Z miłości do dzieci. Zaczął się proces o handel ludźmi

12.03.2013
Proces o handel ludźmi

Proces o handel ludźmi (Fot. Agnieszka Sadowska/AG)

Jak się urodził, kupiłem mu czerwone buciki, ubranka, mleko. W myślach mu mówiłem: Już cię kocham. Po pięciu minutach weszła policja i to był koniec.
Przed Sądem Okręgowym w Białymstoku zaczął się we wtorek (12 marca) wyjątkowy proces. W akcie oskarżenia napisane było wyraźnie: o handel ludźmi. A na ławie oskarżonych dwoje młodych złamanych ludzi. Kobieta z grubym warkoczem nie przestaje płakać. Sędzia pyta, czy potrzebuje przerwy, żeby się uspokoić. Kręci głową: - Nie. Wiem, że muszę być silna, dla męża, dla mamy i taty, ale nie potrafię...

Dogadamy się...

Pobrali się pięć lat temu i bezskutecznie starali się o potomstwo. Leczą się obydwoje. Nie pomogło nawet in vitro. Profesor dawał niewielkie szanse. - Ale żyliśmy dalej, bo trzeba było żyć - mówił w śledztwie oskarżony.

Latem 2011 roku do ich domu zapukał Rumun z córeczką na ręku, prosił o pieniądze. Przylgnęli do małej, dali jej słodycze, mężczyźnie - 20 zł. Po jakimś czasie wrócił, z żoną i drugim dzieckiem, zaczęli rozmawiać. Żona jest w ciąży - powiedział. Pewnie i tak zostawią to dziecko w szpitalu, jak dwoje wcześniejszych (chłopca - w Wadowicach, dziewczynkę - w Białymstoku), bo nie mają pieniędzy, żeby je utrzymać. - Jak chcecie, to wam oddamy, dogadamy się - powiedział Rumun.

- Zgłupiałem. Tak bardzo chciałem to dziecko, że przestałem myśleć - składał wyjaśnienia oskarżony. - Z jednej strony serce aż urosło, chodziłem w skowronkach. A z drugiej - nie wiadomo było, co robić.

Jego żona zaopiekowała się ciężarną Rumunką, zaprowadziła ją do lekarza, dawała pieniądze na jedzenie. Zainstalowali rumuńską rodzinę w hotelu. Nawet gdy wyjechali, byli w kontakcie telefonicznym i gdy przyszedł moment rozwiązania, zawieźli kobietę do białostockiego szpitala. To był fałszywy alarm, ale przy okazji wyszło, że przyszła matka nie jest ubezpieczona. Oskarżeni twierdzą, że za poród zażądano bajońskiej sumy. Wtedy wpadli na pomysł, aby zabrać ją do innej placówki i podać inne dane. Pojechali do Sokółki i zarejestrowali rodzącą na nazwisko oskarżonej, a jako ojca podali oskarżonego.

30 stycznia 2012 roku urodził się chłopczyk, dostał 9 pkt w skali Apgar.

Oskarżony: - Miałem katar, więc poprosiłem o maseczkę, i wszedłem, żeby go zobaczyć, wziąć na ręce. Żebyście widzieli moją minę! Z wrażenia nie wiedziałem, czy stać, czy siadać. Od razu pobiegłem kupić mu czerwone buciki, ubranka, mleko, bo matka nie chciała karmić piersią. W myślach mu mówiłem: Już cię kocham. Wymyśliliśmy mu najpiękniejsze na świecie imię. Każdy człowiek chce zostawić coś po sobie, jak go zabraknie...

Potem zabrano dziecko na szczepienie. Po pięciu minutach wkroczyła policja. Zawiadomił ją szpital, to administracja wykryła podstęp.

Interesy i godność dziecka

Zdaniem Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, która przygotowała akt oskarżenia, 25-letnia kobieta i o rok młodszy mężczyzna nakłonili znajdujące się w krytycznym położeniu małżeństwo obywateli Rumunii do sprzedania im oczekiwanego przez nich dziecka. Przekazali w zamian pieniądze w kwocie 1200 zł na pokrycie noclegów, wyżywienia i utrzymania do czasu rozwiązania ciąży Rumunki. Zaoferowali także 20 tys. zł i samochód osobowy o wartości nie mniejszej niż 3 tys. zł. Poza tym przekonali Rumunkę, by podała swoje nieprawdziwe dane w szpitalu. Wprowadzenie w błąd personelu placówki i wyłudzenie nieprawdy w pisemnym zgłoszeniu urodzenia dziecka wystawianym przez szpital miało na celu zdobycie aktu urodzenia dziecka.

Temu zarzutowi obydwoje nie zaprzeczają.

- Przyznaję się, że razem z mężem chcieliśmy kupić synka. Kochałam go jak swojego - mówiła w sądzie oskarżona.

Dodawała, że nikomu nie grozili, a inicjatywa wyszła od rumuńskiego małżeństwa.

Jednak prokuratorskie zarzuty dotyczą jeszcze trzech kolejnych przypadków nakłaniania innych osób do sprzedania dzieci: albo dopiero oczekiwanych, albo dziewięciomiesięcznego chłopca. Dwie sytuacje dotyczyły nakłaniania obywateli Rumunii, jedna - obywatelki Polski. Do tego para się nie przyznaje. Twierdzą, że nie znają żadnych innych Rumunów.

Zarówno kobieta, jak i mężczyzna byli tymczasowo aresztowani na trzy miesiące. W maju 2012 roku wyszli na wolność za poręczeniem majątkowym w wysokości 10 tys. zł od osoby. Sąd zastosował wobec nich także zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportów.

Grozi im do trzech lat więzienia. Prokuratura podkreśla, że samo werbowanie, czyli nakłanianie rodziców dzieci do sprzedania ich, stanowiło dopuszczenie się handlu ludźmi.

- Mimo pozornie dobrych intencji oskarżonych działaniem takim pokrzywdzili oni swoje ofiary - zwraca uwagę prokurator Adam Kozub, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. - Uzyskanie dziecka w drodze transakcji handlowej narusza jego interesy, gdyż brak jest w takim przypadku ochrony prawnej dziecka. Czynność ta bowiem pozbawiona zostaje ingerencji sądu, który bada interes dziecka.

W procesie interesy dziecka reprezentuje kurator. Zapytaliśmy go, co dzieje się z maluchem i czy rzeczywiście udaremnienie jego "sprzedaży" poprawiło jego los, ochroniło godność - jak chciała prokuratura. Prawdopodobnie chłopczyk wciąż jest z rodzicami.

Problem z zarzutami?

Beata Dołęgowska, prezes Fundacji Dziecko-Adopcja-Rodzina, nie kryje zaskoczenia: - Kompletnie nie rozumiem tego zarzutu. Przecież zgodnie z nowelizacją Kodeksu karnego z 2010 roku z handlem ludźmi mamy do czynienia tylko wtedy, jeżeli jest cel niegodziwy, np. żebractwa, nierządu, niewolnictwa... W tym przypadku nie było pośredników, możemy też przypuszczać, że ludzie ci działali w dobrej wierze, chcieli zapewnić kochający dom dziecku, które zostanie porzucone. Ostać się może tylko zarzut poświadczenia nieprawdy - uważa.

Emocje studzi Irena Dawid-Olczyk, działaczka na rzecz praw człowieka, założycielka Fundacji La Strada: - Nie uważam, aby zarzuty były na wyrost. To prawidłowa kwalifikacja, ponieważ zagrożenie jest ogromne. Dziecko jest istotą bezbronną, jedyną dopuszczalną formą zaopiekowania się nim powinna być adopcja przeprowadzona formalnie, czyli przez sąd (polskie prawo dopuszcza też adopcję ze wskazaniem). Jakiekolwiek formy pozaprawne niosą ze sobą zbyt duże ryzyko. Jestem za bardzo restrykcyjnymi przepisami i ich przestrzeganiem. Dodaje, że przestępczość wśród rumuńskich Romów w Polsce rośnie. Także sytuacje, gdzie są oni ofiarami. Bardzo często zdarza się, że żebrzące kobiety nie są biologicznymi matkami dzieci, które z nimi są. Po prostu wypożycza się czy kupuje dzieci do tego procederu.

***

W szpitalu w Sokółce oddano noworodka biologicznym rodzicom. Gdy śledczy ustalili, że nie byli oni do niczego zmuszani, przygotowali analogiczne zarzuty przeciwko nim. Prokurator już nie zdążył ich przedstawić. Okazało się, że krótko po wyjściu ze szpitala rodzina wyjechała z Polski. Trwają jej poszukiwania.

Jak wygląda w praktyce możliwość adopcji porzucanych rumuńskich dzieci?

- To jest dramat. Te dzieci są bezpaństwowcami, nie mają PESEL ani ubezpieczenia, nie można ich zaadoptować - przyznaje Beata Dołęgowska.

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje