Ciao, ciao, bella Italia! Włosi nie mają premiera i rządu. Mają za to recesję i astronomiczne zadłużenie...

- Włoscy politycy znów stanęli na wysokości zadania. Przez kilka dni nie mogli wybrać prezydenta kraju. I to w momencie, gdy dwa miesiące po wyborach parlamentarnych kraj nie ma ani premiera, ani rządu. Za to rosnące: recesję, bezrobocie, deficyt budżetowy - pisze dla Tokfm.pl prof. Arkadiusz Stempin. - Ostatnie głosowania były papierkiem lakmusowym żenującej kultury politycznej - dodaje.
Zadłużenie kraju sięgnęło astronomicznych 127 proc. względem PKB. A tylko nowo wybrany prezydent, ogłaszając wybory, może uchronić Italię przed politycznym chaosem, jaki powstał po wyborach do parlamentu. Żadne z ugrupowań nie może sformułować rządu. Fundamentalny podział na centroprawicę Berlusconiego, centrolewicę Bersaniego i ruch protestu komika telewizyjnego Beppe Grillo paraliżuje Włochy. Ba, nieprzejednane podziały przechodzą przez same serca partii.

''Mistrz intrygi Silvio Berlusconi bryluje''

Nawet zwycięska po wyborach parlamentarnych Partito Democratico (PD) jest wewnętrznie skłócona. Zwolennicy jej szefa Pier Luigi Bersaniego krzyżują szpady ze stronnikami jego rywala, młodszego wiekiem Matteo Renzi, burmistrza Florencji. Do oczu skaczą sobie ponadto frakcje komunistyczna, chadecka i ekologiczna. Partii grozi rozłam. Podobnie jak nacjonalistycznej Lega Nord. Stronnicy dotychczasowego i nowego szefa partii już zdążyli pookładać się pięściami. Oczywiście w nieskazitelnych garniturach jak z żurnala.

Natomiast skupieni wokół dotychczasowego premiera Mario Monti w ruchu Scelta Civica cno Monti per Italia politycy muszą się na nowo odnaleźć, gdyż ich lider nie marzy już o niczym innym, jak tylko o politycznej emeryturze. W tym towarzystwie bryluje oczywiście mistrz intrygi Silvio Berlusconi, właściciel klubu piłkarskiego, partii i kiedyś państwa, uznany (przedwcześnie) przed wyborami do parlamentu za politycznego trupa. Teraz jednak w kontekście elekcji prezydenta kraju zaproponował Bersaniemu alians. Jego cena - utworzenie do spółki z nim wielkiej koalicji rządowej. Dla Berlusconiego to wyborny geszeft. Cavaliere uniknie w ten sposób kolejnych procesów sądowych. A jeśli po kilku miesiącach koalicja się rozleci, to za jej krach nie zapłaci on, tylko Bersani, gdy lewicowi wyborcy ukarzą go za sojusz z prawicowym Berlusconim.



Żenująca kultura polityczna

Pierwsze dwa czwartkowe głosowania były jednak papierkiem lakmusowym żenującej kultury politycznej, jaka od dziesięcioleci trawi ojczyznę Petrarki i Garibaldiego. Bo nie chodzi tu o to, że główny kandydat nie zebrał wymaganych 2/3 głosów. Tylko o to, że niektórzy elektorzy głosowali choćby na Veronicę Lario, byłą żonę Silvia Berlusconiego.

Silvio Berlusconi i Veronica Lario. Fot. AP

Kiedy prezydent parlamentu odczytał jej nazwisko, plenum ryknęło śmiechem. Nobliwe towarzystwo chwyciło się również za boki, gdy z trybuny padło nazwisko Mussoliniego. Tymczasem poważni kandydaci zostali przemieleni na drobne. W efekcie polityczny trup ścielił się gęsto. Ale 630 posłów, 319 senatorów i 58 reprezentantów regionów, którzy przystąpili do wyboru zbawcy kraju, jest skupionych wokół swoich partii i jak zacietrzewione koguty skacze sobie do gardeł, podczas gdy kraj tonie.

Najpierw storpedowali oni ukuty za zamkniętymi drzwiami przez Berlusconiego i Bersaniego alians. Wspólny ich kandydat, były prezydent parlamentu, miły aparatczyk Franco Marini poległ w dwóch pierwszych głosowaniach. Wprawdzie należy on do PD, ale do jej chadeckiego skrzydła, co lewicowcom z partii kazało wyciągnąć sztylety. Bersani wystawił więc nowego prominentnego kandydata ze swojego obozu - Romano Prodiego. Ale były szef Komisji Europejskiej w piątkowych turach nie uzyskał nawet zwykłej większości. Ponad 100 elektorów z własnego obozu cofnęło mu swoje poparcie. Rozżalony Prodi przeżył dramat życia i wycofał się.

Pracownik parlamentu obserwuje debatę posłów przy okazji wyboru prezydenta. Fot. Reuters

Berlusconi wyciąga szampana za szampanem

Za to Berlusconi wyciągał z lodówki szampana za szampanem. W nocy z piątku na sobotę rozegrał się kolejny akt dramatu. Na ad hoc zwołanej konwencji socjaldemokratów Bersani oświadczył: "Zostałem zdradzony". Po czym rzucił ręcznik na ring i ustąpił z funkcji szefa partii. W jego ślady poszli inni liderzy partii. Włoska socjaldemokracja znalazła się na zakręcie. W piątym głosowaniu, a pierwszym w sobotę, partie Berlusconiego i Bersaniego zbojkotowały wystawionego przez klowna Beppe Grilo kandydata. 462 elektorów w ogóle nie pojawiło się na sali. Inni oddali puste kartki. Gorzej już być nie mogło. W obliczu totalnej zapaści politycznej na rejtanowski krok zdecydował się dotychczasowy prezydent kraju, 87-letni staruszek Giorgio Napolitano, który z uwagi na swój wiek na długo przed wyborami odmówił kandydowania na kolejną siedmioletnią kadencję. W poczuciu odpowiedzialności zgłosił jednak swoją kandydaturę. W szóstym głosowaniu został wybrany na prezydenta. Uchronił swój kraj przed blamażem i dalszą zapaścią.

Prezydent Napolitano. Fot. Reuters

Dramatycznie rośnie bezrobocie

Podczas gdy włoscy politycy toną w niemocy, rozgrywają swoje gierki i łypią okiem na lukratywne stanowiska państwowe, skrzypienie włoskiej machiny państwowej słychać w całej Europie. Włoskimi finansami i włoską gospodarką umysły zaprzątają sobie biurokraci w Brukseli i Berlinie. Europejski Bank Centralny (EBC), kierowany przez rodaka Mario Draghi, zakupił włoskie obligacje na okrągłą sumkę 100 mld euro. To właśnie Włosi najbardziej kruszyli kopie o utworzenie miliardowych parasoli ochronnych, pod osłoną których mogliby się w czasach kryzysu schronić. Premier Monti wywalczył też wprowadzenie mechanizmu, który w trudnych czasach blokowałby wzrost oprocentowania włoskich obligacji. Ale Włosi jakby zapomnieli o odszczupleniu tłustego państwa socjalnego, do czego zobowiązali się w rewanżu. Dla nich liczą się jednak efektowne taktyczne sukcesy na krótką metę. Strategiczne planowanie? Od tego był chyba Juliusz Cesar. Ewentualnie papież Borgia.

Wprawdzie Włochy nie mają przed oczami widma bankructwa jak ostatnio Cypr czy na stałe Grecja, to jednak dramatycznie rośnie tam bezrobocie. Co trzeci młody Włoch jest bez pracy. Spada PKB, a klasa średnia ubożeje na potęgę. Upadają firmy, bo także państwo nie płaci im rachunków. Tylko przeprowadzenie reform, w tym zlikwidowanie monstrualnej administracji państwowej, może gospodarkę postawić na nogi, a produkty włoskie uczynić bardziej konkurencyjnymi na światowych rynkach. I zapobiec wykluciu się kolejnego wrzodu w strefie euro. Ale do tego potrzeba stabilnego rządu, który myśląc długofalowo, przeprowadzi Włochy przez dolinę łez - bolesnych reform.

Włoski parlament. Fot. AP

Potrójny kryzys Włoch

Kraj tkwi w potrójnym kryzysie: ekonomicznym, politycznym i kulturowym. Obecny anarchiczny system polityczny jest dzieckiem ślubnym uchwalonej po wojnie konstytucji. Miała ona zapobiec ponownemu dojściu do władzy dyktatora, jakim był Mussolini. Dlatego włoski premier jest jak król z epoki Polski szlacheckiej - malowany. Nie posiada on nawet prawa, by zwolnić ministra. W ociężałym dwuizbowym parlamencie każda ustawa jest rozpatrywana osobno. W efekcie po II wojnie światowej Włochy uraczyły się liczbą ponad 50 rządów.

W 1994 roku, gdy porażających rozmiarów skandal korupcyjny z powierzchni ziemi zmiótł chadecję i socjalistów, pojawiła się szansa dla systemu większościowego. Raz na zawsze czynił on zbędnymi bizantyjskie rokowania o utworzenie rządu z trzymanym za plecami sztyletem. Tylko że największym jego beneficjantem okazał się Silvio Berlusconi. A ten cieniem położył się na i tak lichej kulturze politycznej kraju. Od 1992 roku włoscy sędziowie i adwokaci stale mieszają się do polityki. W ten sposób załatwili już niejeden gabinet. Wreszcie nowela do konstytucji dała do ręki regionom więcej władzy. W zestawieniu z łapówkarstwem, plagą korupcji i powiązaniami z mafią polityków stała się iskrą zapłonową dla erupcji protestu, na którego czele stanął klaun z zawodu Beppe Grillo.

Współcześni Włosi mają tyle wspólnego z przodkami co...

Nieudolność systemu politycznego państwa jest widoczna gołym okiem, ot choćby na mikropłaszczyźnie pozyskiwania dochodów z turystyki. Poprzednie generacje Włochów, z którymi ci współcześni mają tyle wspólnego, co Achajowie Homera z dzisiejszymi Grekami, zasłynęli jako mistrzowie sztuki i architektury. Dzięki temu żaden kraj na świecie nie posiada tylu zabytków sztuki i architektury. Dzisiejsi Włosi za friko powinni zbijać na tym majątek. Tym bardziej że liczba turystów, jaka w tym celu przybywa do Italii, przyprawia o zawrót głowy. O ten sam zawrót głowy przyprawia jednak skala dochodów włoskich muzeów. Wszystkie one rejestrują wpływy w wysokości 100 mln euro, co stanowi 1/4 dochodów samego paryskiego Luwru. Jak to jest w ogóle możliwe?

Fenomen wyjaśnił kronikarz włoskiej degrengolady Gian Antonio Stella, który w swoim bestsellerze "La Casta" przejrzał pod lupą rachunki poszczególnych muzeów. O ile było to, rzecz jasna, możliwe, bo przykładowo Sycylia, region z największą liczbą urzędników państwowych, za rok 2012 nie zdążył nadesłać statystyk. Te, które nadeszły, nie pozostawiają cienia wątpliwości: brak wpływów wynika z niekończącej się listy zniżek dla odwiedzających. Np. w Friaul 9 na 10 odwiedzających nie płaci za bilety. Bo wstęp za darmo na Sycylii przysługuje młodzieży do 25. roku życia. I seniorom powyżej 55.

Na wysokie rabaty mogą liczyć też mieszkańcy miast regionu oraz obywatele UE. W efekcie za bilet zapłaciło 16 mln turystów, podczas gdy 20 mln weszło za darmo. Z kolei na jednego urzędnika państwowego Beni Culturali w Kalabrii wypadło 27 euro rocznego dochodu. Za to koszty, jakie pochłania wiecznie remontowane muzeum archeologiczne w Kalabrii, Reggio Calabria, w którym wystawione są bezcenne posągi greckie z brązu Riace, potroiły się, sięgając 33 mln. A ponieważ w geszefcie partycypuje lokalna mafia, to rozwiązano nawet radę miasta. Na sąsiedniej Sycylii nie brakuje za to muzeów z armią staczy-ochroniarzy i dwoma zwiedzającymi na krzyż na tydzień. By poprawić statystyki, w zestawieniu nie uwzględnia się muzeum w Ravanusie. A zatrudnia ono 10 staczy-ochroniarzy, którzy inkasują 34 tys. euro w roku. W tym samym czasie sprzedano jeden bilet wstępu. Dla porównania: kiedy w 2000 roku w stolicy Dolnej Saksonii, Hanowerze, organizowano światową wystawę Expo, w kolejce do kasy po bilet ustawił się premier tego landu.

No i dlatego Berlusconi wygrywa

Właśnie dlatego Włosi masowo głosują na Berlusconiego, bo wierzą mu, że zwróci im zapłacone podatki, wypracuje ścieżki preferencyjne, a na wszelkiego rodzaju ich kanty przymknie oko. Infantylizację i wielowymiarową degrengoladę, jakie trawią obecnie włoskie społeczeństwo, wybitny pisarz Andrea Camillieri wyjaśnia całkiem prosto: "Ponad 2 mln Włochów to analfabeci, dalsze 12 mln to analfabeci wtórni po podstawówkach, którzy potrafią sklecić zdanie, ale go nie rozumieją. 6 mln potrafi czytać, ale już nie myśleć". Może dlatego każdy absolwent uczelni włoskiej otrzymuje tytuł dottore albo dottoressa, co odpowiada polskiemu mgr, ale co łechce włoską próżność. Tytułomania ma się tam wcale dobrze. Obok dottre pełno jest ingegnere i avvocato.

A Włosi i tak siedzą głównie przed telewizorem. Przy czym poziom telewizji włoskiej, także dzięki Berlusconiemu, który ma trzy swoje kanały, jest żenujący. Dominują piłka nożna i tandetne programy rozrywkowe, których sens polega na tym, że długonogie hostessy roznoszą siedzącym w studiu ludziom napoje. Z dawnej cywilizacyjnej kolebki ostały się jedynie sztuka kulinarna, moda i San Remo. O trawiącej Włochy degrengoladzie każdy może się przekonać, oglądając film Woody'ego Allena "Zakochani w Rzymie". A kto mu nie uwierzy, może sięgnąć po lekturę Davida Gilmoura "W poszukiwaniu Italii", na razie po angielsku ("The Pursuit of Italy") lub niemiecku. Lub też w zwolnionym tempie przyjrzeć się, jak najsłynniejszy kapitan świata Francesco Schettinodawał daje dyla z tonącej "Costa Concordia". Albo samemu przestudiować losy wyboru prezydenta kraju. Osobistości pokroju prezydenta Napolitano - przed nim czapki z głów - który zakończył wyborczą farsę, są na Półwyspie Apenińskim na wymarciu. I mają więcej wspólnego z historycznym Garibaldim sprzed półtora wieku niż z obecną klasą polityczną.

Arkadiusz Stempin, politolog i historyk w WSE ks. Tischnera w Krakowie i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

Więcej o:
Komentarze (15)
Ciao, ciao, bella Italia! Włosi nie mają premiera i rządu. Mają za to recesję i astronomiczne zadłużenie...
Zaloguj się
  • m.arco

    Oceniono 1 raz -1

    Wszystko w porządku.
    To są tylko zbawienne skutki waluty euro na włoską gospodarkę, która kiedy wchodziła do strefy euro znajdowała się wśród siedmiu najbogatszych gospodarek świata.

  • razb1947

    0

    a u nas jest premier i rzad a zadłuzenie mamy o wiele wieksze, a bieda aż piszczy, tak mam za rządu Tuska i PO.

  • szpagietka

    Oceniono 4 razy 2

    Przed chwilą tu było ponad 50 komentarzy, teraz jest 11. Co się stało z reszta?

  • hulajnoga123

    Oceniono 7 razy 3

    Przed chwila ten artykul byl widoczny na 1-szej stronie, teraz juz nie, no i wiele ciekawych wypowiedzi internautow wykasowano- pogratulowac kultrury cenzorom

  • zaanawetprzeciw_2.0

    Oceniono 8 razy 4

    Nareszcie artykuł trzymający poziom.

  • szczuras99

    Oceniono 5 razy -3

    hahahaha , makaroniarze to jajcarze

  • anthrax_2

    Oceniono 4 razy -4

    I kto teraz będzie organizował bunga-bunga ?

  • dziadekjam

    Oceniono 6 razy 0

    "Włosi nie mają premiera i rządu..."
    ===========================
    To jest nadzieja na poprawę kondycji Włoch, bo jak był premier i rząd, to Italia zeszła na psy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX