Chorzy leżą w karetkach, karetki stoją przed szpitalami

Joanna Banaś
19.01.2013 08:00
Zdarza się, że przed SOR-em ASK karetki czekają z pacjentami nawet dwie lub trzy godziny

Zdarza się, że przed SOR-em ASK karetki czekają z pacjentami nawet dwie lub trzy godziny (Fot. Tomasz Szambelan / Agencja Gazeta)

Karetka gna przez miasto na sygnale, by potem utknąć z pacjentem przed szpitalnym oddziałem ratunkowym. Na godzinę, dwie, trzy. To zdarza się we Wrocławiu coraz częściej. Bywają dni, w których jedna trzecia ambulansów zamiast jeździć do wezwań, czeka na podjazdach SOR-ów.
- Karetki mają jeździć po mieście, udzielać chorym pierwszej pomocy i przywozić ich do szpitali, a nie tkwić na podjazdach szpitalnych oddziałów ratunkowych - mówi dyrektor medyczny Pogotowia Ratunkowego we Wrocławiu dr Zbigniew Dragan. Tymczasem zdarzają się dni, gdy średnio ponad 2,5 godziny upływa od dotarcia karetki do podjazdu szpitalnego oddziału ratunkowego do opuszczenia przez nią SOR-u.

Gdzie są zespoły? Stoją w kolejce

We Wrocławiu codziennie dyżurują 23 karetki, w tym dziewięć specjalistycznych (dawniej "erek", dziś "esek"), oraz 14 karetek podstawowych. Wszystkie mają GPS-y, więc dokładnie wiadomo, gdzie która się znajduje. - Stąd na pytanie urzędników NFZ kontrolujących dokumentację naszych przewozów - "Gdzie się podziewają zespoły ratunkowe?" - mogliśmy odpowiedzieć precyzyjnie: "Czekają przed szpitalnymi oddziałami ratunkowymi" - opowiada dyrektor Dragan.

- Na przykład 17 grudnia zespół specjalistyczny, który na Borowską przywiózł pacjenta z urazem głowy, przebywał na podjeździe szpitala od godz. 15.27 do 18.31 - podaje dr Grażyna Paszkiet-Wójcik, lekarz inspekcyjny wrocławskiego pogotowia.

Taka sytuacja powtarza się coraz częściej już od kilku miesięcy. Wrocławianie wzywający pogotowie zaczęli się skarżyć, że za długo czekają na przyjazd karetki. - Ale przecież jeśli karetka stoi na podjeździe SOR-u, nie pojedzie do kogoś, kto na śliskim chodniku złamał nogę. I co, ta osoba ma leżeć bez pomocy dwie godziny na mrozie? - mówi Dragan.

Rejony umowne, ale konieczne

Wrocław jest podzielony na tzw. umowne rejony operacyjne dla pogotowia, które ma obowiązek zawieźć chorego do najbliższego oddziału ratunkowego. Choć przestoje ambulansów zdarzają się przy wszystkich czterech wrocławskich SOR-ach, to zdecydowanie najczęściej w Akademickim Szpitalu Klinicznym przy ul. Borowskiej. To największy oddział ratunkowy w regionie, obejmuje 200 tys. pacjentów. Pozostałe (w szpitalach przy Weigla, Kamieńskiego i Traugutta) dzielą między siebie resztę miasta.

Informacja o problemie trafiła w tym tygodniu do wojewody, który odpowiada w regionie za system ratownictwa. Urząd poprosił ASK o pisemne wyjaśnienia w tej sprawie.

- Naszym zdaniem przyczyną zatorów przy oddziale ratunkowym jest nierówna dystrybucja pacjentów - mówi rzeczniczka ASK Agnieszka Czajkowska. - Wystąpiliśmy do dyrekcji pogotowia o udzielenie informacji, czemu przywozi do nas proporcjonalnie znacznie więcej niż do innych szpitali.

Rzeczniczka szpitala podaje przykład 12 listopada, gdy między godz. 12 a 18 na Borowskiej było 48 pacjentów pilnie potrzebujących pomocy. - Byłem wtedy na oddziale. Pamiętam kolejkę karetek. Lekarz dyżurny dzwonił na pogotowie i prosił, żeby nie przysyłali nam więcej chorych. Bez rezultatu. Pod szpital podjeżdżały kolejne ambulanse - wspomina prof. Juliusz Jakubaszko, szef szpitalnego oddziału ratunkowego w ASK.

- Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje lekarz w SOR-ze, brzmi: "Z jakiej ulicy jest przywieziony pacjent?". Bardzo pilnują, by nie trafił do nich nikt spoza rejonu - mówi Grażyna Paszkiet-Wójcik.

- Nasz rejon jest za duży - przyznaje prof. Jakubaszko. - Latem ubiegłego roku bez żadnych konsultacji poszerzono go o kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców.

W jednej kolejce

W myśl założeń systemu ratownictwa medycznego pogotowie powinno informować szpital o tym, jakiego pacjenta i w jakim stanie wiezie na oddział. - Jeśli wiemy, że jedzie do nas ktoś reanimowany w karetce, to przeciskamy się z noszami przez tłum w poczekalni, by dotrzeć do niego jak najszybciej. Ale oni dzwonią może raz na dziesięć przypadków - narzeka prof. Jakubaszko.

Z kolei pogotowie skarży się na brak informacji ze strony szpitala. - Bardzo byśmy chcieli, gdyby szpitalny koordynator informował nas, jeśli oddział jest przepełniony, żebyśmy mogli od razu szukać innego miejsca dla pacjenta - mówi dr Dragan. Byłoby to cenne o tyle, że dyspozytor pogotowia nie widzi, co się dzieje na korytarzu oddziału ratunkowego.

A tam oprócz pacjentów, których przywożą karetki, są ci, którzy dotarli na własną rękę. - W oddziałach ratunkowych jak w soczewce ogniskują się wszystkie niedomagania systemu opieki zdrowotnej. Ludzie nie przychodziliby do nas z grypą, bólem głowy, niestrawnością, zwichniętą nogą i zapaleniem spojówek, gdyby pomoc uzyskali w przychodniach i ambulatoriach - uważa prof. Jakubaszko.

A tak wszyscy czekają w jednej kolejce. Czasem wiele godzin.

Ciężki pacjent, duże straty

- Na dyżurze mamy trzech lekarzy i sześć pielęgniarek. Przydałoby się drugie tyle. Ale NFZ płaci zaledwie 6 tys. zł za dobę pracy naszego oddziału. Tyle, co za dyżur dwóch karetek - wylicza prof. Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej, które wystąpiło do Ministerstwa Zdrowia o zmianę sposobu finansowania SOR-ów, tak by uwzględnić wykonane procedury ratunkowe.

- Co z tego, że mamy dużo nowoczesnych karetek pogotowia, skoro nie mają one komu przekazać pacjentów. Wąskim gardłem systemu ratownictwa są oddziały ratunkowe - tłumaczy profesor. - W ubiegłym roku mój oddział przyniósł szpitalowi 7 mln zł strat. Na szczęście ASK jest tak duży, że może sobie tę stratę wyrównać dzięki bardziej dochodowym oddziałom. Ale nie dziwię się, że w Polsce w ostatnim czasie zlikwidowano 10 SOR-ów.

- Dotąd nikt nie zmarł w karetce na podjeździe oddziału ratunkowego, ale niewykluczone, że to kwestia czasu - mówi Grażyna Paszkiet-Wójcik. - Nie mogę tego wykluczyć - potwierdza Juliusz Jakubaszko.

Komentuje Joanna Banaś: Zegar tyka

Wystarczyło, że NFZ zaczął dobrze opłacać leczenie zawałów serca, by pracownie hemodynamiczne zaczęły powstawać jedna po drugiej. Gdy szpital wojskowy zadeklarował, że zaopiekuje się wszystkimi zawałowcami w mieście, bo ma duży, nowoczesny oddział kardiologiczny i doświadczoną kadrę, inne szpitale natychmiast ogłosiły, że też dyżurują przez całą dobę. Żeby im pacjenci nie uciekli, a razem z nimi pieniądze.

Dopóki ratowanie życia najciężej chorym i rannym nie będzie się szpitalom opłacać, nikt nie będzie inwestował w oddziały ratunkowe. Pacjenci nadal będą czekać godzinami na pomoc. Złota godzina, w której powinni ją uzyskać, właśnie mija.

Tagi:

Zobacz także
Komentarze (62)
Zaloguj się
  • fjan

    Oceniono 85 razy 75

    Ale burdel. Podczas wojny było lepiej bo stawiano namioty i opatrywano rannych. Teraz burdel jest w każdej dziedzinie życia.

  • jamj

    Oceniono 53 razy 41

    @hobog
    "to przerażające. Burdel w państwie !"
    =============================
    Zastanów się co piszesz! Widziałeś kiedyś przed burdelem klientów czekających w taksówkach na swoją kolej?!

  • fjan

    Oceniono 46 razy 30

    W Polsce najlepiej działają zakłady pogrzebowe mimo że Tusk zmniejszył zasiłek pogrzebowy o 2 tys. zł. No ale pewnie to właśnie o to chodzi by zakłady pogrzebowe działaly sprawnie.

  • leser.1

    Oceniono 57 razy 27

    Lekarze 'ustanowili" swoje miejsce w hierarchii zawodowej.
    Są "specjalistami" specjalnej troski.
    Jak posłowie, sędziowie, prokuratorzy itd.

    Za mało zarabiają, więc ich usługi muszą kosztowac.
    Np. : Pan ordynator zarabia masakrycznie mało, więc dorabia sobie w prywatnej przychodni obok swojego szpitala.
    Trzy razy w tygodniu od godz. 16 do 20.
    Porada trwa 10-15 minut, więc przyjmuje 4-6 pacjentów na godzinę.Razy cztery, to daje 16-24 w ciągu popołudnia.
    Razy 3 dni w tygodniu - 48-71 osób

    Normalna "wizyta" to co prawda tylko 100zł. , więc tygodniówka to 4,8-7,1 tys. zł
    Cztery tygodnie to 19,2-28,4 tys./m-c.

    Żeby dostać sie na oddział szpitalny trzeba dać więcej niż 100zł.
    Takich pacjentów jest pewnie z 10%.
    Tu zaczyna się od 1000zl. za "wizytę".

    Pieprzone korporacyjne układy.
    Taniej jest umrzeć.

  • poljack

    Oceniono 36 razy 22

    Rząd za wszelką cenę chce sprywatyzować służbę zdrowia tylko czemu płacą za to najwyższą cenę pacjenci .

  • folwark_polski

    Oceniono 25 razy 21

    konstytucja gwarantuje leczenie jak widać tylko na piśmie, za to okradanie Polaków którego nie gwarantuje jest przez trybunał uległych sędziów jak najbardziej wspierane.

  • jamj

    Oceniono 47 razy 19

    "-Naszym zdaniem przyczyną zatorów przy oddziale ratunkowym jest nierówna dystrybucja pacjentów - mówi rzeczniczka ASK Agnieszka Czajkowska."
    ================================================================
    Koniecznie trzeba zrobić grafik i jak pacjenci nie dostosują się do niego, kierować do prosektorium. Arogancja tzw "służby zdrowia" sięga zenitu. A co będzie pani (niedo)rzecznik w przypadku wypadku z udziałem większej ilości osób?

  • jan.urbaniak1

    Oceniono 39 razy 15

    Och jak cudownie jest w raju obiecanym (i słowa dotrzymano) przez Solidarność w 1980 roku ! Precz z komuną !!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje