dopiero można spotkać skrajnie roszczeniowe, nieprzystające do rzeczywistości postawy!

Idą jeszcze dalej niż 30-latkowie?

- Tak, i to będzie poważnym problemem. Zresztą nie tylko my będziemy z nim się mierzyć, bo dotyka całej Europy, a nawet całego zachodniego świata. Już dziś konfrontują się z nim doradcy zawodowi, którzy stawiając młodym ludziom pytanie o aspiracje zawodowe, bardzo często słyszą np. od 24-latków, że chcieliby zostać gwiazdą: muzyki albo sportu. Tyle tylko, że nic nie robią w którymkolwiek z tych kierunków.

Rośnie nam grupa tzw. NEETsów (not in education, employment or training), czyli zwykle młodych ludzi, którzy nie uczą się, nie są na stażu i nie pracują. Czyli nie robią nic. W Unii Europejskiej NEETsi stanowią już 13% grupy w wieku 15-24 lata, a w Polsce - 11%. Niestety, w zdominowanym przez konsumpcję świecie etos pracy, traktowanie jej jako wartości samej w sobie, zanika. Lepiej radzą sobie z tym kraje skandynawskie, ale one też bardzo silnie pracują nad tym, by te wartości nie ginęły.

Dzieci już od pierwszych klas szkoły podstawowej uczy się tam, że śmieciarz jest tak samo potrzebną osobą jak dyrektor fabryki. Ten szacunek do każdej - a szczególnie do ciężkiej pracy - to postawa, która tu w Polsce niemal zanikła. U nas hydraulików się już niemal nie szkoli, bo przecież każdy powinien być filozofem, czy filologiem. A większy szacunek wzbudza księgowy zarabiający 3 tys. zł niż mechanik, który zarabia o połowę więcej, ale nie pracuje przy komputerze.

Ale wracając do "roszczeniowych" 30-latków: rzeczywiście wielu z nich szuka przede wszystkim bezpieczeństwa, zabezpieczenia socjalnego, ale jednocześnie - rosnących zarobków. W ich wypowiedziach czasem daje się wyłowić jakąś nostalgię "za dawnymi czasami", choć jednocześnie oczekiwania konsumpcyjne są zupełnie inne. I tu widać brak konsekwencji, bo jeżeli ktoś tak wysoko ustawia sobie wymagania finansowe, to nie powinien narzekać na ograniczenia, które wynikają z modelu pracy, który wybrał. Bo przecież koncerny to nie wszystko.

No właśnie: czy 30-latkowie są skazani na korporacje?

- Wcale nie wszyscy. Widać, że właśnie pokolenie 30-latków zaczyna być zwyczajnie zmęczone tym ciągłym wyścigiem. Późne decyzje o rodzicielstwie również zmieniają podejście do życia zawodowego. 35-, 38-letnie kobiety po prostu nie mogą już dłużej odwlekać decyzji o posiadaniu dzieci. I to też zmusza je - oraz ich partnerów - do przewartościowania aspiracji.

Niemniej pracownicy nie mogą oczekiwać, że ich szefowie zamienią się w "dobrych wujków". Jeżeli chcemy innej kultury korporacyjnej, to musimy sami ją stworzyć. Polski rynek pracy jest rynkiem pracodawcy, ale pracownicy mają pewien wpływ na to, co się na nim dzieje - głosują nogami, czyli zmieniają pracę, szukając przyjaźniejszej atmosfery, większego dowartościowania, a także poczucia sensu, istotności tego, na co mają poświęcić jedną trzecią swojego życia. To coraz częstsza motywacja dla poszukiwania nowego pracodawcy. A także znak, że stajemy się powoli społeczeństwem bardziej zamożnym. I bardziej dojrzałym.

To już kolejna odsłona cyklu materiałów poświęconych 30-latkom. O jakich sprawach pokolenia wyżu chcielibyście jeszcze przeczytać? Co jest dla nas ważne? Jakich tematów dotyczących młodych brakuje Wam w mediach? Piszcie do autorek na adresy: agnieszka.wadolowska@agora.pl, anna.pawlowska@agora.pl"

Więcej o:
Komentarze (269)
Ekspert ds. rynku pracy: To pokolenie oszukane przez system i stereotyp [30-LATKOWIE]
Zaloguj się
  • mikael0

    0

    I dalej sa oszukiwani, zawyzonymi wymaganiami.
    To dlatego ludzie wyjezdzaja z tego kraju: bo na poczatku lapia sie byle jakiej pracy np Sprzatacz czy Zmywacz, ale po kilku miesiacach nauki j.angielskiego sa w stanie AWANSOWAC na lepsze pozycje, tylko dlatego ZE CHCA, MAJA AMBICJE.
    W Polsce zeby by barmanem, kelnerem, kucharzem, listonoszem, recepcjonista, handlowcem, sprzedawca itp wymaga sie WYKSZTALCENIA W TYM ZAWODZIE, to moze robic byle malpa z bananowca zdjeta po kilku dniowym szkoleniu.
    I np kobieta z wyksztalcenia: KRAWCOWA dla ktorej nie ma ofert w zawodzie, chce aplikowac w Polsce np na w.w zawody, zostaje odrzucona BO NIE MA WYKSZTALCENIA/DOSWIADCZENIA w tym zawodzie, nie mowiac juz o jakichs ksiazeczkach Sanepidowskich, czego tez na zachodzie nie ma.

    Dajcie sie dalej oszukiwac tej bandzie zlodziej i oszustow.

  • lilubia

    0

    Może od takiej stawki zaczniesz? Lepsze to niż nic. I tak step by step.

  • grzeszyszsynu

    0

    Izrael mieści się w średniej, więc ogólnoświatowe szkolnictwo ma się dobrze.

  • gtpress

    Oceniono 1 raz 1

    globalna kapela gra, a fujarki nie nadazaja i klepia trzy po trzy w pubach, nad ranem zas walnie jeden drugiego i mysli, ze jest trendy......

  • gtpress

    0

    globalna kapela gra, a fjarki nie nadazaja i klepia trzy, po trzy przy piwie w pubach, nad ranem zas walie jeden drugie i mysli, ze jest trendy......

  • conefkaconbrio

    0

    A słyszeliście o studiach dualnych? Może to jest wyjście:www.portalmaturzysty.pl/aktualnosci/po-tych-studiach-bedzie-praca-studia-dualne-ruszaja-na-politechnice-poznanskiej,1883,1.html ?

  • totapis500

    Oceniono 6 razy 4

    Zdaje się że ekspert nie wie,że ten system wywalczaliśmy popierając pijaków i nierobów z solidarności,a ci sprzedali nas jak w Targowicy.

  • oyayebye

    Oceniono 3 razy 3

    Wyższe wykształcenie. Znam wielu młodych ludzi z wyższym wykształceniem, żenada. Wyrażam zgodę na likwidację i to od dzisiaj 90% prywatnych uczelni wyższych. Tam na studenta patrzy się pod katem czesnego a nie tego co powinien się nauczyć i sprzedać w realu. Nie oszukujmy się,te niby uczelnie to taki sam interes jak sprzedaz ziemniaków czy samochodów. Zresztą szkolnictwo po 1989 r. zeszło na psy i to zaczynając od szkoły średniej. Matura, 30% i zaliczona. To wystarczy żeby w kiblu odróżnić papier toaletowy od gazety. Jedynymi uczelniami które jeszcze nie straciły prestiżu ( tak myślę a może się mylę? ) są uczelnie medyczne.

  • wiktor_wu_krk

    Oceniono 4 razy 4

    Nie rozumiem używania nagminnego w kontekście takich "speców" pojęcia "ekspert".

    Może eksperci od 30 latków, rynku pracy, oraz politycy, publicyści, naukowcy, zamiast w kółko roztrząsać ten obornik i drobiazgowo go analizować, odnajdywać w nim kolejne rodzaje gówienek, powiedzieli co należy do k.... nieprzymuszonej nędzy zrobić, aby ten zakichany stan rzeczywistości zmienić.

    Bo że jest przekichane stwierdzić, to naprawdę żadnym ekspertem być nie trzeba, do cholery jasnej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX