"W toalecie sądu lekarz mi powiedział: Pani syn jest już aniołkiem. Nie chciałby, by ścigała pani moich kolegów" [WYWIAD]

Joanna Berendt
08.05.2013 06:00
- Mój syn żył 3 lata, 4 miesiące i 18 dni. Nie żyje już 4 lata i 4 miesiące i tyle też już trwa wyjaśnianie okoliczności jego śmierci. I to będzie się ciągnąć jeszcze wiele, wiele lat. Jedyne, co mogę robić, to jak długo mi starczy sił i środków finansowych walczyć o sprawiedliwość. Tyle mogę zrobić dla Jasia - mówi Anna Kęsicka, mama 3,5-letniego Jasia, który zmarł, bo lekarzom zbyt długo zajęło postawienie diagnozy.
Nazwiska większości lekarzy tylko do wiadomości Redakcji.

3,5-letni Jaś zmarł pod koniec 2009 r. Przed świętami zachorował na ospę, w trakcie świąt do jego organizmu wdało się zakażenie krwi. Mimo wyników wszystkich badań lekarze przez parę dni nie byli w stanie postawić prawidłowej diagnozy i odsyłali go na kolejne badania od szpitala do szpitala. Zanim trafił do placówki na Litewskiej i zanim podano mu w końcu antybiotyk, było już za późno. Jaś zmarł na ciężką sepsę.

JAK DOSZŁO DO ŚMIERCI JASIA. Pierwsza część rozmowy z mamą Anną >>>

Dziś publikujemy drugą część wywiadu z mamą Jasia, która opowiada o swojej walce ze środowiskiem lekarskim, które chce pociągnąć do odpowiedzialności za śmierć jej syna.

Joanna Berendt, Gazeta.pl: Co wydarzyło się po śmierci Jasia?

Anna Kęsicka: System działa tak, że jeżeli czuje się pani pokrzywdzona przez postępowanie jakiegoś lekarza, to w ciągu 3 lat składa pani skargę do Izby Lekarskiej i ta skarga rozpatrywana jest przez jej rzecznika. I jeżeli ten rzecznik uzna, że skarga jest zasadna, to Izba występuje o opinię biegłego, na podstawie której podejmowana jest decyzja o wszczęciu postępowania. I w trakcie tego postępowania rzecznik występuje w roli prokuratora.

My złożyliśmy zawiadomienie o możliwości popełnienia przez lekarzy przestępstwa i do Izby Lekarskiej, i do prokuratury. Wystąpiliśmy o ukaranie dwóch lekarzy z Niekłańskiej, jednego ze Szpitala Zakaźnego i dwóch lekarzy z Litewskiej plus lekarza, który przyjechał do Jasia w dzień, kiedy miał 42 stopnie gorączki i nazwał mnie matką histeryczką.

I co na to powołany biegły?

- Pierwszym biegłym został prof. dr hab. Wojciech Służewski z Poznania i jego opinia dla lekarzy była bardzo niekorzystna. Tymczasem przyjechaliśmy na pierwszą rozprawę i okazało się, że jednego z lekarzy - ze szpitala na Niekłańskiej - nie ma wśród oskarżonych. Pytamy o to sąd, a sąd robi wielkie oczy i mówi nam, że nie ma żadnej dokumentacji na jego temat. No więc się zdziwiliśmy. Ten lekarz mimo naszych usilnych prób i skarg nie został oskarżony w Izbie Lekarskiej.

Dlaczego?

- Na to pytanie może odpowiedzieć tylko pani rzecznik.

Opinia doktora Służewskiego nie została wzięta pod uwagę?

- Nie. Co więcej, lekarze zażądali, by pan profesor stawił się w Warszawie na przesłuchaniu. Odpowiedział, że nie ma czasu przyjeżdżać, ale chętnie odpowie na wszystkie pytania pisemnie. I rzeczywiście odpowiadał bardzo sprawnie. Lekarze stwierdzili jednak, że skoro pan profesor nie może się stawić, to oni potrzebują powołać nowego biegłego. Tym razem został nim doktor A.R. z Warszawy.

Ale przecież opiniować nie powinny osoby związane z danym środowiskiem?

- Moim zdaniem nie powinny! I ta nowa opinia rzecz jasna podała, że głównym winnym śmierci Jasia jest system, bo nie ma wystarczającej liczby szczepień dla dzieci. I w tym duchu mniej więcej lekarze w Izbie Lekarskiej prowadzili rozmowy - ojojoj, jaki zły jest system, że dzieci umierają w tym kraju, jaka biedna jest ta polska służba zdrowia i te szpitale, które nie mogą nic w tej sprawie zrobić... Tak sobie gawędzili.

Ale to jeszcze nic! W sądzie lekarskim w Warszawie jest toaleta koedukacyjna. Pewnego razu, jak w niej akurat byłam, podszedł to mnie jeden z lekarzy i powiedział: "Wie pani co? Pani syn to jest aniołkiem w niebie. I on by sobie nie życzył, żeby pani tak męczyła tych moich kolegów... Jakieś prawa do wykonywania zawodu im zabierała. Niech im pani odpuści. Przecież pani syn nie chciałby wcale, by pani sądziła się z tymi lekarzami...".

Nie wierzę!

- Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Więc milczałam. Utknęłam w takim stanie między zaciśniętą pięścią a totalnym rykiem. I dopiero wtedy do mnie dotarło, z kim mam do czynienia.

A pani w tym postępowaniu występowała w jakim charakterze?

- Świadka, co oznacza, że mogłam się odzywać tylko w czasie składania swoich zeznań i że w każdej chwili mogli mnie wyprosić. W trakcie pierwszej rozprawy nie wpuszczono mnie nawet na salę! Na kolejnych rozprawach wchodziłam i zajmowałam miejsce i sąd pozwalał mi zostać. Sąd zazwyczaj wtedy mówił: "Oj, pani już jest na sali... To może pozwolimy pani zostać. Tylko proszę pamiętać, że nie ma pani prawa głosu".

I jak lekarze zaczynali mijać się z prawdą, to wszystko, co mogłam robić, to wstać i powiedzieć: "Jak pan może tak bezczelnie kłamać?!". Wtedy sąd mnie pouczał i groził wyproszeniem z sali. Ale skoro lekarze chcieli tak zeznawać, to musieli mi to mówić prosto w twarz. I żeby była jasność, nie zauważyłam, żeby stanowiło to dla nich problem.

W czym kłamali?

- Doktor M.K., który był na wizycie u nas w domu - ten, który zwyzywał mnie od histeryczek - mówił na przykład, że zbadał dziecko i udzielił porad, jak dalej się nim opiekować... To bzdura kompletna. Ich wersja często była bardzo daleko od faktów.

Z tego, co pani mówi, wyłania się obraz jakiejś strasznej patologii.

- A jak oni na początku zapewniali nas o swoim wsparciu! TVN Warszawa, który sprawą się zajął niedługo po śmierci Jasia, złapał prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, doktora Konstantego Radziwiłła. I pan doktor powiedział wtedy, że jest mu strasznie przykro, że do takiej tragedii doszło, że on przeprasza, że sprawa zostanie wyjaśniona, a konsekwencje w stosunku do winnych wyciągnięte.

Tymczasem jak doszło co do czego, to był taki moment, że coś długo czekaliśmy na kolejną rozprawę. I nagle dostaję telefon - nie powiem od kogo, żeby nie narobić tej osobie kłopotów - i słyszę, że powinnam coś zrobić, bo sprawa zaraz się przeterminuje, a wszystkim tam na tym zależy... I interwencja mediów pomogła.

Ale że nasłała pani na nich media, to pewnie nie byli zadowoleni.

- Ależ oni mieli o to pretensje! Osoba z Izby Lekarskiej podeszła do mnie i zaczęła wylewać swoje żale: "A, bo media się pojawiły... Ci dziennikarze nam zarzucali, że to się wszystko za długo toczy... Wie pani, ja chciałbym, by pani rozumiała, dlaczego to się tak długo toczy. No bo my na ten sąd lekarski to składki płacimy, pani się chyba nie spodziewa, że my ze swoich składek będziemy chcieli oskarżać swoich kolegów". Odparłam, że nic mnie to nie obchodzi i że jestem złym adresatem tych żalów.

A skazali w końcu tych "kolegów"?

- Według standardów sądu lekarskiego można tak powiedzieć. Wyroki skazujące usłyszała trójka lekarzy. Lekarz, który do nas przyjechał z ostrego dyżuru i nie sporządził raportu z tej wizyty, dostał upomnienie. Uznano, że jest młody, ciągle się uczy... Upomnienie dostała też pani doktor ze szpitala na Niekłańskiej, a doktor z Litewskiej, która odesłała dziecko, nawet go nie zbadawszy, dostała naganę.

Wcześniej pytałam jednego z lekarzy z tego sądu, co się musi wydarzyć, żeby zabrali lub zawiesili lekarzowi prawo do wykonywania zawodu. Ten mi odpowiedział, że lekarz musi wielokrotnie popełnić ten sam błąd. Czyli jaki, jeśli Jaś umarł? Musi umrzeć kolejne dziecko?

To co oznaczają dla lekarza upomnienie i nagana?

- Upomnienie kompletnie nic. Nagana niewiele więcej - tyle że jeżeli ta pani doktor chciałaby robić jakieś specjalizacje czy szkolenia w państwowej służbie zdrowia, to może, ale też nie musi, mieć jakieś trudności.

Czy lekarze oskarżeni w tym procesie mogą się znać z biegłym?

- Biegły pracuje w szpitalu na Działdowskiej, który zdaje się jest filią szpitala na Litewskiej, z którego jest dwóch oskarżonych lekarzy [to filie tego samego szpitala, przy czym i biegły, i jeden z lekarzy wykładają na warszawskim Uniwersytecie Medycznym - red.]. Lekarze gotowi są bronić się wzajemnie za wszelką cenę. Wie pani, co zeznał jeden z obrońców w tym sądzie? Oświadczył, że zgodnie z podręcznikiem sprzed ponad 30 lat takie powikłania, z powodu których zmarł Jaś, nie mają prawa wystąpić u dziecka w wieku Jasia. Uwierzy pani?

Że przedstawiciel zawodu, który ma obowiązek najszybciej się dokształcać, powołuje się na wyniki badań sprzed ponad trzech dekad? Nie.

- No właśnie, to jest nauka, która najszybciej się zmienia. Wymaga największej staranności, bo dotyczy zdrowia i życia ludzkiego.

Więc nie znalazła tam pani w nikim oparcia?

- Wszyscy lekarze, którzy widzieli badania Jasia, jakimi dysponowaliśmy w kontakcie ze szpitalami i pracującymi w nich lekarzami, byli zaskoczeni, że dziecko było odsyłane, niehospitalizowane.

I poświadczyli przeciwko swoim kolegom?

- Od śmierci Jasia minęły 4 lata. Nie wszystko można pamiętać. Tak samo jest zrozumiałe, że lekarz ma opory przed zeznawaniem przeciwko kolegom z tego samego szpitala. Przy koledze, z którym pracuje, je w jednej stołówce, musi powiedzieć, że jest on niekompetentny. Być może świadkom powinny być stworzone bardziej komfortowe warunki składania zeznań?

A co się działo ze sprawą w prokuraturze?

- Te sprawy toczyły się równolegle. Zainteresowanie mediów pomogło nabrać przyspieszenia tej sprawie. Dostaliśmy opinie biegłych w ciągu niecałych 2 lat. To podobno jedne z szybszych medycznych opinii w Polsce. Normalnie czeka się wiele lat. Wyobraża sobie pani?

Nie, to niewyobrażalne.

- Niewyobrażalność polega na tym, że wszyscy w naszym kraju mają pozwolenie na to, aby jak najbardziej zwlekać. Ja nie umiem o tym spokojnie rozmawiać... Lekarze nie ponoszą kary, zawsze winni są: system, procedury lub ich brak i minister zdrowia. Co się dzieje po takich tragediach? Minister najpierw przeprasza, a to nie jest jego wina. Lekarze z kolei dalej robią to, co robili. Trochę jakby ich własny błąd ich nie dotyczył. Błędy mogą się zdarzać, bo jesteśmy tylko ludźmi. Chodzi tylko o to, abyśmy za te błędy odpowiadali, jeśli wynikają z bezmyślności.

W sądzie karnym są chyba na to większe szanse niż lekarskim.

- Tam sprawy medyczne z góry traktowane są jako sprawy trudne... Sprawa Jasia wystartowała 21 lutego, po ponad 4 latach od jego śmierci. I wszyscy mówią, że będzie się ciągnąć jeszcze wiele, wiele lat. Pierwsza rozprawa to było tylko przedstawienie szóstki oskarżonych, ich miejsca zamieszkania i statusu majątkowego. Pierwsze przesłuchanie odbędzie się 21 maja. Do czerwca będzie pięć kolejnych, na których wszyscy ci lekarze zostaną przesłuchani.

A o zasądzenie jakiej kary prokurator wnioskuje?

- To ostatecznie będzie decyzja prokuratora. W mojej ocenie ktoś, kto tak traktuje dziecko, jak był traktowany Jaś, nie zasługuje na prawo do wykonywania zawodu. Mam nadzieję, że taki wyrok zapadnie. Nie zależy mi na karze pozbawienia wolności, bo nie uważam, że któryś z tych lekarzy świadomie dążył do tego, aby pozbawić Jasia życia.

Uważam za to, że są oni niekompetentni i zdrowie i życie pacjenta nic dla nich nie znaczy. Proszę spojrzeć na chronologię kolejnych śmierci dzieci w naszym kraju. Jak można dziecku nie zlecić badania? Jak można do niego nie wysłać karetki? Jak można nie mieć w szpitalu, w którym używa się narkozy, sprzętu do reanimacji? Powinny być odpowiednie procedury, a jak są odpowiednie procedury, powinny być bezwzględnie przestrzegane. Żadnych "ale", że "ktoś to czy tamto" albo "jakaś umowa się skończyła"... Dziecku życia nikt nie wróci.

Bo wie pani, lekarz powinien leczyć chorego i dbać o jego zdrowie i życie. A lekarze, z którymi mieliśmy pecha się spotkać... Fakty mówią same za siebie.

W sądzie lekarskim występowała pani w charakterze świadka. A w sądzie karnym?

- W charakterze oskarżyciela posiłkowego. I będę walczyć dalej o prawdę i skazanie winnych śmierci mojego synka. Proszę mi powiedzieć, ile znajdziemy osób, którym umarło dziecko i które wiedzą, co w takiej sytuacji zrobić?

My będziemy występować o odebranie tym lekarzom prawa do wykonywania zawodu, bo to będzie dla nich największa kara. Co z tego, że dostaną 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na 3 lata? Albo inną karę ogólną? Lekarze powinni dostawać kary związane z pracą, którą wykonują.

A co oznaczałoby, gdyby dobrowolnie poddali się karze?

- Właśnie się zastanawiam, czemu tego nie zrobią. Jaka to byłaby kara? Pozbawienia wolności w zawieszeniu? Prace społeczne? Więc czemu nie? Pewnie dlatego, że oni mają wielkie szanse ten proces wygrać. To kwestia zmęczenia materiału. Bo ile lat będę miała siły, aby walczyć przeciwko nim? Na ile mi starczy sił, aby grzebać się w otwartej ranie? To wszystko sprawia, że żałoba nigdy się nie kończy. Wie pani, nie jest wykluczone, że będziemy świętować 18. urodziny Jasia w sądzie! To już tylko 11 lat... Już teraz Jaś dłużej nie żyje, niż żył.

A lekarze wyglądają na osoby w dobrych humorach! Na pierwszej rozprawie ustalaliśmy terminy kolejnych, i nagle słyszę od adwokata jednego z oskarżonych, aby rozprawy nie odbywały się w czasie wakacji, bo i adwokaci, i oskarżeni mają dzieci... No, jeszcze mają - pomyślałam sobie wtedy. I jeszcze to, że była to wysoce niestosowna uwaga przy podmiocie tego procesu.

Pani mówi poważnie o tych dobrych humorach?

- Nie wiem. Żaden z tych lekarzy nawet do nas nie podszedł i nie powiedział "przepraszam".

Ktoś, kto przyczynia się do śmieci dziecka czy czyjejkolwiek, musi mieć chyba straszliwe poczucie winy.

- Zarówno treść ich wyjaśnień i sposób ich składania nie wskazują na to, żeby którykolwiek z tych lekarzy miał jakiekolwiek zastrzeżenia do siebie, że cokolwiek źle zrobił.

Wszyscy narzekają w tym kraju na sądy. W sprawach medycznych jest tak samo, czy jeszcze ciężej?

- Problematyczne w naszym kraju jest to, że procedura wsparcia procesowego jest tak ustawiona, że te sprawy są długie, męczące i kosztowne. Pani adwokat też nie pracuje dla mnie pro publico bono. A nie wszystkich w Polsce stać na to, aby sobie pozwolić na wsparcie prawnicze, które jest niezbędne w takich sprawach. I jeżeli pani nie stać, to może pani chodzić do prokuratury i czytać w internecie, jakie ma pani prawa. Tylko ile osób rozumie procesowe sformułowania prawnicze?

Po śmierci Jasia odezwało się do mnie sporo osób, które przeżyły podobne tragedie. I odezwała się m.in. pani, której syn zmarł w klinice stomatologicznej. Pojechała usunąć dziecku zęby mleczne do renomowanej przychodni państwowej. Okazało się, że u dziecka wystąpiło jednak jakieś bardzo rzadkie uczulenie na coś, czym było uśpione. I dziecko umarło, bo w przychodni nie było ani jednej ratowniczej walizeczki - w takich przypadkach wystarczy zastrzyk w mięsień sercowy.

Jej dziecko zmarło mniej więcej w tym samym czasie co Jaś. Nie miała wsparcia prawnika. I kiedy ja miałam już obie opinie biegłych, ona nie miała nawet wyznaczonego terminu, w którym u niej te opinie się pojawią. I co ma zrobić?

Myśli pani o tym w tych kategoriach? Że walczy pani nie tylko dla Jasia, ale i tych wszystkich, którzy nie będą mieli tej siły albo środków do walki?

- Wie pani, nawet zastanawiałam się, czy nie założyć takiego ruchu, platformy rodziców, którym dzieci zmarły w wyniku błędów lekarzy. Bo na razie to działa tak, że dzieje się taka tragedia, przewala się w mediach, wszyscy potrząsają szabelkami, wołają o pomstę do nieba i rewolucję, a potem sprawa z mediów znika i wszystko wraca do normy, nastaje cisza. I tak jest od afery do afery. W międzyczasie nic się z problemem nie dzieje.

A teraz widzi mnie pani po 4 latach od śmierci Jasia. Myśli pani, że rodzice małej Dominiki [2,5-letnia Dominika ze Skierniewic, do której na czas nie przyjechało pogotowie - red.] dojdą kiedyś do takiego momentu? Kiedy zgasną światła kamer i dziennikarze przestaną w ich sprawie wydzwaniać, zostaną z tym zupełnie, zupełnie sami. Nie będzie nikogo do pomocy. Na ile im starczy sił? Na tym polega moc tego środowiska - wie, jak zmęczyć przeciwnika. Bo ile można się tak szarpać? Bić głową w mur?

A co z odpowiedzialnością szpitali?

- Szpital powinien ponosić odpowiedzialność za lekarzy, których zatrudnia. Ale nie robi tego, co jest niedorzeczne. W redakcji, sama pani wie, jest tak: jak puści pani tekst o tym, że widziała polityka z koleżanką w niedwuznacznej sytuacji i to okaże się nieprawdą, odpowie za to nie tylko pani, ale i redaktor naczelny, redaktor prowadzący, wydawca, kierownik działu - w skrócie wszyscy ci, przez których ten tekst przeszedł, zanim został opublikowany. I redakcja słono za to zapłaci. A szpital za błędy lekarzy?

I jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Gdyby Jaś został prawidłowo zdiagnozowany, przyjęty na oddział w odpowiednim momencie, leczenie go w najgorszym razie kosztowałoby państwo pewnie kilka tysięcy złotych. Ratowanie Jasia na OIOM-ie kosztowało wielokrotnie więcej. I te pieniądze idą z naszych podatków. I ja się na to nie zgadzam, żebyśmy płacili za nieudacznictwo lekarzy. Trzeba by sprawdzić, w ilu przypadkach szpitale ratują pacjentów w stanie krytycznym tylko dlatego, że wcześniej ich stan został źle zdiagnozowany. My jesteśmy dość biedną demokracją i nie stać nas, aby za to nieudacznictwo płacić.

To jak pani to widzi? Prywatyzacja służby zdrowia?

- Szpitale nie mają żadnej motywacji, aby się oczyszczać ze złych lekarzy. Jeżeli byłoby tak, załóżmy, że szpital musi zwracać koszty niepotrzebnych medycznych procedur do NFZ, to pilnowałby, żeby ich pracownik nie popełniał błędów. Zwyczajnie nie byłoby szpitala stać na takiego "specjalistę". Albo mogłoby być też tak, że podejrzany o popełnienie błędu lekarz jest zawieszony i otrzymuje np. tylko 1/3 pensji. Wtedy wszystkim zależałoby na tym, aby sprawę szybko wyjaśnić w jedną albo drugą stronę. Ale u nas nie ma żadnych procedur oczyszczających, a potem wielki szok, że umiera kolejne dziecko. I znowu afera.

W szpitalach jest najgorzej. Bo jak idzie pani do przychodni i lekarz nie zrobi na pani dobrego wrażenia, może pani pójść gdzie indziej. Ale jak trafia pani do szpitala, to przestaje być pełnoprawnym podmiotem wszystkich procedur, staje się taką paczką, którą przekazują sobie lekarze. I w momencie, gdy tę paczkę nada się do kolejnego lekarza czy szpitala, to problem ma się z głowy. Taki właśnie był przypadek Jasia. Odsyłany od szpitala do szpitala. Aż zmarł.

Czy to nie jest taka systemowa znieczulica?

- System wypełniają ludzie. System nie wymaga czy nie wymusza od lekarzy empatii. Ale nie jest też tak, że ten system formatuje lekarza, aby ten był nieempatyczny. Lekarze mają przyzwolenie na niedbanie o pacjenta, a system nie ma narzędzi, aby to zmienić. Proszę jednak spojrzeć, ilu spotkała pani na swojej drodze dobrych lekarzy. Ja - wielu. I pracują w tym samym systemie i potrafią być dobrymi specjalistami. System nikogo nie psuje.

Tylko umożliwia pewne zachowania. Pytanie, czy można stworzyć system, który będzie na lekarzach wymuszał te odpowiednie.

- No i nie jestem tego pewna. To, czy ktoś jest pracowity, przykłada się do pracy, to są cechy charakteru. Nie wiem, czy można to zmienić. Gdyby Jasio nie umarł, to nic by się nie stało. Bo co z tego, że sobie pojeździł po mieście? Dopiero kiedy raz na jakiś czas w wyniku niedbalstwa ktoś umiera, podnosi się raban. Ale jak tylko ucichnie, to rodzice ze swoim problemem zostają sami i sami muszą walczyć. Ile pani zna historii o zaniedbaniach lekarzy, gdzie na szczęście wszystko dobrze się skończyło?

Pani wydaje się mówić nie tylko o szóstce tych lekarzy, ale o całym środowisku w ogóle. Nie boi się pani uogólnień?

- W każdym zawodzie są osoby niekompetentne, nie ma co do tego wątpliwości, że wśród lekarzy takie też były, są i będą. Podstawą jest jednak to, by środowisko oczyszczało się z takich osób. A to lekarskie - mam wrażenie - w ogóle tego nie robi. Dopóki nie zostanie to społecznie wymuszone, nie zostaną z tego powodu wyciągnięte polityczne i finansowe konsekwencje, nic się nie zmieni. Dopóki lekarz nie będzie wiedział, że w razie popełnienia błędu spotka go kara finansowa czy ostracyzm także ze strony kolegów, też się nic nie zmieni.

Ludzie nie mogą ufać lekarzom, bo ich środowisko się nie oczyszcza. Nawet jak jest dobry lekarz, to prawie nigdy nie zaalarmuje, że jego kolega jest niekompetentny. Proszę zwrócić uwagę, że co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o pijanym lekarzu na oddziale czy w przychodni. I informacje na ten temat pochodzą od jego pacjentów, rzadziej pielęgniarek. Ilu jego kolegów nie zauważyło pijaństwa w godzinach pracy? A myśli pani, że oni tego nie widzieli?

Usatysfakcjonowałoby panią, gdyby oskarżonym lekarzom tylko zawieszono prawo do wykonywania zawodu?

- Ci lekarze mieli pełną diagnostykę. Mieli w rękach wszystkie wyniki badań, które - dziś wiem - nie powinny były pozostawić cienia wątpliwości, że Jasia trzeba było przyjąć do szpitala i podać antybiotyk. A oni nie spojrzeli na niego jak na pacjenta, osobę chorą, cierpiącą, tylko przedmiot, którego mogą się pozbyć. Ci lekarze są groźni i dlatego powinno im się odebrać prawo do wykonywania zawodu w ogóle.

Bo zawieszenie i co? Na zawieszenie zgodziłabym się pod warunkiem, że towarzyszyłyby temu specjalne procedury, że taki lekarz potem przechodzi odpowiednie kursy, doucza się, dostaje supervisora, jest na cenzurowanym przez jakiś czas. Tymczasem w polskich procedurach medycznych coś takiego nie istnieje.

Nie zastanawiała się pani, że może nie wszyscy z oskarżonych lekarzy to źli specjaliści, ale na przykład któryś miał gorszy dzień i czegoś z tego powodu nie dopatrzył?

- Odpowiedzialność polega na tym, że człowiek w swój gorszy dzień jest po prostu bardziej uważny, czujny. Znajoma lekarka opowiadała mi, że kiedy przychodzi do pracy z jakiegoś powodu w gorszej formie, to jest wtedy 10 razy bardziej uważna. Mniej ufa swojej intuicji i zleca więcej badań. Nie może być tak, że życie człowieka zależy od tego, czy jego lekarz się wyspał.

Czy zatem nie powinniśmy rozmawiać o tym, w jaki sposób ułożyć procedury, aby w jak największym stopniu uniemożliwić także tym przeciętnym lekarzom popełnienie błędu?

- Zgadza się. Ale ani ja, ani pani, ani nawet minister zdrowia nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Inicjatywa musi wyjść ze środowiska medycznego. Inaczej każdą proponowaną procedurę będzie można wyśmiać.

A postępowania wyjaśniające? W przypadku śmierci Dominiki wszczęli je i minister, i Rzecznik Praw Dziecka.

- No i co z tego, że wszczęto postępowania wyjaśniające? W sprawie Jasia też wszczęto postępowania. I co? Rozmawiamy 4 lata później. Coś się wyjaśniło? Absolutnie nic. I kolejne dzieci umierają. I znów zapowiadają kolejne postępowania, minister przeprasza, ale to bardziej medialne wydarzenie, niż cokolwiek innego.

Minister zdrowia politycznie za to odpowiada i musi przeprosić. I na pewno może też zrobić coś więcej.

- Jeżeli minister Arłukowicz chciałby coś zrobić w sprawie Dominiki czy innych ofiar lekarzy, to powinna zostać powołana komisja międzyresortowa między z ministrem zdrowia, sprawiedliwości i np. prokuratorem generalnym. I taka komisja mogłaby ustalić, jak współcześnie powinny wyglądać procedury w sądownictwie w sprawach medycznych - z włączeniem dzisiejszych kar dodatkowych jako kar automatycznych i docelową zmianą Art. 160. Poza tym prokuratorzy nie są przeszkoleni, jak takie sprawy prowadzić. Prowadzą je jak sprawę pobicia, włamania, a to przecież zupełnie co innego. To też należałoby zmienić. Teraz radzą sobie najlepiej, jak potrafią.

I pani będzie się o to bić. To niesamowicie ciężka droga - nie tylko nie składa pani broni, ale i świadomie nie pozwala sobie na zakończenie żałoby, ciągle rozdrapując te rany...

- Ale, pani Asiu, co ja mam zrobić? To jest moje dziecko. Miało tylko mnie... Nawet nie potrafi sobie pani wyobrazić, jak wiele razy płakałam z takiej bezsilności. Dziś mogę albo odpuścić, albo dochodzić prawdy. I ja będę walczyć. Jak długo mi starczy sił.

Napisz do: joanna.berendt@agora.pl

Tagi:

Zobacz także
Komentarze (299)
Zaloguj się
  • kasiek.orfi

    Oceniono 850 razy 798

    Pani Anno mnóstwo siły życzę. I proszę się nigdy nie poddawać.
    W swojej walce o Jasia i prawdę jest Pani WIELKA!!!

  • zorka7

    Oceniono 483 razy 465

    Walczy Pani nie tylko dla siebie, walczy Pani dla innych. Proszę się nie poddawać, kropla drąży skałę, a świat można zmienic tylko tak - poprzez konsekwencję i zaangażowanie.
    Jestem współzalożycielką organizacji dla rodziców po stracie DLACZEGO (www.dlaczego.org.pl), jeśli będziemy mogli jakoś pomóc, proszę o kontakt.

  • hippolitkwas

    Oceniono 410 razy 388

    Tylko proszę pamiętać, że nie ma pani prawa głosu".

    to wyjaśnia wszystko.

  • sir_fred

    Oceniono 413 razy 371

    Minister sprawiedliwości ma ważniejsze sprawy na głowie: mianowicie zarodki, embriony, plemniki, jaja i inne stułbie. Co tam jakieś narodzone już dzieci zabijane przez lekarzy...

  • gupek-wioskowy

    Oceniono 333 razy 285

    zastanawiam się, czy przypadkiem Pani Mama Jasia nie ma kompetencji ministra Służby Zdrowia. Bo że byłaby lepszym ministrem Sprawiedliwości niż Gowin to jest pewne jak 2x2=4

  • ccc-bbb

    Oceniono 288 razy 258

    Rodzinie współczuje podwójnie - śmierć dziecka, a teraz jeszcze walka z tymi nietykalnymi. Przez 4 lata wracać ciągle to tamtych wydarzeń to jest masakra.

    Wyhodowało się kastę nietykalnych to są efekty. W normalnym - cywilizowanym kraju - sprawa dawno by była załatwiona.

    No ale - lekarz, sędzia, Jaruzelski, Kociołek - nietykalni. Chcesz walczyć o sprawiedliwość - jak nie masz kasy to możesz sobie nagwizdać.

  • dziadekjam

    Oceniono 169 razy 149

    Walka z rodzimą służbą zdrowia opisana została obrazowo w utworze Don Kichochot...

  • sir_fred

    Oceniono 151 razy 135

    Żadne środowisko (zorganizowana grupa branżowa) nie oczyszcza się samo z mend. Te wszystkie samorządy zawodowe, izby itd. są absolutnie zbędne - służą tylko ochronie swoich członków, wtedy widać ich mobilizację, zacięte ryje, wzniosłe przemowy. Tylko bat, czyli sądowe zakazy wykonywania zawodu, jest w stanie ich naprostować. Ale do tego potrzebne są kompetentne sądy i nieuwikłani biegli - więc koło się zamyka, bo to taka sama grupa interesów...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje