Matka 3,5-letniego Jasia: Dziecko umarło, bo lekarz potraktował je jak paczkę do nadania [WYWIAD]

06.05.2013 15:00
Jasio zmarł na zawał serca. Przy sepsie zawsze wysiada jakiś organ, u niego to było serduszko. Wyobraża sobie pani 3,5-letnie dziecko, które umiera na zawał serca? - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Anna Kęsicka, której syn zmarł, bo kolejni lekarze nie postawili oczywistej diagnozy. - Jak czekaliśmy na wyniki sekcji, to jeszcze miałam nadzieję, że Jasio zmarł na coś poważnego, że miał jakiś ukryty nowotwór. Ale był całkowicie zdrowy. Uratowałby go augmentin, najprostszy antybiotyk, który ja miałam w domu...
Nazwiska wszystkich lekarzy do wiadomości redakcji.

Anna Kęsicka: - Umiera dziecko i cały świat wali się pani na głowę. Jasio jadł ze mną w niedzielę rano śniadanie, a w poniedziałek nad ranem już nie żył. To jest tak, jakby dziecko zostało rozjechane przez samochód... Jak opadnie szok, to ma pani ogromne poczucie winy, że jako matka nie uratowała swojego dziecka. I co się dzieje dalej: musi pani iść na terapię, aby terapia wytłumaczyła pani, że nie jest pani winna. A potem musi się pani zmierzyć z całym środowiskiem lekarskim, aby ukarać winnych śmierci synka. Tylko że walka z lekarzami jest niemal niemożliwa do wygrania, bo to środowisko zdąży zmęczyć przeciwnika, zanim cokolwiek się wyjaśni...

Joanna Berendt, Gazeta.pl: A jak to się zaczęło?

- To było przed świętami, w grudniu 2008 r. Jasio chorował na ospę. W Wigilię zaczęła go mocno boleć nóżka, więc wezwaliśmy lekarkę z naszej prywatnej przychodni. Nie było wiadomo, o co chodzi, i ona dała nam skierowanie na badania. Kolejnego dnia Jaś czuł się średnio, ale znośnie, a drugiego dnia świąt miał już bardzo wysoką gorączkę, której niczym nie mogłam zbić. Zadzwoniłam na pogotowie, gdzie mi powiedziano, że nikt u nich tym się nie będzie zajmował i mam zadzwonić na ostry dyżur. Tam z kolei kazali mi przywieźć dziecko. Odparłam, że chyba oszaleli, bo moje dziecko jest po ospie, ma 42 stopnie gorączki i nie będę go wynosić na mróz.

W końcu przyjechał lekarz z dyżuru, doktor M.K., który nawet nie obejrzał Jasia i polecił, bym wsadziła go do letniej wody dla zbicia gorączki. Powiedział, że jestem histeryczką, że głowę mu zawracam... Ja sama zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy on przypadkiem nie ma racji. Może przesadzam? Wsadziłam Jasia do wanny, on wszedł do łazienki, rzucił na niego okiem i powiedział: "No tak, widzi pani, chłopak ma ospę. Dzieci miewają wysoką gorączkę, to normalne!".

A na ból nóżki co powiedział?

- Że to nic i pewnie samo przejdzie. Dopiero potem dowiedziałam się, że on z tej wizyty nie zrobił nawet karty pobytu.

Następnego dnia pojechałam z Jasiem do przychodni zrobić badania krwi i USG. Wyniki były alarmujące i po kontakcie z lekarzem z przychodni mieliśmy natychmiast jechać do szpitala na Niekłańską. Pojechaliśmy, tam zrobili kolejne badania i odesłali nas do domu z poleceniem, byśmy stawili się u nich następnego dnia. Tak zrobiliśmy, ale w szpitalu najpierw średnio się nami interesowali, a potem doktor M.Z. wysłał nas do kolejnego szpitala, tym razem na Litewskiej.

A co wskazywały wyniki badań, że ta pierwsza lekarka tak zareagowała?

- Jasio miał szaleńczo wysokie CRP, ono nie powinno przekraczać 10 mg/l, a mój syn miał najpierw 100 mg/l, a następnego dnia już ponad 200 mg/l, co wskazywało na poważną infekcję w organizmie. Badanie było tak alarmujące, że na Niekłańskiej było wykonywane dwukrotnie, bo laboratorium uznało, że pierwszy wynik musi być błędny.

Dziś wiem, że przy takim CRP zawsze powinno się podawać antybiotyk. Nawet jeżeli sądzi się, że to wirus, to osłonowo należy podać antybiotyk. I wiedział to każdy lekarz, z którym potem rozmawiałam, i żadnemu nie mieściło się w głowie, że Jaś z takimi wynikami badań przez parę dni nie dostał antybiotyku.

To po co go odsyłali od szpitala do szpitala?

- Dopiero po jego śmierci dowiedziałam się, że podejrzewali u niego ostrą białaczkę, ale wcześniej nikt nie podzielił się z nami swoimi podejrzeniami. W szpitalu na Litewskiej, do którego Jaś został wysłany w następnej kolejności, pani doktor A.O.-P. nawet nie obejrzała Jasia, który został w samochodzie, ale i tak odesłała nas do szpitala na Wolskiej, by tam stwierdzili, czy Jasio ma ospę. I w razie czego, żeby synek został tam w szpitalu albo wrócił do niej, bo on jest w stanie zagrażającym życiu i na pewno wymaga hospitalizacji. Dopiero potem usłyszałam, że każdy pediatra w tym kraju powinien umieć stwierdzić, czy dziecko choruje na ospę...

Nie wspominając o tym, że w 7. czy 8. dobie choroby przyjmuje się, że ospa nie jest już zakaźna.

- Inna sprawa jest taka, że w szpitalu akademickim MUSI być izolatka, z której nie skorzystano. Po wizycie u tej pani doktor na wszelki wypadek zadzwoniłam do koleżanki, której siostra też jest lekarzem. Poinformowałam o wynikach badań i ona kategorycznie zabroniła nam wożenia Jasia naszym samochodem, bo przy tak niskiej ilości płytek każde ostrzejsze hamowanie może się dla niego skończyć wylewem wewnętrznym.

Zadzwoniłam na pogotowie z prośbą o karetkę, ale tam mi powiedziano, że nie mają żadnych wolnych, ale jeżeli podjedziemy na Barską i poczekamy 2-3 godziny, to na pewno coś się znajdzie... Stwierdziliśmy, że sami pojedziemy do tego szpitala. Dotarliśmy w końcu na Wolską, a tam pani doktor stwierdziła, że Jaś nie ma już ospy i może wrócić na Litewską. Na naszą prośbę wezwała nam karetkę, która rzeczywiście przyjechała dość szybko. Jaś został niedługo później położony na oddziale hematologicznym w tej samej sali, co chłopiec w trakcie chemioterapii.

I to nie było dla tego chłopca niebezpieczne?

- Powiem szczerze, że nie wiem, czy ten chłopiec przeżył. To był nastolatek - ostatnia klasa gimnazjum, pierwsza liceum, kilkanaście lat. Nigdy potem nie miałam odwagi skontaktować się z jego rodzicami. Dla niego nasz syn był po prostu tykającą bombą. Jaś umarł na paciorkowca, a paciorkowce są częstą przyczyną powikłań podczas chemioterapii.

Ale jako to?! Nikt u niego tego paciorkowca nie podejrzewał?

- Wszyscy lekarze, którzy potem przeglądali wyniki badań Jasia, nie mieli wątpliwości, że taką diagnozę trzeba było postawić. Takich wątpliwości nie mieli też biegli. Ale z jakiegoś powodu w tamtym czasie lekarze podejrzewali u niego tę białaczkę i dlatego położyli go na sali z innym pacjentem z białaczką...

W pierwszych godzinach od położenia Jasia na oddziale nic specjalnie się nie działo. Jaś zaczął się skarżyć, że go boli. Poszłam więc do pielęgniarek z prośbą o jakiś środek przeciwbólowy. A tam pielęgniarka pyta mnie, czy mam jakieś leki przy sobie. Odpowiadam, że oczywiście, bo mam chore dziecko i noszę przy sobie praktycznie całą apteczkę. Ona mi na to, żebym sama coś zapodała, bo zanim oni się ogarną, to syn będzie niepotrzebnie cierpiał.

O której to było?

- Niedługo po tym, jak nas przyjęto na oddział, czyli godz. 17-18. Ale tam wszystko tak wyglądało. Powoli, rozlaźle... Dopiero ok. godz. 21 doktor P.Ł. wezwał nas do swojego gabinetu na rozmowę o stanie naszego dziecka. Rozsiadł się i zaczął niespiesznie opowiadać: "No proszę państwa, stan państwa dziecka jest ciężki, sytuacja trudna, będzie rozwojowa...". I tak mówi i mówi, więc pytamy: "Ale co jest naszemu dziecku?". On: "No, państwa dziecko ma uogólnioną infekcję". Na co ojciec Jasia, który jest informatykiem, pyta, czy to sepsa. Pan doktor powiedział, że będą sprawdzać.

A rozpoczęto przynajmniej do tamtego momentu jakieś leczenie?

- Właśnie nie! Około tej 21 Jaś miał dopiero dostać pierwszą dawkę antybiotyku, podczas gdy powinien ją był dostać z automatu, jak tylko został przyjęty.

Zdecydowaliśmy, że w "tej rozwojowej sytuacji" pierwszą noc z Jasiem spędzi tata, a ja pojadę do starszego syna zapewnić mu opiekę i odebrać od przyjaciółki, z którą spędził cały dzień. Kiedy tata Jasia wrócił do niego, zaczęło się poruszenie i Jaś jechał na OIOM w ekspresowym tempie. Podobno ostatnim jego słowem, które mówił świadomie, było "mamo". Ale już tego nie słyszałam...

Kiedy okazało się, że Jaś jest na OIOM-ie, znalazłam ponownie opiekę dla starszego synka i wróciłam do szpitala. A tam usłyszałam od doktora M.R. z OIOM-u: "Proszę państwa, państwa dziecko jest w stanie agonalnym i umrze. Tylko cud może je uratować. To jest za późno, ma ciężką sepsę".

Tak powiedział. Nogi się pode mną ugięły. No więc zaczęliśmy się modlić o ten cud.

Poszliśmy do Jasia i na początku rzeczywiście było bardzo źle, ale on miał silny organizm. I jak tak przy nim siedziałam i głaskałam po rączce, mówiłam do niego, to jego stan zaczął się stabilizować, nerki zaczęły pracować... Zapytałam lekarza, jakie muszą być parametry, by Jaś przeżył. On mi powiedział i ja dalej siedziałam przy Jasiu, mówiłam do niego i obserwowałam, jak te parametry powoli mu się poprawiały. Lekarz znów do nas przyszedł i powiedział, że zapowiadają się długie godziny walki i że powinnam pojechać do domu się przespać. Nie chciałam, ale miałam na karku kilka nieprzespanych nocy - bo tak to jest, jak ma się dziecko z ospą - i w pewnym momencie przestałam zupełnie kontaktować. Nie byłam nawet w stanie usiedzieć prosto na tym małym krzesełku koło łóżka Jasia. To już był ten poziom zmęczenia, kiedy człowiekowi robi się niedobrze...

Pojechała więc pani do domu.

- Tak, w końcu uległam, pojechałam. O godz. 4.45 rano coś mnie obudziło. Wstałam i natychmiast zadzwoniłam do szpitala. I pan powiedział mi przez telefon, że "Janek przed chwilą zmarł". Moja pierwsza myśl była taka, że to nie Jaś, bo na niego nigdy nikt nie mówił "Janek"...

Pojechałam do szpitala, doktor M.R. poprosił nas do swojego gabinetu, wydał nam całą dokumentację i zrobił jeszcze kopie. Jak pani myśli, dlaczego?

By w razie czego mieli państwo w ręku dowód na błędy popełnione przez lekarzy?

- Ja wtedy jeszcze się nie spodziewałam, co mnie czeka. Pan doktor powiedział nam, że jemu się nie mieści w głowie, że można było doprowadzić do takiej sytuacji. Powiedział, że każdy lekarz, który po drodze widział Jasia, popełniał coraz większe błędy, że dziecko miało pełnoobjawowego paciorkowca i on nie rozumie, jak kolejni lekarze mogli to przeoczyć i nie podać antybiotyku. Potem zaprosił nas do siebie jeszcze raz.

W jakim celu?

- Miał nam powiedzieć, na co dokładnie umarł nasz syn. Po paru dniach przyszliśmy do niego. Byliśmy w strasznym stanie, sama pani widzi, że do dziś nie potrafię spokojnie o tym mówić, a wtedy to był stan skrajnego wyczerpania, na jakichś lekach uspokajających... I pan doktor powiedział: "Proszę państwa, Jasia zabiła bakteria, którą każdy z nas ma w gardle. Większość osób w naszej strefie klimatycznej jest jej nosicielami i ona się uaktywnia, kiedy organizm jest bardzo osłabiony". Jasia uratowałby augmentin, najprostszy antybiotyk, który ja miałam w domu!

Powiedział nam, że to, co naprawdę zabiło Jasia, to niekompetencja lekarzy i fakt, że nie spojrzeli na niego jak na pacjenta. Po tej rozmowie zdecydowaliśmy się złożyć skargę do prokuratury i Izby Lekarskiej.

Sekcja potem potwierdziła diagnozę lekarza M.R. z OIOM-u?

- Niestety. Ale wie pani co? Jak czekaliśmy na te wyniki, to miałam jeszcze nadzieję, że Jaś zmarł na coś poważnego, że miał jakiś ukryty nowotwór. Okazało się jednak, że był całkowicie zdrowy! "Dobrze odżywiony, zdrowy, 110 cm..." - tak napisali w wynikach sekcji. Dziecko umarło, bo lekarze nie chcieli go leczyć, traktowali jak paczkę, którą nadają ze szpitala do szpitala... Tak to wygląda.

Jasio zmarł na niewydolność serca. Przy sepsie zawsze przestaje działać jakiś organ, u niego to było serduszko. Wyobraża sobie pani 3,5-letnie dziecko, które umiera na zawał serca?

Ciężko to sobie wyobrazić.

- Lekarz z OIOM-u mówił nam wcześniej, że jeżeli Jaś przeżyje do podania drugiej dawki antybiotyku, to przeżyje. Ale nie wytrzymał, bo pierwsza dawka antybiotyku przyszła za późno. Od momentu przyjęcia go na oddział do momentu podania mu leku minęły ponad trzy godziny, mogły być decydujące. Gdyby antybiotyk podano mu wtedy albo rano, toby żył. Nie wiadomo, czy byłby w pełni sprawny i tak inteligentny, jak był wcześniej, ale przynajmniej by żył.

Znaleźliśmy więc przez znajomych adwokata. Szybko zostało nam uświadomione, że Jasio był pacjentem do uratowania. Cztery dni jeździliśmy po szpitalach. Szans na ocalenie go było bardzo dużo. A z sepsą jest tak, że wszystko jest w porządku do momentu, w którym już nie jest... Ale błyskawicznie zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy w mniejszości, zakładając, że to lekarze są winni.

A kto miałby być winny? Pani?

- Wie pani, co usłyszałam w tej Izbie Lekarskiej? "Czemu nie zaszczepiła pani dziecka na ospę?". A w karcie jest odnotowane, że odradziła mi to pediatra, która powiedziała, że ospa to choroba, którą dzieci normalnie przechodzą i nie trzeba na nią szczepić. A ja przecież nie mogę pójść wykupić szczepionki jak witaminki C. "Ale wie pani, że gdyby zaszczepiła pani synka, toby nie umarł" - usłyszałam. Wyobraża sobie pani?

Starszy syn chorował na ospę i nic mu nie było. Zresztą to od niego zaraził się Jaś. Więc może Izba powinna jeszcze obwinić mojego drugiego syna? Zresztą on długo czuł się winny, że to przez niego braciszek zmarł. On też musiał przejść roczną terapię, która mu wytłumaczyła, że nie jest niczemu winny. Winni są ci, którzy powinni Jasia ratować. Czyli szpitale, którym brakuje procedur albo w których te procedury nie są przestrzegane. I lekarze, którzy są bezduszni.

Co pokazały ostatnie tragedie...

- Bolek z Białegostoku, Dominika z Łodzi, Bartek z Lublina... Ostatnie przypadki pokazują, że wszystkie próby zmienienia czegokolwiek spełzają zupełnie na niczym. Nic się nie dzieje. Wie pani, że rok po śmierci Jasia w szpitalu na Litewskiej umarło kolejne dziecko?

Jedyne konsekwencje poniósł dyrektor szpitala na Niekłańskiej, który niedługo po śmierci Jasia został zwolniony. W wyniku śmierci mojego syna w tym szpitalu została przeprowadzona kontrola, która wykazała spore nieprawidłowości. Zwolnili dyrektora, ale lekarze, którzy mieli z Jasiem kontakt, pracują tam dalej, a zmian na lepsze nie przeprowadzono.

Nie wszystkich, którzy w wyniku błędów lekarskich stracili bliskich, stać czasowo, finansowo i emocjonalnie, aby iść do sądu i bić się o swoje. Ja na to patrzę w ten sposób, że to ostatnie, co mogę zrobić dla Jasia. Mam starszego syna i nie chcę, aby kolejne dzieci umierały w ten sam sposób w naszym kraju.

Złożyliście więc państwo skargę do Izby Lekarskiej i prokuratury?

- Tak. Złożyliśmy. I tam to dopiero się zaczęło. Wielokrotnie słyszałam opinie o tym, że środowisko lekarskie się wspiera, ale mnie to nigdy nie dotyczyło. Wkrótce przyszło mi się przekonać, jak to działa naprawdę.

***

Jutro rano na Gazeta.pl kolejna część rozmowy z Anną Kęsicką. Matka Jasia opowiada w niej o dramatycznej walce ze środowiskiem lekarskim. Walce o wyjaśnienie okoliczności śmierci syna. Fragmenty rozmowy są wstrząsające: "W sądzie lekarskim w Warszawie jest toaleta koedukacyjna. Pewnego razu, jak w niej akurat byłam, podszedł do mnie jeden z lekarzy i powiedział: "Wie pani co? Pani syn to jest aniołkiem w niebie. I on by sobie nie życzył, żeby pani tak męczyła tych moich kolegów... Jakieś prawa do wykonywania zawodu im zabierała. Niech im pani odpuści. Przecież pani syn nie chciałby wcale, by pani sądziła się z tymi lekarzami..."

joanna.berendt@agora.pl

Tagi:

Zobacz także
Komentarze (328)
Zaloguj się
  • mrmouse

    Oceniono 442 razy 406

    Niestety stan polskiej służby zdrowia jest fatalny. Po pierwsze środowisko lekarskie często działa jak układ mafijny, jedni chętnie tuszują błędy drugich. Druga sprawa to nagminne nie przestrzeganie przez szpitale i lekarzy procedur i norm, powinien być dwóch lekarzy, jest jeden, lekarze powinni być do 15 są do 13, niektórzy pracują po trzy doby bez przerwy itd. Wreszcie instytucje kontrolne i zarządcze, NFZ, MZ, rząd udają, że problemu nie ma. Owszem tępi się czasem najbardziej bulwersujące wykroczenia, jak już się media tym zajmą, ale mimo świadomości problemu, osoby na wyższych stanowiskach wolą nie ruszać służby zdrowia.

  • kasiek.orfi

    Oceniono 384 razy 364

    Aż serce boli...
    Całą sobą współczuję. I równie mocno życzę siły do walki!!!

  • glogowski81

    Oceniono 269 razy 231

    Jestem ojcem cudownego 2,5 letniego chopczyka i popłakałem się czytając ten wywiad. Musi Pani spróbować walczyć sądownie.

  • happymamuska

    Oceniono 215 razy 203

    Artykuł czytałam płacząc i chcę powiedzieć, że zapominamy o tym, że mamy wokół siebie wielu wspaniałych lekarzy, ale o tym się nie pisze. Miesiąc temu moja 4-letnia córeczka przeżyła ostrą sepsę i zapalenie opon mózgowych więc dokładnie wiem o czym pisze autorka artykułu. Ból mięśni nóżek, gorączka, której nie dało się niczym zbić. Też przechodziła wcześniej ospę tylko, że bakterią nie były paciorkowce, a meningokoki gr.B.
    Trafiłam z córeczką w niedzielę Wielkanocną na cudowną lekarkę (stażystkę !!!!) w szpitalu śląskim w Cieszynie, która w ciągu kilkunastu minut od zbadania Zosi postawiła diagnozę, pobrała krew do badań i podała antybiotyk. Trwało to zaledwie kilkanaście minut !!!! Powiadomiła nas, że oddział nie ma respiratora i nie ma możliwości zaintubowania dziecka, gdyby taka konieczność wystąpiła więc proponuje przewiezienie do Bielska na OIOM. Za pół godziny byłyśmy już w karetce. Ordynator OIOM-u na Sobieskiego w Bielsku Białej (cudowny człowiek i wspaniały lekarz) rzeczowo przedstawił jak sytuacja wygląda. Po 3 krytycznych dniach w środę nastąpiła poprawa wyników i córeczka zaczęła wracać do zdrowia i w piątek 12 marca wróciła do domu BEZ ŻADNEGO USZCZERBKU NA ZDROWIU !!!
    Chcę historią naszej córeczki pokazać, że są też wspaniali i mądrzy lekarze.

  • forgotten_realms

    Oceniono 215 razy 179

    Doktor MK - działał prawidłowo, przyjachał do ospy i były objawy ospy. "Nawet nie obejrzał Jasia" - prawdopodobnie licentia poetica.
    Doktor MZ - kryminał
    Doktor AO - kryminał

    Ale wszystkim szczekającym na lekarzy podam następujący przykłąd z życia wzięty. Spore miasto wojewódzkie. Marzec 2013 roku. Prikaz ordynatora - jeżeli ktoś z was (lekarzy) bezpodstawnie przyjmie mi pacjenta na oddział to potrące mu pieniądze w wynagrodzenia. Być może lekarze MZ i AO wczesniej przyjęli kilku pacjentów, wstępna diangoza okazała się nieprawdziwa i teraz płacą za nadprogramowe przyjęcia do szpitala. Pojawia się kilejny pacjent, tym razem rzeczywiście potrzebujący pomocy, ale bez hospotalizacji tego się nie sprawdzi, no i lekarze MZ i AO podejmują decyzje, które w slangu medycznym określa się "ping pongiem".

    Polski system służby zdrowia jest chory. 30% winy w tym lekarzy, którzy są często leniwi, ale równie często są też potwornie głupi. Jednak 70% to wina sprawujących władzę, którzy nie mają spójnej wizji systemu ochrony zdrowia, mają zbyt małe kompetnecje aby tworzyć przepisy (przepisy są nielogiczne, tworzą nadmierną papierologię - chyba są po to, aby uzasadniać rację bytu pasożytów z NFZ i innych urzędników), są w końcu sprawujący władzę zbyt zajęci kręceniem lodów (system jest rozrywany przez różne grupy interesu). W efekcie na końcu tego układu pokarmowego, czyli w głębokiej dupie, znajduje się pacjent.

  • very_famous

    Oceniono 476 razy 442

    Najciekawsze że takie tragiczne zdarzenia mają miejsce w kraju, w którym jest ogromna presja na ochronę życia poczętego...

  • ewa.gasior

    Oceniono 452 razy 408

    Brak słów. Jako matka, nie mam słów. Nie wiem co napisać... "Lekarz", który mówił o Jasiu w toalecie sądu, to nie człowiek, banda która zabiła syna tej pani to nie ludzie...

  • goodwater

    Oceniono 309 razy 277

    Niech Pani walczy, trzymam kciuki! Tak jak trzeba wyeliminować pijaków z dróg, tak samo trzeba się pozbyć chwastów w białych kitlach.

  • smpoz

    Oceniono 363 razy 225

    "Lekarze" nie postawili prawidłowej diagozy, ponieważ za mało zarabiają. Tylko gwarancja zarobków dla "lekarzy" w wyskosci 1 mln złotych miesięcznie i całkowity brak odpowiedzialności "lekarzy" może pomóc.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje