Polski snajper z Afganistanu: Już nigdy nie pociągnę za spust. Chyba że w obronie ojczyzny

02.06.2013 00:00
Przemysław Wójtowicz

Przemysław Wójtowicz (fot. archiwum Przemysława Wójtowicza)

- Człowiek, który strzelił do innego człowieka, przekroczył tę czerwoną linię, zza której już nie ma powrotu. Ja już nigdy nie pociągnę za spust, gdy będę miał przed sobą człowieka. Chyba że trzeba będzie bronić ojczyzny - mówi Przemysław Wójtowicz, strzelec wyborowy ranny podczas misji w Afganistanie.
Kilka lat temu nie zgodziłby się na pokazanie twarzy i podanie nazwiska. Tak jak inni snajperzy, w mediach występował zawsze w kominiarce - nie mógł narażać bezpieczeństwa swojego, swojej rodziny i kolegów. Jako strzelec wyborowy dwa razy brał udział w misji w Afganistanie. Na drugiej z nich został ciężko ranny w górach w Adżiristanie. - Moje życie wtedy się załamało - wspomina.

Dziś Przemysław Wójtowicz nie jest już snajperem. Jako instruktor szkoli żołnierzy, przygotowuje ich do działania w warunkach bojowych. Pomaga też rannym weteranom w rehabilitacji, organizuje dla nich rajdy i kursy.

To właśnie o tym najchętniej dziś opowiada. Do wspomnień z Afganistanu wraca niechętnie. - Nie zrozumiesz - mówi kilka razy, kiedy pytam go o wojnę.

Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Gdyby siedział teraz przede mną amerykański snajper, zapytałabym go, ile miał trafień. Wiem, że ty na takie pytanie nigdy nie odpowiesz. Dlaczego?

Przemysław Wójtowicz*: Mnie nawet nie przyszłoby to do głowy. Nie jestem jak Chris Kyle, choć facet wykonywał taki sam zawód jak ja. To, co on zrobił, rzuciło bardzo negatywne światło nie tylko na sam zawód snajpera, ale w ogóle na żołnierzy biorących udział w misjach. Mnie to obrzydza, nie rozumiem, jak można chwalić się tym, że się kogoś zabiło. Samo branie tego w liczby... że on zabił 160 osób, a tak naprawdę to nie wie, bo pewnie jeszcze więcej. Szczególnie że to naprawdę żaden wyczyn zabić na wojnie 100 czy 200 osób. To żadne bohaterstwo. A Kyle czuł się wielkim bohaterem. Lepiej powiedziałby, ilu z przeciwników, których zabił, to byli też strzelcy, ile zrobił dobrego.

Ale sam byłeś snajperem. Twoja praca polegała na zabijaniu.

- Zawsze walczyłem o to, żeby snajpera nie traktowano jak mordercę. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że dzisiejsza praca strzelca wyborowego najczęściej nie jest strzelaniem. To jest przede wszystkim rozpoznanie, zwiad, ochrona. To są ludzie wyposażeni w sprzęt od fotograficznego i nawigacyjnego do meteorologicznego, kierują ogniem, wskazują cele lotnictwu, artylerii. Ostatnia rzecz w tej robocie to strzelanie.

W końcu jednak musisz nacisnąć spust i pada strzał.

- Nie potrafię ci o tym opowiedzieć. To coś, czego nie można zrozumieć, jeśli się tego nie doświadczyło. Mogę ci tylko powiedzieć, że człowiek, który strzelił do innego człowieka, przekroczył tę czerwoną linię, zza której już nie ma powrotu. Szczególnie jeśli jest strzelcem wyborowym.

Dlaczego?

- Snajperzy wykonują dwa rodzaje zadań. Są zadania doraźne i są zadania planowe. Doraźne to np. bronimy się, odpieramy atak, dochodzi do sytuacji, w których trzeba otworzyć ogień. Planowe to tzw. likwidacja celu. W jednej i w drugiej sytuacji, wykonując te zadania, można kogoś zabić. Tak samo zabija pilot śmigłowca, tak samo zabija artylerzysta, tak samo zabija celowniczy karabinu maszynowego. Różni ich od snajpera jedna rzecz. Strzelec wyborowy widzi swój cel, ten cel jest bardzo dobrze widoczny. Jest długo obserwowany, snajper go widzi, śledzi jego ruchy, może rozpoznać jego twarz, zachowanie. Nie zrozumiesz tego.

Uważasz, że zrobiłeś coś złego?

- W żadnym zabijaniu nigdy nie będzie nic dobrego. I cały czas twierdzę, że nic gorszego nie może spotkać ludzi niż wojna. To nie żywioł, z którym walczymy, stając ramię w ramię. To jest coś najgorszego, na wojnie człowiek człowiekowi wilkiem, człowiek człowieka morduje, robi mu najgorsze możliwe rzeczy. Często cierpią na tym ludzie zupełnie niewinni, kobiety, dzieci, osoby starsze. Ci ludzie nie mogą się bronić, przecież to jest okropne. Tu nie ma się czym ekscytować. O tym trzeba zapomnieć. Trzeba dążyć, żeby tego nigdy nie było. Żołnierz powinien robić wszystko, żeby to powstrzymać.

Mówisz jak pacyfista.

- A może już w tej chwili jestem pacyfistą? Pewnie rzeczywiście jestem... Staram się nigdy nikomu nie robić krzywdy, choć nie zawsze mi to wychodzi. Ale każdą krzywdę staram się naprawić. I choć nadal chodzę w mundurze i jestem w służbie, to wiem, że już nigdy nie pociągnę za spust, jeśli będę miał przed sobą człowieka. Chyba że trzeba będzie bronić ojczyzny.

A w Afganistanie pociągałeś za spust w imię czego? Dla Polski? Wiesz, jakie są opinie: jedziesz tam, bo chcesz. Zostajesz okupantem zabijającym dla kasy.

- Jeśli ktoś ma takie podejście, to mogę mu powiedzieć tylko jedno... Zastanów się, człowieku, na kogo sam ostatnio głosowałeś. I pomyśl, czy to żołnierz ma decydować, gdzie ma walczyć i o co? To naród wybrał polityków, którzy są odpowiedzialni za to, gdzie polskie wojsko walczy. To politycy podejmują decyzje, a żołnierz tylko wykonuje rozkaz.

To nie był rozkaz, którego nie mogłeś wykonać. Decyzję o wyjeździe na misję każdy podejmuje sam. Dlaczego chciałeś być w Afganistanie?

- Oczywiście, że każdy żołnierz decyduje sam. Ale jak jedzie cały mój batalion, to co, ja mam zostać w domu? Poza tym każdy chce się sprawdzić. Misja jest tak naprawdę wielkim poligonem. Uczestniczymy w wojnie, żeby kiedyś tej wojny nie było u nas. Żołnierz po misji jest pięć razy lepiej wyszkolony niż taki, który na nią nie pojechał. Dzięki misjom mamy teraz kilkadziesiąt tysięcy rewelacyjnie wyszkolonych żołnierzy, którzy brali udział w akcjach bojowych. To jest bardzo ważne dla obronności naszego kraju. Nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Może ludzie wolą takiego żołnierza w wypastowanych na błysk butach i wyprasowanym mundurze, który nie wie, gdzie jest tył, a gdzie przód czołgu.

A tam, na miejscu, walczysz i ryzykujesz dla kogo? Dla Polski i naszej obronności? Dla Ameryki?

- Na misji każdy czuje się Polakiem, są flagi, nasze herby na wszystkich wozach, każdy widzi, że to jadą Polacy. Jesteśmy z tego dumni. A dla kogo się narażam? Przede wszystkim tam, na miejscu, robię to dla chłopaków, którzy są ze mną. Robię to po to, żeby wrócili cali i zdrowi do domu. Dalej robię to dla Polski i dla doświadczenia, żeby być lepszym żołnierzem. I - nie ukrywajmy - też dla przygody i dla zarobku. Priorytety są takie: przyjaciele, rodzina, ojczyzna i pieniądze.

Wojna wciąga? Są żołnierze, którzy po powrocie nie potrafią się odnaleźć, brakuje im adrenaliny i już po kilku miesiącach chcą znowu walczyć.

- Na pewno wojna wciąga, ale różnych ludzi w różnym stopniu. Ja jestem innym typem człowieka. Przede wszystkim tęskniłem za domem, za rodziną, za przyjaciółmi. Owszem, kocham swój zawód, ale nigdy nie uważałem tego za coś nadrzędnego. Nie wyobrażam sobie bycia ciągle na misji, zostawienia rodziny...

A kiedy słyszysz, że chłopaki są w Afganistanie, to żałujesz, że nie ma cię tam z nimi?

- Jasne, jest coś takiego... Tu nawet nie chodzi o Afganistan. Byłem kiedyś dowódcą wozu bojowego. I kiedy jadę samochodem i widzę, że na rampie pociąg ciągnie czołgi czy wozy bojowe, to gdzieś w sercu jest taki uczucie... Coś mnie do tego ciągnie. Chce się jeszcze takim transportem pojechać, pojeździć po bezdrożach na gąsienicach. To wszystko już zawsze będzie w moim życiu. To armia mnie wyszkoliła, dzięki temu jestem, kim jestem, to jest mój zawód.

Gdybyś mógł cofnąć czas, pojechałbyś jeszcze raz do Afganistanu? Dla ciebie tamta misja skończyła się tragicznie...

- Nie, gdybym wiedział, że to się tak skończy, na pewno bym nie pojechał. 7. zmiana była strasznie ciężka. To była najcięższa zmiana w Afganistanie. Zginęło siedmiu żołnierzy, ponad 120 było ciężko rannych. To był czas przypadający na wybory. Była straszna intensywność działań talibów. W samym dniu wyborów było kilkadziesiąt ataków na polskich żołnierzy. Ludzie tutaj, w Polsce, nawet nie zdawali sobie sprawy, co my tam przeżywamy. To była praca przez 24 godziny na dobę, ciągłe bycie na baczność. Cały czas dyżury bojowe, udział w różnych akcjach, patrolach, odpieranie ataków. Chociaż ja miałem tę misję superułożoną. Pracowałem z ludźmi sprawdzonymi, z niektórymi już od kilku lat. Byliśmy tak zgrani, że już rozumieliśmy się bez słów. To byli naprawdę zawodowcy.

To co się wydarzyło?

- To była końcówka, byliśmy już spakowani i za dwa tygodnie mieliśmy wracać do domu. Padła komenda, że musimy wesprzeć posterunek afgański w górach w Adżiristanie. To wyjątkowo perfidne miejsce, zamieszkane prawie wyłącznie przez talibów. Nawet mówiliśmy na nie "kurort dla talibów", bo robili tam, co chcieli. Zajechaliśmy i zostaliśmy na 12 dni. To była cały czas mocna wymiana ognia. W końcu udało nam się jakoś stamtąd uciec. Wszyscy byliśmy ranni. Po tym wszystkim moje życie się załamało. O byciu strzelcem wyborowym mogłem już tylko pomarzyć.

Dzisiaj zupełnie tego po tobie nie widać.

- Teraz jest już OK, ale to, co przeżyłem wtedy, było straszne. Wcześniej byłem snajperem, aktywnym facetem, zajmowałem się wyczynowym sportem: pływałem, boksowałem. To było moje życie. Wtedy, siedząc w domu, przytyłem 15 kg. Przez te dziewięć miesięcy rehabilitacji zaczynałem od jeżdżenia na wózku, wreszcie chodziłem już tylko o lasce. Pamiętam, jak pierwszy raz pobiegłem do lasu i przewróciłem się. Wtedy usiadłem pod drzewem i się rozpłakałem.

Ale nie poddałeś się?

- Nie chciałem się poddawać. Postanowiłem wracać powoli do sportu. Poszedłem na basen, popływałem i znowu dwa tygodnie musiałem chodzić o lasce, to było jeszcze za wcześnie. Zacząłem biegać i znowu przerwa, bo nie dawałem rady. Poszedłem z powrotem na boks. Chodziłem pół roku i przytrafiła się kontuzja. Ale było coraz lepiej. I wtedy pojawiła się propozycja wyjazdu do Stanów do Marcina Gortata. Poleciałem i tak zaczęła się nasza współpraca.

Po co znanemu koszykarzowi wizyta polskiego żołnierza?

- Marcin zawsze mówi, że gdyby nie został koszykarzem, to byłby żołnierzem. Błyskawicznie się dogadaliśmy, mieliśmy wiele wspólnych tematów. Poza tym dla Marcina bardzo ważny jest patriotyzm. On jest dumny z bycia Polakiem i głośno o tym mówi. Zresztą dla Amerykanów to zupełnie normalne, oni się takich słów nie wstydzą. To właśnie w USA zobaczyłem, jakie może być podejście do weteranów. Przeżyłem coś niesamowitego na meczu, gdzie zaprosił mnie Marcin Gortat. W pewnym momencie podszedł do mnie czarnoskóry chłopak z krótkofalówką i pyta, czy to ja jestem tym żołnierzem z Polski. Potwierdziłem i kazał mi iść za sobą. Usiadłem gdzieś na środku sali, a on mówi: "Słuchaj, ja teraz muszę na chwilę iść, ale zaraz po ciebie przyjdę. Czekaj tu na mnie". I poszedł. Siedziałem i oglądałem mecz. W pewnym momencie była przerwa, nagle zrobiło się ciemno i jak w teatrze na mnie skierowali słup światła. Zobaczyłem swoją twarz na wszystkich telebimach. I nagle spiker opowiada, czego to ja nie zrobiłem, chyba tam tylko lotu na Marsa zabrakło. Taka prezentacja w amerykańskim stylu. I nagle 20 tys. ludzi wstaje i wszyscy biją mi brawo. Trochę głupio się poczułem, wstałem, łzy mi się w oczach zakręciły. Później, już po meczu, podchodzili do mnie, zaczepiali, dziękowali za wszystko, chcieli sobie ze mną robić zdjęcia.

W Polsce spotkałeś się kiedyś z czymś takim?

- Nigdy. Ale to wszystko, co robię, robię też po to, żeby to zmienić. Chcę pokazać ludziom weterana jako normalnego człowieka, a nie tego roszczeniowego gościa, który tylko narzeka i chce brać, a nie dawać cokolwiek od siebie i tylko by kwiatki pod pomnikami składał. Im trzeba pokazać chłopaka, który jeszcze niedawno był taki jak oni. I nagle w walce został ranny i to wszystko się skończyło. I teraz walczy już nie na misji, ale z własnymi ograniczeniami. Chce być kimś, przekracza bariery. Pracuję z weteranami, realizujemy różne projekty i to są naprawdę rewelacyjni ludzie. Ostatnio byliśmy w górach. Był tam żołnierz, który mówił: "Mam nieraz problem z przejściem 300 m". A tam na protezach przeszedł 18 km. Następnym razem zrobi więcej i pójdzie 25 km. Jestem tego pewien.

A jeśli powie: mam dość, nie dam rady, poddaję się?

- Każda próba to jest dużo, to już jest sukces. Bo to oznacza, że chłopak wyszedł z domu. Zobaczy, że ktoś ma podobne obrażenia i działa, to on też będzie miał większą motywację. To są żołnierze, oni mają charakter i wolę walki. Potrafią stawiać czoła wyzwaniom. A jeśli ktoś się poddaje, to my jesteśmy po to, żeby im pomagać. Bo problem jest. Nie oszukujemy się.

Ten problem to chyba nie tylko rany na ciele?

- Oczywiście, że nie. Nie ukrywajmy, sporo spośród nas wpadło w alkoholizm, chłopaki cierpią na depresję, jest sporo osób cierpiących na PTSD. Po to jest stowarzyszenie, żeby im pomagać. Tych ludzi trzeba wyciągać, pokazywać im drogę. Ważne, żeby nie koncentrować się tylko na rannych fizycznie. Tu nie ma miejsca na licytację: ja mam gorzej, bo nie mam nogi. Ktoś może być fizycznie w dobrym stanie, ale cierpieć psychicznie. I on też potrzebuje pomocy. Po to jest nasze stowarzyszenie, po to robimy te wszystkie akcje.

Praca w stowarzyszeniu to wszystko, czym się teraz zajmujesz?

- Nie, nadal normalnie jestem żołnierzem. W tej chwili jestem starszym instruktorem. Uczę ludzi strzelać, uczę ich taktyki. Uczę ich zachowania się na wojnie. Moim najważniejszym celem jest nauczenie ich wszystkiego, żeby nie popełnili tych samych błędów co ja. Żeby cali wrócili do domu. Choć oczywiście błędy popełnia każdy, nie wszystko da się przewidzieć. W sytuacji gdy człowiek jest na wojnie, w stresie, może się zdarzyć wszystko. Kiedy zaczynają wokół ciebie śmigać pociski, możesz się okazać zupełnie innym człowiekiem, niż myślałeś.

Wiesz już, jakim jesteś człowiekiem? Czego dowiedziałeś się o sobie na wojnie?

- Byłem zadowolony ze swoich reakcji. Zwykle nie bałem się, strach przychodził potem. Pamiętam, jak kiedyś pocisk przeleciał mi niespodziewanie tuż koło głowy. Długo chodziło mi po głowie, co by było, gdyby ten pocisk roztrzaskał mi czaszkę. Myślałem, co byłoby z rodziną. Ale na pewno wtedy nie byłem sobą. Na wojnie nie można być sobą. Kiedyś dwa metry od nas eksplodował pocisk moździerzowy i ranił nas wszystkich. Patrzyłem na chłopaków, widziałem przerażenie w ich oczach... W moich oczach pewnie było to samo... To wszystko jest nie do opisania, tego nie zrozumie nikt, kto tam nie był.

Można się do tego przygotować?

- Absolutnie nie. Można zrobić wszystko, ale człowiek nigdy nie będzie pewny tego, czy zareaguje właściwie w takiej sytuacji. Te wszystkie szkolenia sprawdzają się, kiedy jest się w grupie i ma się przewagę. Ale gdy zaczyna się defensywa, to już wygląda inaczej. Swoim żołnierzom staram się wpoić jedną rzecz: żeby kierowali się własnym umysłem. Szkolenie daje im drogi, z których mogą skorzystać. Ale to od ich umysłu zależy, czy w danej sytuacji wybiorą najwłaściwszą drogę.

A potem, po powrocie, niezależnie od tego, co robiłeś i jakie decyzje podjąłeś, i tak ktoś nazwie cię najemnikiem i mordercą. Umiesz sobie z tym radzić?

- Wiesz, ostatnio zorganizowałem rajd w Bieszczadach dla rannych żołnierzy. Nazwaliśmy go imieniem kaprala Michała Kołka, żołnierza 21. Brygady Strzelców Podhalańskich, który zginął w czasie misji w Afganistanie w grudniu 2009 roku. Pierwszym i najważniejszym przystankiem rajdu była wizyta na jego grobie, gdzie spotkaliśmy się z jego matką, wręczyliśmy rodzinie pamiątkową tablicę. To było niesamowite, kiedy matka tego chłopaka złapała mnie za rękę i dziękowała, że podtrzymujemy pamięć o jej synu.

Wtedy zrozumiałem, że to, co robię, ma sens, że warto. Ja wiem, że nie zrobiłem nic złego. I nie widziałem, by źle postępował któryś z moich kolegów. Ludzie mogą sobie pisać w internecie, że jesteśmy najemnikami, mordercami, mogą nas wyzywać. Chciałbym, żeby któryś z tych, którzy plują na weteranów i ich rodziny, miał odwagę stanąć tam, na tym cmentarzu, i powiedzieć to wszystko tej kobiecie. Ciekaw jestem, czy którykolwiek z nich miałby na tyle jaj.



* Przemysław Wójtowicz - polski strzelec wyborowy, był jednym z bohaterów spotów emitowanych przez Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju z okazji ostatniego Dnia Weterana

Zobacz także

Najnowsze informacje