Sprawa śmierci Jasia. Lekarze zaczęli składać zeznania. "Dziś postąpiłbym tak samo"

21.05.2013 17:28
- Nie jestem cudotwórcą, nie mogłem wiedzieć, że w stawie jest bakteria - mówił dziś przed sądem dr M.K. jeden z sześciu lekarzy oskarżonych o narażenie Jasia Olczaka na utratę życia. 3,5-latek zmarł w 2008 r., gdy kolejni lekarze przez kilka dni nie rozpoznali u niego sepsy.
Dr. M.K. wezwano do Jasia na wizytę domową, a ten zalecił chłopcu branie paracetamolu na zbicie gorączki. Dziś mówił przed sądem, że - mając do dyspozycji dostępne mu wtedy informacje - nie mógł inaczej postąpić.

Jak doszło do śmierci Jasia?

Był koniec 2008 r. Jaś przez trzy dni jeździł z rodzicami od szpitala do szpitala, z jednego badania na kolejne. Żaden z lekarzy nie zalecił 3,5-latkowi antybiotyku - mimo jego problemów z chodzeniem, zaczerwienieniem okolic stawu i wskazujących na sepsę wyników badań. Jak opowiadała nam mama chłopca, Anna Kęsicka, kiedy w końcu, 28 grudnia o godz. 17 przyjęto go do szpitala, Jaś był już w stanie agonalnym. A z antybiotykiem i tak czekano kolejne 4 godziny. Chłopiec zmarł niedługo później, o 4.45 nad ranem 29 grudnia.

Jego śmierć oznaczała początek gehenny dla rodziców. Wpierw w sądzie lekarskim, gdzie blisko cztery lata ich walki o ukaranie lekarzy zakończyły najniższe wyroki dla trójki oskarżonych - dwa upomnienia plus jedna nagana. W lutym z kolei ruszyła sprawa w sądzie karnym, gdzie oskarżona jest szóstka lekarzy.

Dziś odbyła się druga rozprawa w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście. Wszyscy składający wyjaśnienia oskarżeni są z art. 160 kk, czyli narażenia Jasia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi im za to do lat 3 pozbawienia wolności.

Nieutajnianie sprawy "w interesie publicznym"

Dziś przed sądem składał wyjaśnienia pierwszy z oskarżonych lekarzy, dr M.K., który 25 grudnia 2008 r., w ramach nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej, przyjechał do Jasia na wezwanie jego mamy. Rozprawę rozpoczęła jednak dyskusja na temat tego, czy na sali mogą pozostać dziennikarze. Mec. Elżbieta Orżewska reprezentująca rodziców zmarłego chłopca zaapelowała do sędzi, by ta sprawy nie utajniała. - Biorąc pod uwagę postawę lekarzy występujących w sprawie, to w ich interesie leży, skoro czują się tak bezpiecznie, aby tę sprawę wyjaśnić w świetle fleszy - argumentowała mecenas.

Obrońcy oskarżonych mieli zdanie dokładnie odwrotne. - Presja na oskarżonych może doprowadzić do skrzywień w ustaleniach sądu - ocenił jeden z nich. - Czy tak liczna publiczność na sali będzie sprzyjać rzetelnemu wyjaśnieniu sprawy? - pytała druga mecenas. - Oskarżeni nie są przygotowani do składania wyjaśnień w takich warunkach - przekonywał kolejny.

Sędzia przychyliła się jednak do wniosku oskarżenia. Dziennikarzy nie wyprosiła, wyrokując, że kluczowy jest tu "interes publiczny", jako że sprawa żywo interesuje opinię publiczną. Poprosiła tylko o nieujawnianie wizerunków oskarżonych, ich personaliów i zeznań w całości.

- Na ich miejscu odmówiłbym składania wyjaśnień w takich warunkach. Sprawa stała się medialna, tak nie powinno być! I co? Takie tłumy będą się pojawiały na każdej rozprawie?! - pomstował na korytarzu przed salą rozpraw jeden z obrońców.

Dr K.: "Dziecko było w dobrym stanie ogólnym"

Dziennikarze zostali na sali, a dr K. przystąpił do składania wyjaśnień i odpowiadania na pytania sędzi, oskarżyciela posiłkowego i obrony. W rozmowie z nami Anna Kęsicka opisała wizytę dr. K. w ten sposób: "Nawet nie obejrzał Jasia i polecił, bym wsadziła go do letniej wody dla zbicia gorączki. Powiedział, że jestem histeryczką, że głowę mu zawracam (...). Wsadziłam Jasia do wanny, on wszedł do łazienki, rzucił na niego okiem i powiedział: No tak, widzi pani, chłopak ma ospę. Dzieci miewają wysoką gorączkę, to normalne!".

Oskarżony lekarz odrzucił zarzuty matki, przekonując, że "chłopca oczywiście zbadał" (ale nie pamiętał, w którym momencie wizyty, w którym miejscu mieszkania ani czy nawet kazał mu się rozebrać), że wysoka gorączka od momentu przyjęcia zgłoszenia matki (o godz. 10) do momentu jego wizyty u niej w domu (godz. 15) spadła (ale nie pamiętał, do jakiego poziomu, np. czy to było 38,5, 39 czy 40 st.) i nigdy też "nie traktował pacjenta w sposób niegrzeczny", "nie używał słów obraźliwych lub że pacjent zawraca mu głowę".

- Zastałem dziecko z objawami charakterystycznymi dla ospy wietrznej, wykwitami na skórze (nie pamiętał, gdzie na ciele ani ile ich było). Zaordynowałem paracetamol jako lek przeciwgorączkowy i lek przeciwwirusowy. Dziecko było w dobrym stanie ogólnym, nie stwierdziłem żadnych objawów niepokojących - tłumaczył lekarz, dodając, że sepsa to choroba "bardzo groźna, o piorunującym przebiegu", która potrafi rozwinąć się w ciągu 6 godzin. - Ktoś może mieć zwykłe przeziębienie, które kończy się sepsą. Ale czy można to przewidzieć? - pytał retorycznie.

To było na wizycie o nóżce czy nie było?

Pytany przez oskarżyciela posiłkowego, dlaczego nie skierował chłopca do szpitala, odpowiedział, że sprawę zostawił lekarzowi prowadzącemu 3,5-latka, który przed nim wypisał skierowanie na badania w związku z bolącą Jasia nóżką. - Jako lekarz na pierwszym roku stażu byłem przekonany, że lekarz specjalista, który zlecał badania na cito, będzie chciał te wyniki zobaczyć - wyjaśnił (tymczasem w swoim wcześniej przygotowanym oświadczeniu, które sędzia odczytała na koniec zadawania pytań, stwierdził, że nie jest przekonany, że w trakcie wizyty w ogóle miał wiedzę na temat tego, że chłopca boli staw: "Matka dziecka nie podawała mi informacji, że chłopiec skarżył się na bóle kończyn lub stawów").

Dr K. na wiele pytań odpowiadał, że nie pamięta, bo o śmierci Jasia dowiedział się 8 miesięcy po fakcie, przy czym w tamtym czasie przyjmował do kilkudziesięciu pacjentów dziennie. Zeznał m.in., że nie wie, czy informacje o stanie pacjenta dostał w drodze do Jasia, czy dopiero od jego mamy (w oświadczeniu odczytanym przez sędzię pojawia się jednak informacja, że dyspozytorka przekazała mu wcześniej, że chłopiec miał ospę i wysoką gorączkę).

Zapytany przez mec. Orżewską, czy dziś w takim przypadku postąpiłby tak samo, odpowiedział, że - nie mając do dyspozycji żadnych narzędzi diagnostycznych, wyników badań i dysponując tylko informacjami zdobytymi w wywiadzie lekarskim - nie mógł inaczej postąpić. - Wychodziłem w przekonaniu, że dziecko było pod właściwą opieką, w dobrym stanie, miało robić badania. Nie przypuszczałem, że to się może tak zakończyć. Gdybym miał choć jeden procent wątpliwości, to na pewno bym inaczej zareagował. (...) Nie jestem cudotwórcą, nie wiem, co dzieje się w środku stawu, czy tam jest bakteria, czy nie - dodał.

Oświadczenie matki: "Wizyta trwała dwie minuty"

Na koniec głos zabrała Anna Kęsicka, która złożyła oświadczenie: - Cała wizyta doktora trwała dwie minuty. Dziecko nie zostało zbadane, nawet dotknięte przez lekarza. Tylko zajrzał do łazienki, gdzie syn był w wannie, i powiedział: "Przecież pani widzi, że dziecko ma ospę". Informowałam, że dziecko utyka. Odpowiedział: "Ospa u różnych dzieci ma różny przebieg. Nie ma powodu do histerii". Ja na to: "Mój starszy syn przechodził ospę i nie miał ani wysokiej gorączki, ani bólu nogi". Lekarz powtórzył: "Dzieci różnie chorują na ospę". Na tym skończyła się wizyta.

Zobacz najnowsze wideo

Zobacz także
Komentarze (88)
Zaloguj się
  • aurita

    0

    Ospa moze byc grozna, zanim zdecydujecie sie na "ospa party" przemyslcie moze szczepienia....

  • zbycholj23

    0

    Lekarze w RP to kasta uprzywilejowanych bezkarnych pazerniaków i łapówkarzy dla których pacjent to wróg i zło konieczne.

  • chlumy

    0

    Wiecie, studia medyczne to tylko początek. Lekarze powinni na dyżurze mieć przed sobą laptopa i po obejrzeniu i wysłuchaniu pacjenta!!! wklepać objawy w google i jak na dłoni mają listę możliwych chorób. O wtedy wiedzieliby, że może to nie być nic groźnego, ale mieli by też świadomość że trzeba uważać, i ewentualnie zlecić dodatkowe badania. I to wcale nie jest żart! Ćhoroby mnożą się jak grzyby po deszczu i nie sposób wszystkiego nauczyć się na studiach a tym bardziej na praktykach w szpitalu czy przychodni. Po to jest internet, tam jest więcej wiedzy niż na wszystkich studiach razem wziętych. A studia mogą jedynie tylko pomóc w wyłapaniu tych ważnych informacji z sieci.

  • mart5000

    Oceniono 1 raz 1

    Gdyby to było moje dziecko to zaje....bym sku ... na, dla przykładu a potem niech mnie sadzą, bo życia dla mnie i tak by nie było.

  • septembero13

    0

    Zmarło dziecko, śliczny,mądry mały człowiek, członek rodziny, potencjalny pracownik, tatuś , mąż. Dla bezdusznych lekarzy, którzy nie przyłożyli się do swojej pracy to tylko pacjent ,który zszedł. Myślę ,że kara dla tych bezdusznych konowałów powinna być tak dotkliwa jak dotkliwa jest utrata dziecka. I tyle

  • jacek19606

    Oceniono 1 raz 1

    kazdy lekarz ma swoj cmentarz ale zeby 6 konowałów chciało miec jednego małego Jasia jednoczesnie,w naszym kraju nie ma przymusu pracy ,czy musza byc lekarzmi o tym decyduje sąd.

  • emeryto51

    Oceniono 1 raz 1

    Wiekszosc lekarzy popadla w rutyne i przy badaniu oceniają pacieta na [oko] lub wlasnego widzimisia .
    Po prostu lekarz wie lepiej.Lekarze w duzych miastach jeszcze sie troche przykladaja do pracy z pacjetem.
    Ale w miasteczkach i malych gminach to prawdziwa zgroza, czuja sie bez karni.O badaniach profilaktycznych to na samym wstepie kaze zapomnieć.Czesta odpowiedz, to ze pacjent telewizji sie na ogladal.I WIZYTA SZKACZONA.

  • noel1

    Oceniono 1 raz 1

    Młody lekarz stażysta, z przebiegu procesu, treści oświadczenia, rozmowy z matką podchodzi do tragedii jak stary rutyniarz, wyga. Mówi dzisiaj postąpiłbym tak samo, chociażby z powodu braku możliwości prawidlowego z diagnozowania, - brak odpowiednich środków technicznych. Młody człowiek niedoświadczony w fachu w takim przypadku zaczyna działać gdyż boi się odpowiedzialności, wykonuje telefony, radzi się doświadczonych lekarzy, wzywa pogotowie nie zostawia matki samej z dzieckiem itp.itd. a ty rutyniarzu co robisz umywasz ręce. Jaki z Ciebie będzie lekarz jak okrzepniesz w zawodzie. Broń nasz Panie Boże od takich lekarzy.

  • kodob

    Oceniono 1 raz 1

    Dziecko może w ten sposób chorować na ospę(rzadko ale moze byc wysoka gorączka w przebiegu wiatrówki) i w momencie widzenia przez tego lekarza po dwóch dniach choroby nikt inny by nic innego nie stwierdził. Problem w kolejnych wizytach w szpitalach bo tam dopiero były informacje(a także przebieg choroby dłuższy niż możnaby zakładać) pozwalajace podejrzewać nadkażenie bakteryjne ale ponieważ tamte dotyczyły klinik specjalistycznych a więc instytucji i osób majacych większą pozycję zawodową, a wiec umiejetność obrony, więc wszyscy wlacznie z adwokatami matki uczepili się tego pierwszego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje